Wszyscy czekamy na wyrok TSUE

Wszyscy czekamy na wyrok TSUE

Wielka sala rozpraw TSUE
Wielka sala rozpraw TSUE / Źródło: G.Fessy/CJUE
Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, jaki ma zostać wydany we wrześniu, zdecyduje o orzecznictwie polskich sądów w sprawach „frankowych” i położy kres takim wygibasom niektórych polskich sędziów, które mają chronić interesy nie konsumentów, lecz nieuczciwych przedsiębiorców.

Jeszcze kilka lat temu polskie sądy nie zwracały szczególnej uwagi na przepisy europejskie. To się zmieniło i aktualnie polskie sądy w swoich wyrokach coraz szerzej odwołują się do zasad ochrony konsumentów określonych prawem europejskim, w tym zwłaszcza dyrektywą 93/13/EWG o nieuczciwych postanowieniach umownych.

Przepisy europejskie od 1993 roku nakładają na przedsiębiorcę obowiązek jasnego i rzetelnego przedstawiania konsumentowi informacji o skutkach zawieranej umowy, a także zakazują takiego formułowania warunków umowy, które daje możliwość osiągania przez przedsiębiorcę nieuzasadnionych korzyści, na przykład poprzez możliwość podnoszenia ceny już po zawarciu umowy przez konsumenta.

W praktyce rynkowej nie mamy żadnego wpływu na treść umowy zawieranej z przedsiębiorcą, na przykład bankiem czy firmą telekomunikacyjną. Przygotowaną wcześniej umowę dostajemy do podpisu, a jedyna możliwość wyboru sprowadza się do niezawarcia umowy w ogóle. Dodatkowo umowy często są długie, mają wiele załączników i spisane są trudnym do zrozumienia językiem. Dlatego przepisy unijne od dzisięcioleci nakazują sądom badanie umów zawieranych z konsumentami i eliminowanie z ich treści tych postanowień, które są nieuczciwe, przy jednoczesnym obowiązku wykonywania umowy dalej. Celem tych regulacji jest zapewnienie, że umowy zawierane w UE są uczciwe, a przedsiębiorcy nie wykorzystują swojej przewagi nad konsumentami.

Te zasady mają oczywiście zastosowanie również w odniesieniu do kwestii umów kredytów powiązanych z kursem waluty obcej. Nie jest to przy tym tylko polski problem. TSUE zajmował się już kwestią kredytów z Hiszpanii, Rumunii czy Węgier i zawsze stwierdzał, że po pierwsze konsument musi być w sposób wyczerpujący poinformowany o wszystkich konsekwencjach ekonomicznych i ryzykach związanych z zawieraną umową, a po drugie, sama umowa nie może dawać bankowi dowolności w wyznaczaniu zobowiązań kredytobiorcy.

Tymczasem polskie banki od początku łamały przepisy europejskie i prezentowały kredyty powiązane z kursem waluty obcej jako znacznie tańsze niż kredyty złotowe, nie przedstawiając przy tym rzeczywistej skali ryzyka związanej z tymi produktami. Dodatkowo banki zastrzegały sobie swobodę w ustalaniu kursów stosowanych do przeliczeń, po to, aby w ten sposób osiągać dodatkowe korzyści z tytułu tzw. spreadu (zyski tylko z tego tytułu można szacować na niebagatelną kwotę 15 miliardów złotych).

Co ważne, banki doskonale zdawały sobie sprawę z ogromnego ryzyka, jakie związane jest z kredytami „frankowymi”. Jeszcze w 2005 r. w wewnętrznych dyskusjach niektóre banki proponowały wręcz wprowadzenie zakazu udzielania takich kredytów. Zresztą doświadczenia bankowców z innych krajów były zniechęcające – takie kredyty oferowano przez chwilę w Australii na początku lat 80-tych a później we Włoszech na początku lat 90-tych, za każdym razem z fatalnymi konsekwencjami dla kredytobiorców. Dlatego właśnie włoscy właściciele banku Pekao SA zakazali zarządowi oferowania takich produktów na polskim rynku, jako zbyt ryzykownych dla klientów.

