Kalejdoskop

Kalejdoskop

Wystawa

Sztuka na wysokim poziomie

„Fangor: Poza płaszczyzną wizualną”,

Cosmopolitan, Warszawa, do 1.07, w sobotę i niedzielę w godz. 14-19. Wstęp bezpłatny Wojciech Fangor to w sztuce polskiej prawdziwy fenomen. W kraju, gdzie abstrakcję wciąż traktuje się z podejrzliwością, jego obrazy osiągają na aukcjach zawrotne ceny (w zeszłym roku ceny czterech z nich przekroczyły 1 mln zł). Zresztą jego sława już dawno przekroczyła granice Polski, a po śmierci artysty w 2015 r. tylko się wzmogła: pracę Fangora „NJ 15” sprzedano w Londynie za 2,1 mln zł, a w kwietniu ukazała się pierwsza międzynarodowa publikacja poświęcona artyście „Fangor. Color and Space”. Wystawa na ostatnim piętrze warszawskiego wieżowca to rzadka okazja nie tylko do zmasowanego kontaktu ze sztuką artysty, ale także do zobaczenia jej w przestrzeni publicznej (choć w tym drugim przypadku to okazja niejedyna – nazwy stacji jego autorstwa zdobią II linię metra). Pochodzące głównie z lat 60. i 70. kompozycje z okręgów, fal oraz całej palety kształtów wyjątkowo dobrze wpisują się w panoramę centrum stolicy – i obrazy, i widok igrają z naszym okiem, bawiąc się perspektywą. MP

Pochwała codzienności

TO MALARSTWO, KTÓRE STAŁO SIĘ KLASYCZNE, ALE SIĘ NIE ZESTARZAŁO. Może dlatego, że Pągowska nie sili się na „wielkość”, zamiast tego sławiąc drobne, z pozoru nieważne chwile i miejsca. Myszon, psy i koty – zwierzęta są wiernymi towarzyszami jej małego świata. W tym świecie, czarno-białym, szarym, burym, czasami przewrotnie pojawi się soczysta zieleń albo różowe rajstopy. Artystka jest istnym „Białoszewskim malarstwa” – nie tylko zresztą w obranych tematach, ale także w formie – zamiast ciężkich olejów wybrała zwiewny, jakby tymczasowy akryl i temperę. Kuratorzy wystawy postarali się nie przeszkadzać tej sztuce i tło dla niej zminimalizowali do minimum. Obrazy uzupełnili o projekty ilustracji Pągowskiej do czasopisma „Ty i Ja” oraz o jej grafiki. MP

„Teresa Pągowska”, Galeria Opera (Teatr Wielki), Warszawa, do 30.06.

Twarzowy nie znaczy miły

JEŚLI COŚ PRZYCIĄGNIE NA TĘ WYSTAWĘ TYCH, KTÓRZY ZWYKLE OMIJAJĄ SZTUKĘ WSPÓŁCZESNĄ, TO PEWNIE NAZWISKO KOZYRY – skandalistki, autorki „Piramidy zwierząt” czy „Łaźni męskiej”. Niesłusznie, bo to obrazy Szumskiej zdominowały tę ekspozycję. O ile jej cykle „Komedianci” czy „Sportowcy” zdają się nie mieć żadnych ambicji wykraczających poza sztukę portretu, to już przy zbiorach „Mieszkańcy Michałowic”, „Maski pośmiertne”, „Crime story” czy namalowanych na podstawie zdjęć przedwojennych mieszkańców Warszawy „Polskich żydach” możemy dywagować na temat wykluczenia społecznego czy rasowego przedstawionych osób lub granicy między tym, co zwykło się określać jako ładne lub brzydkie. Tworząc nawet „ładne” tryptyki z ludzkimi sylwetkami, Szumska zadbała, by skłądające się na nie części nie do końca do siebie pasowały. Drobne przesunięcie wystarczy, by kanonowi piękna przetrącić kręgosłup. Kozyra z kolei pokazała kilkanaście krótkich filmów wideo. W jednej sali oglądamy występy tancerzy, widziane z perspektywy zwykłego widza. W sali obo k na te same układy patrzymy z kamer umieszczonych na głowach tancerzy. Ruchy ich gałek ocznych, zmęczenie, grymasy twarzy, których zwykle nie dostrzegamy, pokazują, że kojarzony zwykle z przyjemnością taniec potrafi być wysiłkiem fizycznym graniczącym z torturą. Niejednego pewnie zaskoczy, że Kozyra jest ciekawą artystką nie tylko wtedy, gdy szokuje. MP

