Starość i radość

Starość i radość

David Bowie, Elton John, The Rolling Stones nie przyjmują do wiadomości, że czas schodzić ze sceny. To albumy i trasy koncertowe artystów po siedemdziesiątce są najbardziej oczekiwanymi wydarzeniami pierwszych miesięcy 2016 r.

Rzecz miała miejsce prawie pół wieku temu. 24-letni wówczas aktywista Jack Weinberg zapytany przez dziennikarza, czy za ruchem ekologicznym stoją pieniądze korporacji, odparł wzburzony, że nie. Bo on nie ufa nikomu, kto skończył trzydzieści lat. Wywiad ukazał się w „San Francisco Chronicle” w listopadzie 1964 r., gdzie wedle legendy przeczytał go John Lennon i tak hasło „nie wierz nikomu po trzydziestce” stało się najważniejszym sloganem hipisowskiej rewolty. Drugie ulubione hasło młodych z czasów narodzin rock’n’rolla brzmiało „żyj szybko, umrzyj młodo i zostaw po sobie przystojnego trupa”. Za jego autora uważa się powszechnie muzyka Eddiego Cochrana (autora hitu „Summertime Blues”, który zginął w wypadku samochodowym w wieku 22 lat), niesłusznie, bo to Willard Motley, który zapisał je w swojej powieści „Knock on Any Door”. Oba te zdania stały się fundamentem tego, co dziś nazywamy kulturą masową. Stanowiły kwintesencję rock’n’rollowego stylu życia, a każda następująca po sobie muzyczna rewolucja dostosowywała je do swoich potrzeb – punk rock, grunge, a nawet hip-hop. Muzyka zawsze stała po stronie buntu i młodości, w kontrze do reszty starego świata.


Ale cóż, dawni buntownicy, którzy zmieniali oblicze popkultury, byli idolami młodzieży i rządzili na listach przebojów, dziś mają po siedemdziesiąt albo i więcej lat. – To zawsze było: my kontra oni. Tyle że czas płynie nieubłaganie, a my nawet nie zauważyliśmy, kiedy staliśmy się nimi – wspomina były lider Roxy Music, Bryan Ferry (rocznik 1945). Wiek nie przeszkodził mu w 2014 r. wydać entuzjastycznie przyjętej płyty „Avonmore”.

PŁYTY Z SUKCESEM

Ostatnie lata w muzyce to ofensywa artystów w wieku emerytalnym. Keith Richards (rocznik 1943) w wieku 72 lat wydał swoją trzecią solową płytę „Crosseyed Heart”. Stała się ona jego pierwszym autorskim albumem, który odniósł komercyjny sukces. Trafił do pierwszej dziesiątki najlepiej sprzedających się płyt według magazynu „Billboard”. Podobnym sukcesem i zaskoczeniem był solowy krążek Davida Gilmoura z Pink Floyd (rocznik 1946) „Rattle That Lock”, który trafił na same szczyty list sprzedaży po obu stronach Atlantyku (również w Polsce). Po piętach deptał mu wydany w tym samym momencie album Jeffa Lynna (rocznik 1947) „Alone in the Universe” – pierwsza od 14 lat płyta nagrana wraz z grupą Electric Light Orchestra (numer dwa na liście „Billboardu”).

Wydawanie płyt przez gwiazdy w wieku emerytalnym nie jest niczym rzadkim ani nowym. Muzyk żyć z czegoś musi. To, co odróżnia powyższe płyty, od, powiedzmy, bestsellerowej serii „American Songbook” wydawanej przez Roda Stewarta to repertuar. Jeszcze parę lat temu gwiazdy ograniczały się do nagrywania przeróbek cudzych utworów, najczęściej wielkich hitów sprzed lat. Ewentualnie do interpretowania na nowo własnych. Chodziło o to, żeby można było kupić dawnym fanom, dziś już ludziom zamożnym, których stać na ekskluzywne edycje, prezent pod choinkę. Próby zmierzenia się z autorskim materiałem w większości przypadków kończyły się fatalnie. Sprzedażowo i artystycznie. „Lepiej spłonąć niż tlić się powoli” – śpiewał przed laty Neil Young, gwiazdor hipisowskiej kontrkultury, a potem powtórzył po nim Kurt Cobain (zmarły z przedawkowania w wieku 28 lat). Przez lata ta zasada sprawdzała się w muzyce, bo w końcu wena kiedyś się kończy, a w odcinaniu kuponów od własnej legendy, jest coś żenującego. Ale już nie jest. W 1997 r. 56-letni Bob Dylan żył w cieniu własnej legendy. Od lat 70. nie nagrał płyty, która odniosłaby autentyczny sukces. I kiedy wydawało się, że muzyk skończy jak wielu jego kolegów, zamknął się w studiu i nagrał płytę, na której sumował swoje życie. „Time out of Mind” została okrzyknięta arcydziełem i otworzyła nowy rozdział w karierze muzyka. Od tamtej pory każdy jego album to wydarzenie. Nawet jeśli – jak w 2015 r. – wydaje przeróbki zapomnianych przeróbek jazzowych standardów.

