Wszyscy jesteśmy rasistami

Wszyscy jesteśmy rasistami

SKĄD SIĘ BIERZE SEGREGACJA RASOWA? Noblista Thomas Schelling wie: nawet jeśli mamy się za tolerancyjnych, i tak przyczyniamy się do podziałów rasowych.

Wozy opancerzone, godzina policyjna i chmury gazu łzawiącego. Tak wyglądało amerykańskie Ferguson w stanie Missouri po incydencie z 9 sierpnia, w którym z ręki białego policjanta zginął czarnoskóry 18-latek Michael Brown. Owego feralnego dnia Brown, wychodząc ze sklepu, wdał się w sprzeczkę policjantem. Zginął od policyjnych kul. W jego ciele znaleziono ich co najmniej sześć. Gdyby Brown był biały, do zamieszek by nie doszło. Ale w 20-tysięcznym Ferguson narastała frustracja na tle rasowym. Choć 70 proc. mieszkańców tej położonej na przedmieściach Saint Louis miejscowości jest czarnych, to rządzą w nim biali. Ferguson to miasto wtórnej segregacji rasowej. Jeszcze w 1970 r. biali stanowili 99 proc. mieszkańców. Dziś jest ich 29 proc., a Afroamerykanów 67 proc. Zaledwie kilkadziesiąt lat wystarczyło na diametralną przemianę krajobrazu etnicznego. Na ile w grę wchodził tu rasizm? Na obecną sytuację z pewnością miały wpływ indywidualne decyzje o wyprowadzce lub przyjeździe. I choć trudno w to uwierzyć, stoją za nimi reguły matematyczne.

MATEMATYKA RASIZMU

Takie wnioski można wyciągnąć z badań ekonomisty Thomasa Schellinga, który w 2005 r. otrzymał Nagrodę Nobla za „polepszenie zrozumienia mechanizmów konfliktu i współpracy dzięki analizie teoriogrowej”. Schelling zajmował się teorią gier i próbował zrozumieć, jak pojedyncze zachowania ludzkie mogą tworzyć wielkie procesy społeczne. Takim właśnie procesem jest segregacja rasowa – wszechobecna nie tylko na przedmieściach Saint Louis, ale w każdym większym wieloetnicznym mieście. – Popatrzmy na Los Angeles – mówi politolog Scott E. Page z Uniwersytetu w Michigan, autor darmowych wykładów na internetowej platformie Coursera. Zakreśla kółka na mapie. – W Los Angeles centralna i zachodnia część miasta jest zamieszkana przez białych, południowa przez czarnych, a na wschodzie występuje koncentracja Azjatów – mówi. Podobna segregacja jest w Chicago i Nowym Jorku. Ale skrajnym przykładem jest Waszyngton. – Cały zachód miasta jest biały, a wschód czarny. Istnieje wręcz ewidentna pionowa linia podziału przez sam środek miasta – wskazuje Page. Podobnie wygląda segregacja ekonomiczna. W centrum Chicago żyją ubodzy, a na obrzeżach bogaci, natomiast w Nowym Jorku sytuacja jest odwrotna – im dalej od śródmieścia, tym ludzie biedniejsi.

Dlaczego tak się dzieje? Reguły rządzące segregacją zarówno rasową, jak i ekonomiczną są te same. U jej podstaw stoi założenie, że ludzie chcą się bratać z tymi, których z jakichś względów uważają za lepszych od siebie lub przynajmniej takich samych. W 1974 r. Thomas Schelling stworzył matematyczny model segregacji. Oto jak wyglądał: wyobraźmy sobie szachownicę, gdzie każde pole może pozostać puste lub może na nim zamieszkać biały albo czarny mieszkaniec. Jak na każdej szachownicy pola w środku planszy mają zawsze ośmiu możliwych sąsiadów. Schelling zaludnił losowo szachownicę białymi i czarnymi pionkami, po czym pozwolił im zmieniać miejsce zamieszkania według jednej prostej reguły: każdy mieszkaniec musiał mieć wokoło określoną ilość pionków własnego koloru. W innym wypadku był niezadowolony i się przeprowadzał. Inaczej mówiąc, miał preferencję etniczną, która odzwierciedla naszą potrzebę otaczania się ludźmi podobnymi do nas. Wyniki modelowania były zaskakujące.