Katarzyna Kozyra & Katarzyna Szumska, „Twarze/Faces”, Muzeum Narodowe w Szczecinie, do 1.07.


Wydarzenie

Rap u terapeuty

Najpopularniejszy w Polsce gatunek muzyczny, czyli hip-hop, doczekał się już niejednej encyklopedii oraz wydawnictw biograficznych. Zbiór wywiadów, aby zaskoczył, musi być oparty na pomyśle, który wykroczy poza rozmowy, jakich w internecie wiele. Tu ten pomysł się znalazł. Dając jako tytuł słynne hasło, którym jeden muzyk starał się podważać wartość drugiego, Baliński i Strowski stworzyli zbiór rozmów, które pokazują, jak mocną częścią (pop)kultury i codzienności stał się polski hip-hop. W ich rozmowach zawsze pojawia się wątek korzeni i startu – to pokazuje, jak oddolnie powstawały zjawiska, które dla młodego pokolenia są teraz ważniejsze niż niejedna znana z radia gwiazda.

Tę książkę najlepiej czyta się wyrywkami. Dobrze sobie ją dawkować, świadomie łamiąc alfabetyczny porządek wywiadów. A w każdym z nich kryje się zbiór anegdot i niegłupich przemyśleń. „Fajnie byłoby nie przeoczyć chwili, w której człowiek staje się własną karykaturą” – odpowiada pytany o horyzont działań artystycznych Łona. „O taki hip-hop walczyłem” – mówi o płycie O.S.T.R.-ego „Jazzurekcja” jego wydawca Tytus z Asfalt Records. O takie dziennikarstwo muzyczne, w którym jest miejsce na wyznania Pezeta o terapii, walczymy od dawna. Bo wbrew powszechnej i krzywdzącej opinii raperzy potrafią mówić, trzeba im tylko umieć zadawać pytania. Marcin Cichoński

Jacek Baliński, Bartek Strowski, „To nie jest hip-hop. Rozmowy”, No Dayz Off


Film

Trudne lato

Dojrzewanie to temat, który filmowcom nigdy się nie znudzi. Okres, gdy człowiek uczy się życia, własnych emocji i seksualności, przedziera – po raz pierwszy świadomie – przez grząski grunt relacji międzyludzkich. Tytułowa Ava musi zakwestionować wszystko, co wie o świecie. Uczciwie spojrzeć na relacje z matką, nauczyć się własnego ciała, otworzyć się przed kimś, kto pomógłby jej zagłuszyć samotność. Léa Mysius jeszcze zaostrza te doświadczenia.

Trzynastolatka dowiaduje się, że traci wzrok. Film staje się opowieścią o pazerności na życie w obliczu choroby. O młodzieńczym pragnieniu, by korzystać z każdej chwili na sto procent. A momenty pozornej nudy tylko mocniej oddają tornado, jakie ma w głowie dziewczyna. Dlatego sensualna, intrygująco sfotografowana „Ava”, choć nie rozgrywa się w szaleńczym tempie, kryje w sobie rozedrganie czasu, kiedy emocje nie znoszą kompromisów. KK