MŁODZI MOGĄ IM POZAZDROŚCIĆ

Trzy lata wcześniej przyjaciel Dylana, nieżyjący już dziś Johnny Cash, dokonał podobnej wolty. Miał 62 lata, gdy wszedł do studia z gitarą akustyczną, by nagrać pierwszą płytę z serii „American Recordings” (do dziś wyszło ich już sześć). Z zapomnianego muzyka country, zaleczonego alkoholika i narkomana żyjącego na uboczu, uczyniły one prawdziwą legendę. Okazało się, że charyzmy mogą mu pozazdrościć artyści młodsi o trzy czy cztery dekady, a przejmujące wykonania „Personal Jesus” Depeche Mode i „Hurt” Nine Inch Nails okazały się znacznie lepsze od oryginałów. Ba, ta druga piosenka pojawiła się nawet kilkukrotnie w reklamach oraz przy okazji ważnych uroczystości sportowych. Podobny jest przypadek Davida Bowie. Kiedyw 2004 r. przeżył na scenie zawał serca, wycofał się z show-biznesu i zamilkł na dekadę. W 2013 r. okazało się, że siedział z kolegami w studiu i po cichu nagrywał płytę „The Next Day”, która stała się światowym hitem. A piosenki pochodzące z tego albumu należą do najlepszych w karierze artysty. W styczniu ukaże się płyta „Black Star”, która robi jeszcze większe wrażenie od poprzedniej. A do tego brzmi bardzo nowocześnie, jakby Bowie miał 29 lat, a nie 69. Umiejętności zręcznego poruszania się wśród muzycznych nowinek mogą starszemu panu pozazdrościć współczesne gwiazdki.

Rok 2016 będzie stał pod znakiem powrotów emerytów. W grudniu do studia weszli Rolling Stonesi. Ich nowy 23. album, i zarazem pierwszy od 11 lat, ma ukazać się jeszcze w 2016 r. Zresztą warto dodać, że czwórgłowe monstrum (średnia wieku 73 lata) zapowiada również trasę koncertową. W marcu na listy przebojów trafi, jak zawsze, gdy nagrywa coś nowego, Elton John (rocznik 1947). To będzie jego pierwszy od dekady album z zespołem, z którym gra od lat 70. Rzecz nazywa się „Wonderful Crazy Night”. Nowe krążki planują wydać Kris Kristofferson (rocznik 1936) oraz Bruce Springsteen (rocznik 1949, będzie to pierwszy solowy album od czasu „Devils & Dust” z 2005 r.).

Starość, jak widać, też może być radością. A z tego, że gwiazdy rock’n’rolla nie przejmują się metrykami, możemy się tylko cieszyć. Bo w końcu Dylan, Bowie czy Jagger pokazują, że można być twórczym i aktywnym nawet w podeszłym wieku. Kiedyś odesłano by ich do bawienia wnuków albo zaproponowano, by grali z playbacku swoje hity ku uciesze dawnych fanów. Dziś po doświadczeniu kontrkultury, do którego przyłożyli rękę, stosunek do starości jest inny. Także w starającej się trafiać głównie w oczekiwania nastolatków popkulturze. Artyści w wieku emerytalnym nagrywają tak dobre płyty, że zasłużyli sobie na szacunek. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

NAJBARDZIEJ OCZEKIWANE PŁYTY 2016

David Bowie „Blackstar” – płyta na 69. urodziny, ukaże się w styczniu

Elton John „Wonderful Crazy Night” – pierwszy od dekady album z Elton John Band

Rolling Stones – to będzie ich pierwsza płyta od „Bigger Bang”

Bruce Springsteen – ostatni album z nowym repertuarem wydał w 2005 r.

Meat Loaf „Braver Than We Are” – artysta mniej znany w Europie, za to niesłychanie popularny w USA (lat 69), zapowiada pierwszy album od pięciu lat

Okładka tygodnika WPROST: 1/2016
Więcej możesz przeczytać w 1/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0