Centrum Wisenthala zaniepokojone „uwolnionym antysemityzmem”. Rozważa wydanie zaleceń ws. podróży do Polski

Centrum Wisenthala zaniepokojone „uwolnionym antysemityzmem”. Rozważa wydanie zaleceń ws. podróży do Polski

Centrum Szymona Wisenthala
Centrum Szymona Wisenthala / Źródło: Wikimedia Commons / domena publiczna
Centrum Szymona Wisenthala rozważa wydanie rekomendacji w sprawie podróży do Polski dla światowej społeczności żydowskiej. To efekt nowelizacji ustawy o IPN, która wywołała kryzys w relacjach polsko-izraelskich.

Po tym jak polski Sejm przyjął nowelizację ustawy o IPN a prezydent Andrzej Duda podjął decyzję o jej podpisaniu, stosunki pomiędzy Polską a Izraelem są napięte. Głos w sprawie zabrało także Centrum Szymona Wisenthala, pozarządowa organizacja z siedzibą w Los Angeles, która rozważa wydanie rekomendacji dla społeczności żydowskiej w sprawie podróży do Polski.

„Po tym, jak w Polsce została uchwalona kontrowersyjna ustawa o Holokauście, która wywołała antysemityzm, społeczność żydowska jest wstrząśnięta. W związku z tym Centrum Szymona Wiesenthala rozważa wydanie zalecenia dotyczącego podróżowania do Polski” – napisano w komunikacie. Według organizacji „tego typu zalecenie dotyczące podróżowania zachęcałoby Żydów do ograniczania podróży do Polski tylko w celu odwiedzenia grobów przodków i obozów zagłady z czasów Holokaustu”.

„Nie jesteśmy wrogami Polski”

Jednocześnie przedstawiciele Centrum podkreślili, że takie działanie podejmowaliby z wielką niechęcią, ponieważ nie są wrogami Polski. W oświadczeniu podkreślono, że w ciągu ostatnich czterdziestu lat Centrum przyciągnęło setki żydowskich i nieżydowskich przywódców na dziesiątki misji. Założyciel Centrum rabin Marvin Hier i wicedziekan Abraham Cooper stwierdzili, że „boją się o Polskę, w której obecnie historia Holokaustu jest kształtowana na nowo przez władze, które nie chcą mówić głośno o niechlubnej przeszłości, która obejmuje mordowanie Żydów przez Polaków podczas Holokaustu i bezpośrednio po II wojnie światowej”. W ocenie Hiera i Coopera „jeśli uwolniony z powodu ustawy o IPN antysemityzm nie ustąpi, Żydzi staną w obliczu rosnących zagrożeń”.

Wobec tego Centrum będzie monitorować sytuację w nadchodzących tygodniach i miesiącach i po jej analizie podejmie ewentualne działania.

Czytaj także:
Światowy Kongres Żydów potępia „przerażającą ignorancję” Morawieckiego. „Włączanie Żydów do grona sprawców jest parodią”

Czytaj także

 33
  •  
    Treść została usunięta
    •  
      •  
        "- Taki szantażysta wiedział, że ta osoba będzie uciekać, więc starał się obserwować sam albo z pomocą swoich współpracowników wyśledzić tę osobę w kolejnym miejscu, w którym ona się schroniła, czyli aż do takiego momentu, kiedy ta osoba rzeczywiście nic już nie miała - tłumaczy dr Marek Urynowicz. - Były bandy szmalcownicze, całe siatki, które współpracowały z policją granatową i przekazywali sobie tych Żydów, których oskubywali - twierdzi prof. Jacek Leociak z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Często oskubywali do końca, a brak pieniędzy prędzej czy później oznaczał śmierć. Wieść o polskich szmalcownikach, szantażystach i donosicielach rozeszła się błyskawicznie. Wielu historyków zgodnie twierdzi, że przez nich Polacy w czasie wojny mieli gorszą sławę od Niemców. - Niech pan sobie wyobrazi, jak taki Niemiec ma poznać czy Żyd mówi po polsku z akcentem, czy "żydłaczy", jak Niemiec ma odpytać kogoś takiego z katechizmu. Oczywiście, dla ukrywających się Żydów największym zagrożeniem był najbliższy Polak - tłumaczy prof. Grabowski. Doszło do tego, że nawet Polacy ukrywający Żydów zaczęli bać się Polaków.
 