„Ava”, reż. Léa Mysius, Gutek Film

Ukraść diamenty

NIKT NIE UKRYWA, ŻE „OCEAN’S 8” TO KINO W STU PROCENTACH KOMERCYJNE. Główna bohaterka właśnie wychodzi z więzienia. „Zaczynam proste życie” – mówi strażniczce. Ale w jej krwi płynie krew, nie woda. Dziewczyna postanawia robić to, w czym jest najlepsza. Planuje skok stulecia, na którym ona i jej sześć wspólniczek zarobią grube miliony. Ale robi go też dlatego, żeby „zainspirować wszystkie ośmiolatki, które marzą o tym, żeby zostać przestępczyniami”. Z tej historii Gary Ross tworzy mały majsterszyk filmu rozrywkowego. Świetnie dobiera aktorki, zderzając temperamenty Sandry Bullock, Cate Blanchett, Rihanny, Heleny Bonham Carter czy Anne Hathaway. A przede wszystkim jego „Ocean’s 8” jest precyzyjnie i perfekcyjnie napisane. Roi się tu od żartów sytuacyjnych, ciętych ripost, ale i subtelnych mrugnięć okiem, które odwołują się do biografii odtwórczyń ról, języka współczesnej kultury terapeutycznej czy stereotypów narodowych. Wreszcie, to kino dzisiejszych czasów. Przyszedł moment na żeńskie złodziejskie ensemble. I nie trio maskotek z „Aniołków Charliego”, tylko grupę przebiegłych i jak diabli inteligentnych przestępczyń. Profesjonalnych i opłacanych lepiej niż mężczyźni. KK

„Ocean’s 8”, reż. Gary Ross, Warner Polska

Ruchome piaski

„MOŻE I JESTEŚMY FRANCUZAMI, ALE WCIĄŻ POZOSTAJEMY NORMALNYMI LUDŹMI” – żartowała w jednym z wywiadów Claire Denis. Bohaterka jej filmu jest kobietą sukcesu. Szanowana malarka właśnie zaczynająca nowy projekt. Ale obiektyw kamery skupia się wyłącznie na jej życiu uczuciowym. Artystka niedawno rozstała się z wieloletnim partnerem, z którym jednak nie zerwała kontaktów, poza tym zdarza jej się wpaść na młodszego aktora, utrzymuje romans z dość odstręczającym bankierem. I zastanawia się, co zrobić z życiem, żeby wreszcie być szczęśliwą. Wszystko w tej historii pachnie francuskim kinem. Historiami o paryskiej, zamożnej klasie średniej (wyższej), która przeżywa rozterki miłosne. Ale jest w „Isabelle i mężczyznach” coś przejmującego. Portret kobiety po przejściach, na zakręcie. Przyzwolenie na emocjonalne błądzenie. Opowieść o poszukiwaniu bliskości. KK

„Isabelle i mężczyźni”, reż. Claire Denis, Against Gravity


Książka

Do łezki łezka

OD CZASÓW „LOVE STORY” MĘSKIE ŁZY PRZESTAŁY BYĆ WSTYDLIWE WE WSPÓŁCZESNEJ LITERATURZE. Włoski filmowiec Federico Moccia poszedł śladem Segala, zdobył powodzenie i pisze powieści wyciskające łzy z oczu najpierw młodych czytelników, a teraz – gdy opisuje bohaterów dorosłych – bez wiekowych barier. Dorośli są też bohaterowie jego najnowszej powieści, dorośli, piękni i szlachetni. Jeśli się krzywdzą, to w imię miłości, więc jakby bez winy własnej. Bohater kochał w młodości jedną, teraz żeni się z inną, mimo że z tą pierwszą ma dziecko. Nie wie, czy już przestał ją kochać, ale kocha też tę drugą. Przeżywa rozterki w atmosferze estetycznie wzniosłej, pełnej wyrozumiałości i dobroci. No i los rozwiązuje jego problemy. Typowy romansowy wyciskacz łez, ale czyta się przyjemnie. Po to została ta powieść napisana – by wzruszać i dawać radość. LB

