"Banki chcą coraz więcej o nas wiedzieć" - twierdzi "Gazeta Wyborcza". Już teraz banki przez pięć lat mogą przechowywać informacje o tym, że nie zapłaciliśmy jakiejś raty lub spóźniliśmy się z jej z uregulowaniem. Prawo, które wejdzie wiosną, pozwoli im przechowywać dane o nierzetelnych kredytobiorcach przez 12 lat! Ale na tym nie koniec.
Informacja o osobach niespłacających długu (nawet drobnego - przez co najmniej 60 dni) trafia do Biura Informacji Kredytowej (BIK), czyli bazy, w której banki sprawdzają wszystkich wnioskodawców o kredyty. Negatywny wpis w BIK zwykle oznacza odmowę kredytu. Bankowcy chcą też wiedzieć, czy terminowo opłacamy rachunki za prąd, gaz, telefon. Te informacje zbierają tzw. biura informacji gospodarczej, prywatne firmy, do których wierzyciele - np. firmy telekomunikacyjne, spółdzielnie mieszkaniowe - mogą zgłaszać swoich dłużników. Na listę można trafić, mając trzymiesięczne zadłużenie o wartości co najmniej 300 zł. Dlaczego bankom nie wystarcza BIK? Bo konkurują między sobą m.in. w szybkości udzielania kredytów. Największe sukcesy święcą te banki, które ustawiają swoje stoiska w centrach handlowych i dają pieniądze dosłownie na poczekaniu, w ciągu kilkunastu minut. W tym czasie muszą trafnie ocenić wiarygodność potencjalnego klienta. Więc jeśli - poza BIK - mają dostęp do "czarnych list", czują się pewniejsze. W efekcie coraz więcej ludzi odsyłają z kwitkiem. Korzystają na tym uczciwi kredytobiorcy. Szybkie pożyczki są wciąż dość drogie - kosztują średnio 16 proc. razem z prowizją. Ale to ok. 4 proc. mniej, niż dwa lata temu - pisze gazeta.