TOLERANCYJNA SEGREGACJA

Załóżmy, że ustalamy preferencję na 52 proc., czyli przyjmujemy, że każdy mieszaniec chce, by niewielka większość sąsiadów była jego własnego koloru (np. pięć ósmych lub cztery siódme sąsiadów). To typowe zachowanie, ludzie zazwyczaj wolą być wśród „swoich”. Włączamy model. – Mieszkańcy są niezadowoleni, lawinowo zaczynają się przesiedlać, aż wytworzy się ogromna segregacja – komentuje Page. – Ostatecznie każdy mieszkaniec będzie mieć wokół średnio aż 94 proc. mieszkańców swojego koloru, a segregacja kształtuje dobrze widoczne enklawy – dodaje. Jednak co bardziej zaskakujące, segregacja wyłoni się nawet wtedy, gdy mieszkańcy naszego miasta będą dość tolerancyjni. Załóżmy, że nie przeszkadza im bycie w mniejszości i chcą, aby tylko jedna trzecia (33 proc.) sąsiadów była ich koloru. – Wydawałoby się, że to tolerancyjne założenie – mówi Page. Niestety, także w tym przypadku wytworzy się segregacja, a w mieście zapanuje zadowolenie, dopiero gdy każdy będzie mieć prawie trzy czwarte sąsiadów tego samego koloru.

Najwyraźniej więc wszyscy jesteśmy rasistami – w tym sensie, że nawet gdy dokonujemy wyborów mieszkaniowych według niekontrowersyjnych założeń, przyczyniamy się do utrwalania rasizmu rozumianego jako proces prowadzący do segregacji. Model Schellinga pokazuje, że nawet niewielka preferencja etniczna może wywołać reakcję łańcuchową: jedna osoba wyprowadzająca lub wprowadzająca się powoduje, że inni też zaczynają migrować. To właśnie takie sprzężenie zwrotne mogło doprowadzić do zmiany struktury etnicznej w Ferguson w ciągu kilku dekad.

ZE STRACHU PRZED NIEWIEDZĄ

Nie istnieje jedno proste wyjaśnienie dla wszystkich przejawów rasizmu, ale badacze zgadzają się, że ma on podłoże psychologiczne. Od niepamiętnych czasów to, co nieznane i odmienne, budziło niepokój. Dlaczego? To ewolucyjny odruch: jeśli nie mamy o czymś wiedzy, nigdy nie wiemy, czy nam nie zaszkodzi. Niewiedza to dyskomfort. – W poszukiwaniu pewności człowiek musiał generalizować na podstawie ograniczonej ilości przesłanek – mówią psychologowie ewolucyjni. Wytwarzał przekonania, często nie mając danych. Jeśli ktoś powiedział mu, że owoce z danego drzewa są trujące, to – bez weryfikacji – przyjmował to jako pewnik. Ten sam mechanizm działa w przypadku rasizmu. W XVII-wiecznej Ameryce osoby o odmiennym kolorze skóry były fizycznie odmienne, lecz nikt nie miał ich za swojego sąsiada, nie znał ich z doświadczenia. W obliczu braku wiedzy jako przekonania przyjmowano fantazje i plotki: w czasach Ku-Klux-Klanu czarny kolor skóry uzasadniano pochodzeniem diabelskim.

Brak wiedzy także dziś prowadzi do rasizmu. Na przykład w Saint Louis czarni lub Latynosi mieszkają często w dzielnicach uboższych. Choć w innych miastach bywa inaczej, to biały mieszkaniec Saint Louis, zwłaszcza jeśli nie wyściubia nosa z własnego podwórka, może tego nie widzieć. Dlatego będzie myślał: „W czarnych dzielnicach zawsze jest bieda, a jak bieda, to przestępczość, bo tak wynika z mojego doświadczenia”. To oczywiście nieprawda, ale rasiści często nie dążą do wiedzy, lecz zadowalają się mniemaniem. Inny przykład, Polacy kradną samochody na terenach przygranicznych w Niemczech. Złodziejstwo to często jedyny kontekst, w jakim tamtejsi Niemcy słyszą o swoich sąsiadach ze Wschodu. Nie dopuszczają myśli, że to społeczny margines. Rozumują: „Wszyscy Polacy to złodzieje, a nawet jak nie wszyscy, to w trosce o własne bezpieczeństwo lepiej mi przyjąć, że tak jest”. W takich przypadkach rasizm podbudowany jest indywidualnym doświadczeniem, choć bez ogólniejszej refleksji.

Jak walczyć z rasizmem? Oczywiście jednym ze sposobów jest edukacja. Ale to syzyfowa praca, bo wielu z nas – oczywiście po cichu – ma bardzo silne preferencje etniczne. – Jeśli w modelu Schellinga założymy, że każdy mieszkaniec jest rasistą, czyli chce, aby 90 proc. osób wokoło było takich jak on, mieszkańcy będą przesiedlać się w nieskończoność – mówi Page. – Ktoś zawsze będzie niezadowolony, a przesiedlając się, spowoduje niezadowolenie kogoś innego – tłumaczy. Dlaczego więc rasiści nie wymrą z przemęczenia, szukając swego miejsca w świecie? Model Schellinga to świat zamknięty, o ograniczonej przestrzeni. A w realnym świecie zawsze jest wystarczająco dużo miejsca, by się przesiedlić i w spokoju pozostawać rasistą. �

Okładka tygodnika WPROST: 36/2014
Więcej możesz przeczytać w 36/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0