Nic nowego

„SIŁA”, WBREW ENTUZJASTYCZNYM RECENZJOM, TO TYLKO SPRAWNIE NAPISANA POWIEŚĆ o świecie, w którym kobiety zyskały zdolność porażania innych ludzi ładunkami elektrycznymi. Wiadomo, że wezmą odwet na mężczyznach, bo ta nowa siła równoważy dysproporcje siły fizycznej. I krok po kroku przejmują władzę nad światem. Tylko po co? Nie wiadomo. Skoro fundamentem dotychczasowego ładu była fizyczna przewaga mężczyzn nad kobietami, to prostackim rozwiązaniem byłoby zastąpienie go nowym ładem, opartym na tej samej zasadzie, tyle że z „plusem” przy uciśnionej dotąd płci. Świat się nie zmieni, będzie tak samo zły jak dotąd, a faza przejściowa między jego starym i nowym ładem równie okrutna, co wszystkie rewolucje. I tak samo wyzwolą się złe emocje, okrucieństwo, hipokryzja. Tak to jest pokazane w powieści i może intencją autorki było napisanie kolejnej dystopii, a może nawet powiedzenie, że feministyczna rewolta w jej radykalnej formie do niczego dobrego nie doprowadzi. Ale w czasach #MeToo jej interpretacja jest zupełnie inna – jako manifestu. LB

Naomi Alderman, „Siła”, Marginesy

Nie ma ulgi

Natalia Fiedorczuk dwa lata temu z przytupem weszła do literatury książką „Jak pokochać centra handlowe”. Teraz poddaje analizie życie rodzinne członków kształtującej się klasy średniej, dobrze sytuowanych, zagonionych do korporacyjnych zagród i powoli odkrywających pustkę swojego życia, którą dotąd przesłaniały im kolejne zdobywane gadżety. A jak rodzi się poczucie braku życiowego sensu, to wyłaniają się demony. Miłość staje się zbiorem rytualnych gestów i okrągłych fraz, życie rodzinne nudną męką, praca uciążliwym obowiązkiem… Do tego depresja, złość, rozczarowanie. Tego doświadcza bohaterka „Ulgi”, która i tak ma lepiej niż sąsiadka gnębiona przez przemoc domową i zdrady. Kiedy próbuje wydobyć się z depresji, uświadamia sobie, że przykościelna terapeutka, której zaufała, nie wierzy w Boga. Znikąd ulgi. Poruszająca, pełna emocji powieść. LB

Natalia Fiedorczuk, „Ulga”, Wielka Litera


Muzyka

Album potrzebny

Linkin Park zdobyło szczyty dzięki dwóm bardzo mocnym podstawom: spokojnemu i pracowitemu, posiadającemu ogromny talent kompozycyjny Mike’owi Shinodzie oraz ekspresyjnemu, obdarzonemu nieprzeciętnym głosem Chesterowi Benningtonowi. Chester swoją nadwrażliwość i życie z chorobą dwubiegunową przypłacił samobójstwem.

„To nie jest podróż przez żałobę i mrok. To podróż wydobywająca mnie z żałoby i mroku” – powiedział o swej płycie Shinoda. I rzeczywiście, jeśli słuchać jej w oderwaniu od traumy, można odnieść wrażenie, że obcuje się z facetem po przejściach próbującym na nowo poradzić sobie z rzeczywistością, ale jednocześnie z człowiekiem, który pozytywnie patrzy w przyszłość. Muzycznie album nie będzie wydarzeniem, pozwala jednak rodzinie fanów Linkin Park podnieść się i spróbować odnaleźć w nowej rzeczywistości. Może być też krokiem w stronę nowej płyty formacji, nagrywanej bez nowego wokalisty. W końcu Shinoda pokazuje, że radzi sobie też wokalnie. MC

Okładka tygodnika WPROST: 26/2018
Więcej możesz przeczytać w 26/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także