Dla wielu mniejszych banków kredyty „frankowe” były jednak jedyną okazją, żeby zdobyć rynek i przekonać do siebie klientów pozornie tańszym produktem. Stąd popularność mało znanych wcześniej banków, takich jak Polbank EFG, Getin Bank czy mBank. W walce o rynek podążyły za nimi również inne, większe banki, za wyjątkiem wspomnianego wyżej Pekao SA. Jednak wszyscy bankowcy doskonale zdawali sobie sprawę z ryzyka, jakie takie kredyty generują i dlatego w pełni przed tym ryzykiem zabezpieczyli się na rynku finansowym. Jednak bankowi sprzedawcy kredytów to ryzyko przed którym się zabezpieczyli, prezentowali klientom jako niewielkie, w praktyce nieistniejące, odwołując się do rzekomej stabilności kursu CHF i zaufania jakie budziła gospodarka Szwajcarii. Jest przy tym oczywiste, że gdyby banki wówczas rzetelnie informowały o ryzyku - a więc o tym, że kurs CHF od 100 lat nieustannie rośnie, czasem gwałtownie, a taki wzrost może spowodować, że nawet po wielu latach spłaty kredytu, kredytobiorca będzie winien bankowi znacznie więcej niż pożyczył - to mało kto zdecydowałby się na zawarcie tak ryzykownej umowy, w której na szali zakładu hazardowego stawiałoby się swoje mieszkanie.

Do tego, banki ukrywały przed klientami dodatkowe koszty jakie będą ponosić w związku z ustaleniem przez banki własnych kursów waluty. Banki stosowały do przeliczeń kursy nie pochodzące z rynku, lecz takie które same wyznaczały, otrzymując w ten sposób dodatkowe korzyści. Ta konstrukcja szybko została uznana za nieuczciwą i banki przegrały wszystkie procesy, jakie toczyły się przed Sądem Ochrony Konkurencji i Konsumentów (pierwsza taka sprawa została wytoczona jeszcze w 2009 r). Mimo tych wyroków lobbing banków spowodował, że polscy politycy nie byli w stanie zapewnić rozwiązania problemu, a problem został przerzucony na sądy.

Teraz kwestia nieuczciwości umów bankowych nie ulega wątpliwości. Jedynym pytaniem pozostaje kwestia, czy skutkiem tej nieuczciwości ma być nieważność całej umowy, pozostawienie umowy bez powiązania z kursem waluty obcej czy też wprowadzeniem w to miejsce odwołań do jakiegoś innego kursu. Tych zagadnień dotyczyć będzie wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie C-260/18 w odpowiedzi na pytania skierowane przez Sąd Okręgowy w Warszawie.

Aczkolwiek przepisy europejskie mówią jasno, że umowa ma być wykonywana dalej z pominięciem postanowień nieuczciwych, to jednak banki próbują ratować swoje zyski i argumentują w sądach, że po eliminacji nieuczciwych postanowień należy wprowadzić do umowy inne postanowienia, po to aby zachować „godziwą marżę” banku albo wyższe oprocentowanie kredytu. Niestety, powyższe rozumowanie znalazło przychylność części polskich sędziów, którzy zaczęli rozważać, w jaki sposób można przekształcić nieuczciwe umowy, tak aby tylko zachować zyski banków.

Wyrok TSUE położy kres takiej wypaczonej interpretacji przepisów chroniących konsumenta. TSUE wielokrotnie już stwierdzał brak możliwości uzupełniania umowy w interesie nieuczciwego przedsiębiorcy i podkreślał, że obowiązek wykonywania umowy dalej z pominięciem nieuczciwych postanowień, a więc na gorszych dla przedsiębiorcy warunkach niż początkowo sobie zakładał, jest przemyślanym rozwiązaniem, które ma zapewnić efekt prewencyjny, a więc zniechęcić przedsiębiorców do tworzenia nieuczciwych umów. Jeżeli bowiem interesy przedsiębiorcy miałyby być chronione przez sąd, to przedsiębiorca niczym by nie ryzykował narzucają od początku nieuczciwe umowy.

Spodziewam się, że TSUE w wyroku wzmocni swoje dotychczasowe stanowisko, opowie się za wysoką ochroną konsumenta. Rezultatem może być nieważność umowy lub obowiązek jej wykonywanie dalej bez postanowień nieuczciwych, ale z zachowaniem pozostałych warunków, ale nigdy taka modyfikacja umowy aby nieuczciwy przedsiębiorca mógł utrzymać choćby w części swoje korzyści. Wyrok TSUE przesądzi sposób wykładni przepisów UE i będzie wiązał wszystkie polskie sądy a jednocześnie rozwiąże problem setek tysięcy kredytobiorców, którzy zostaną uwolnieni od kolosalnego ryzyka związanego ze zmianami kursu CHF, a którego to problemu nie byli w stanie rozwiązać polscy politycy.

Dr Jacek Czabański jest adwokatem, prowadzącym sprawy przeciwko bankom. Prowadzi także blog pomocfrankowiczom.pl

Czytaj także

 0