Wśród demonstrujących byli ratownicy, którzy usuwali skutki katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu, weterani wojny w Afganistanie i przedstawiciele średniego biznesu. "Wolność dla Ukrainy!", "Precz z bandą!" - wykrzykiwali. Gdy milicja odepchnęła uczestników akcji za leżące wokół parlamentu metalowe ogrodzenie, część z nich pomaszerowała pod administrację prezydenta Wiktora Janukowycza. Protestujący nie dotarli do jego siedziby, gdyż i tu drogę zagrodziła im milicja. Wcześniej władze ostrzegły, że w demonstracjach może wziąć udział nawet 40 tysięcy osób. Opozycja nazwała te informacje prowokacją.
Prezydent Janukowycz oskarżył swych przeciwników o przygotowywanie zbrojnych ataków na instytucje państwowe oraz zarzucił im dążenie do zachwiania stabilności gospodarczej i politycznej kraju. - Milicja mówi mi, że kupowana jest broń i trwają przygotowania do zbrojnych ataków na instytucje państwowe - oświadczył 1 listopada prezydent.
Komentatorzy na Ukrainie utrzymują, że choć władze obawiają się protestów, miejscowe społeczeństwo nie jest gotowe do masowych wystąpień przeciw rządzącym. - Ostatnie badania opinii publicznej mówią, że ludzie nie poprą politycznych akcji nawet mimo swego negatywnego stosunku do obecnych władz - ocenił politolog Wołodymyr Fesenko z kijowskiego Centrum Badań Politycznych "Penta".
zew, PAP