- Oni sami i ich podopieczni - czyli Żydzi, których ukrywali - mieli przede wszystkim koło siebie Polaków. Niemcy byli jakby na drugim planie, nie byli widoczni na co dzień. Irena Sendlerowa bardzo jasno o tym mówi: Polaków trzeba było się obawiać, przed Polakami trzeba było się kryć, na przykład z zakupami spożywczymi. Nie można było kupić w pobliskim sklepie 10 bochenków chleba, bo się miało 6-7 ukrytych Żydów w mieszkaniu, bo to wzbudzało podejrzenie. Czyje podejrzenie? Pani sklepowej, pani sąsiadki... Przed kim trzeba było być cicho w mieszkaniu, chodzić boso na paluszkach w skarpetkach, nie ruszać się, żeby sąsiadka z dołu nie usłyszała kroków w mieszkaniu - opowiada prof. Leociak."
        •  
          Nie wiem już sam, czy ten reportaż jest o wojennej Warszawie? Czy o poniektórych poniżej w czasach współczesnych?

          "- To byli ludzie, którzy chcieli szybko i łatwo zarobić jak najwięcej pieniędzy - wyjaśnia dr Marek Urynowicz, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej. - Podchodzili i mówili, że jeżeli nie dostaną na szmalec przysłowiowy, to zadenuncjują - dodaje. Czyli, najprościej mówiąc, wydadzą Niemcom Żyda, który nie trafił lub uciekł z getta. - Niemcy stworzyli klimat, w którym tego rodzaju zachowanie było bardzo dochodowe. W to się angażowały tysiące ludzi - zaznacza historyk prof. Jan Grabowski. Koszmar uciekającego Żyda zaczynał się tuż za murami getta. - Stali już na ulicy aryjskiej i zaraz go otaczają najpierw dzieciaki, jakieś wyrostki, i tutaj 50 złotych, tutaj 100 i on się jakby opłaca - opowiada prof. Leociak. - Idzie dalej, wsiada do dorożki, a dorożkarz mówi: "kochany, albo płacisz, albo zawiozę cię prosto do gestapo". Więc on płaci, idzie dalej, a na dworcu już go bierze taki bardziej poważny szmalcownik, bierze go do bramy i każe mu ściągać spodnie. Ucieczka z getta w pierwszym etapie jest opowiadana przez tych, którzy przeżyli, jako opędzanie się od szmalcowników - mówi. Ale to był dopiero początek. Jak mówi dr Marcin Urynowicz z Biura Badań Historycznych Instytutu Pamięci Narodowej - najgorsze dopiero było przed nimi, kiedy wydawało się, że są już w miarę bezpieczni. - Prawdziwym zagrożeniem to byli szantażyści, a nie szmalcownicy - podkreśla dr Urynowicz. - Dlatego że szmalcownik to był ten wokół getta, natomiast szantażysta to był ktoś, kto, jak widział, że Żyd opuszcza getto, to wcale go jeszcze nie szantażował. On czekał do takiego momentu, kiedy widział, że ta osoba jest już gdzieś umieszczona, już sobie znalazła schronienie, już sobie coś opłaciła i wtedy dopiero przychodził. I nie robił tego na ulicy, on to robił w domu albo w kawiarni. On to robił po cichu - opisuje historyk. - To była praca, czasami praca i przyjemność, chodziło o pieniądze, ale nie zawsze, bo czasami chodziło o gwałcenie kobiet, okup odbierano w naturze - podkreśla prof. Grabowski.
 Profesor Jan Grabowski jest współzałożycielem i członkiem Centrum Badań nad Zagładą Żydów Polskiej Akademii Nauk, autorem wielu książek i publikacji na temat Holokaustu. Dziś wykłada na Uniwersytecie Ottawy w Kanadzie. Jego rodzina szmalcowników poznała osobiście. - Mój ojciec z dziadkami ukrywali się w Warszawie, byli szmalcowani trzy razy, dwa razy przez dozorcę, raz przez osobę przypadkową. A to, że się uratowali, to był szczęśliwy przypadek, bo mój dziadek trafił w alei Szucha na gestapowca, który był jego kolegą z armii austro-węgierskiej z pierwszej wojny światowej - opowiada." (http://www.tvn24.pl)
          • Treść została usunięta