Elton John ujawnia kulisy życia prywatnego i zawodowego. „Założę się, że śmierdzą mu stopy”

Elton John ujawnia kulisy życia prywatnego i zawodowego. „Założę się, że śmierdzą mu stopy”

Elton John
Elton John / Źródło: Newspix.pl / ABACA
W książce „Ja. Pierwsza i jedyna autobiografia Eltona Johna” legendarny wokalista ujawnia prawdę o swoim niezwykłym życiu. To szczera, zabawna, ale i wzruszająca historia charyzmatycznego artysty. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwarte publikujemy przedpremierowe fragmenty.

Fragment rozdziału pierwszego

To dzięki mamie poznałem Elvisa. W każdy piątek po pracy pobierała tygodniówkę, zatrzymywała się w drodze do domu w Siever’s, sklepie elektrycznym, w którym sprzedawano również płyty, i kupowała nowe single odtwarzane na gramofonie z prędkością siedemdziesięciu ośmiu obrotów na minutę. Czekałem w domu, żeby zobaczyć, co tym razem przyniosła – to była moja ulubiona chwila z całego tygodnia.

Uwielbiała chodzić na potańcówki, a co za tym idzie przepadała za muzyką bigbandową: Billym Mayem z orkiestrą czy Tedem Heathem. Darzyła też miłością amerykańskich wokalistów: Johnniego Raya, Frankiego Laine’a, Nata Kinga Cole’a, Guya Mitchella śpiewającego: „ona nosi czerwone pióra i hawajską spódniczkę”. Jednak pewnego piątku wróciła do domu z zupełnie inną płytą. Powiedziała mi, że nigdy jeszcze czegoś takiego nie słyszała, ale ten singiel był tak świetny, że musiała go kupić. Wymieniła przy tym imię i nazwisko wykonawcy: Elvis Presley. Tak się złożyło, że je znałem. W poprzednim tygodniu przeglądałem czasopisma w miejscowym zakładzie fryzjerskim, czekając na swoją kolej do podcięcia włosów, kiedy moją uwagę przykuło zdjęcie najdziwaczniej wyglądającego człowieka, jakiego widziałem. Wszystko w nim wydawało się niezwykłe: ciuchy, fryzura, nawet poza. Przy osobach, które się widywało za oknem zakładu fryzjerskiego w Pinner, na północno-zachodnich przedmieściach Londynu, wyglądał jak kosmita. Byłem tak zszokowany, że nawet nie przeczytałem artykułu towarzyszącego fotografii, i do czasu gdy wróciłem do domu, jego nazwisko wyleciało mi z głowy.Jednak w tej chwili znów mi się objawiło w całej pełni: Elvis Presley.

Fragment rozdziału czwartego

Po nocy w San Francisco wszystko nabrało tempa. Tydzień później udzielałem wywiadów w Filadelfii, gdy zadzwonił do mnie John, który zdążył już wrócić do Anglii, i oświadczył, że w BBC wpadł na Tony’ego Kinga. Opowiedział mu, co się stało, i jakie mamy plany. Tony przeszedł od skonsternowanego: „Reg? Reg jest g e j e m?” i „Zamieszkacie razem w sensie: będziecie razem?”, do tubalnego śmiechu, kiedy dowiedział się, że chcę to utrzymać w tajemnicy.

– Co masz na myśli, mówiąc, że Reg chce to utrzymać w tajemnicy? – zapytał. – Przecież jest z t o b ą! Każdy, kto choć raz był w dowolnym londyńskim klubie dla gejów, musi cię znać! Równie dobrze mógłby zawiesić w oknie pier*** neon z napisem „JESTEM GEJEM”!

Chciałem to utrzymać w tajemnicy, bo nie byłem pewien, jak na tę wiadomość zareagują inni. Jednak nie musiałem się martwić. Dla żadnego z moich przyjaciół ani współpracowników nie miało to najmniejszego znaczenia. Odniosłem wrażenie, że Berniemu, kolegom z zespołu, Dickowi Jamesowi i Steve’owi Brownowi ulżyło na wieść o tym, że w końcu kogoś zaliczyłem. Natomiast ludzie na zewnątrz tego kręgu nie mieli najmniejszych wątpliwości, że jestem hetero. Obecnie może się wydawać dziwne, że nikogo to nie zastanawiało, biorąc pod uwagę, co nosiłem i robiłem na scenie, ale ówczesny świat nie przypominał obecnego. Homoseksualizm został zdekryminalizowany w Wielkiej Brytanii zaledwie trzy lata wcześniej i opinia publiczna miała na ten temat bardzo mglistą wiedzę.

Fragment rozdziału siódmego

Zgodziłem się na wywiad dla pisma „RollingStone” tylko dlatego, że strasznie się nudziłem. Światowa trasa z 1976 roku miała być strefą wolną od dziennikarzy. Nie potrzebowałem promocji w prasie, bo i tak wszystkie bilety natychmiast się rozeszły. Tyle że utknąłem na dwa tygodnie w apartamencie w hotelu Sherry-Netherland w NowymJorku (zaplanowaliśmy serię koncertóww Madison Square Garden) i kiedy akurat nie znajdowałem się na scenie, nie miałem kompletnie nic do roboty.

Na dodatek trudno było wydostać się z hotelu. W sierpniu na Manhattanie panował nieznośny upał, ale i tak tłum fanów stale koczował przed wejściem. Jeśli nawet udało mi się ich ominąć, wszędzie w mieście wywoływałem chaos. Widziałem staruszki przewracane i tratowane przez ludzi, którzy chcieli na mnie popatrzeć. Nie był to widok, który sprawiał, że czułem się dobrze ze swoją sławą. Mimo to usiłowałem się czymś zająć. Spotkałem się chyba ze wszystkimi, którzy pozostali w mieście.Zaszedłemdoklubu12 West i odwiedziłem radio o nazwie WNEW. Na moją cześć otworzyli szampana, ale chyba pożałowali tego szczodrego gestu, gdy po wejściu na antenę przedstawiłem słuchaczom garść refleksji na temat krytyka muzycznego Johna Rockwella, który ośmielił się zjechać w swojej recenzji mój koncert: – Założę się, że śmierdzą mu stopy. I je kozy z nosa.

Czytaj także:
Witold Sadowy skończył 100 lat. W TVP ujawnił, że jest gejem

Źródło: Wydawnictwo Otwarte

Czytaj także

 1
  • A homolce Jarosławie śmierdzą nie tylko stopy. Z gęby wali jej taki odór, że można zemdleć ze smrodu w jej otoczeniu, albowiem jej czarna szpara oralna przypomina czarną kloakę.