Jego słowa wywołały burzę we Włoszech. Szef największej, lewicowej centrali związkowej Cgil Guglielmo Epifani oświadczył: - Prawda jest taka, że Marchionne chciałby pójść sobie z Włoch. Zdaniem Epifaniego dyrekcja Fiata czuje się "zobligowana" do tego, by pozostać w Italii, podczas gdy firma - jak zauważył - "staje się coraz bardziej amerykańska, jest silna w Brazylii i w USA". Odnosząc się do stanu włoskich fabryk lider centrali zauważył: - Wszędzie wysyła się załogi na przymusowe urlopy, bo europejski rynek nie ma się dobrze, zwłaszcza dla marek Fiata. W niektórych sektorach rynku motoryzacyjnego, podkreślił Epifani, Fiat jest "praktycznie nieobecny". Problemem - podsumował - "są samochody, a nie nasz kraj".
Przywódca centrali związkowej Cisl Raffaele Bonanni odpowiedział szefowi koncernu, że sytuacja we włoskich fabrykach to rezultat "bezczynności rządu i ideologicznych haseł opozycji" oraz "surrealistycznych dyskusji". Stanowczo na krytykę zareagował również związek metalowców Fiom, który w ostatnich miesiącach protestował wielokrotnie przeciwko zasadom, na jakich do Pomigliano d'Arco na południu przeniesiona zostanie produkcja pandy z Tychów. Przedstawiciel kierownictwa związku metalowców Fiom Giorgio Airaudo wyraził następującą opinię: "Marchionne mówi tak, jakby Fiat był zagranicznym międzynarodowym koncernem, który musi zdecydować, czy inwestować we Włoszech".
Dyrektora koncernu poparł natomiast całkowicie Związek Przemysłowców. Jego wiceprezes Alberto Bombassei przyznając, że włoskie zakłady nie są konkurencyjne, wskazał: - W Polsce liczba przepracowanych każdego roku godzin jest średnio o 200 wyższa w porównaniu z Włochami. - Zyski osiągane w Polsce czy Brazylii przewyższają te we Włoszech - zauważył Bombassei w wywiadzie dla "Corriere della Sera".
PAP