Jobbik u bram

Jobbik u bram

Węgierska partia skrajnej prawicy święci kolejne triumfy. Za trzy lata może sięgnąć po ster rządów.

Tapolca to ledwie 15-tysięczne miasteczko leżące na północ od Balatonu. 12 kwietnia właśnie tam rozegrała się polityczna batalia, której rezultat oznacza początek naprawdę nieprzyjemnych kłopotów Viktora Orbána i jego partii. W styczniu niespodzianie zmarł miejscowy poseł Fideszu, zatem w ciągu trzech miesięcy musiały odbyć się wybory uzupełniające. Premier założył, że problemów z utrzymaniem mandatu nie będzie, w końcu zachodnie Węgry to bastion partii rządzącej. Jeszcze trzy miesiące temu nie mógł wiedzieć, jak bardzo się myli.

Za pierwsze ostrzeżenie należało odebrać lutowe wybory uzupełniające w pobliskim mieście wojewódzkim Veszprém wygrane przez formalnie niezależnego, ale popieranego przez lewicową opozycję Zoltána Késza (ich skutkiem była utrata przez Fidesz większości dwóch trzecich w parlamencie). Tymczasem kierownictwo Fideszu uznało to za jedynie wypadek przy pracy. W Tapolcy sprawy miały potoczyć się inaczej. Nic z tego. Po brutalnej walce posłem z okręgu Tapolca został Lajos Rig, kandydat skrajnie prawicowego Jobbiku. Aktywiści partii władzy dwoili się i troili, ale Fideszowi zabrakło 261 głosów.

Przez kilka następnych dni przywódcy Jobbiku napawali się swoim triumfem – wprawdzie po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych posiadają 23 posłów w 200-osobowym parlamencie, ale zdobyli oni swoje mandaty z list partyjnych. Wygrana w okręgu jednomandatowym – i to w pojedynku z kandydatem Fideszu, za którym stał sam premier, cały aparat partyjno-administracyjny wraz z, kontrolowanymi przez państwo, mediami – to całkiem nowa jakość.

Analitycy nie mają wątpliwości: Jobbik, który już stał się drugą najważniejszą siłą polityczną na Węgrzech, w kolejnych wyborach parlamentarnych będzie w stanie podjąć walkę o władzę. Coś co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się węgierską bajką o żelaznym wilku staje się niepokojącą rzeczywistością. Ronald S. Lauder, przewodniczący Światowego Kongresu Żydów (WJC), wynik wyborów w Tapolcy skomentował mówiąc, że „Jobbik nawet nie wie, jaką szkodę wyrządza przyszłości Węgier”. Gábor Vona, przewodniczący Jobbiku ignoruje takie opinie, twierdząc, że wynikają one z niewiedzy i uprzedzeń. „Oto pojawiła się partia zmiany władzy” – oświadczył dumny podczas powyborczej konferencji prasowej. I mimo jego skłonności do chełpienia się, tym razem może rzeczywiście być bliski prawdy. – Przez długi czas wydawało się, że ugrupowanie prawicowych populistów i ksenofobów nie jest w stanie przebić szklanego sufitu kilkunastu procent głosów w wyborach. Teraz okazuje się, że taka granica została wykoncypowana bez żadnej podstawy – mówi w rozmowie z „Wprost” Kornélia Magyar kierująca budapeszteńskim think tankiem Instytut Progresywny. Przyczyn umacniania się skrajnej prawicy jest kilka. Po pierwsze to sprawne i cierpliwe budowanie silnej struktury politycznej i wyciąganie wniosków z błędów przez przywódców Jobbiku. Dominują wśród nich wykształceni, wygadani prawnicy – tacy jak sam Gábor Vona, jego zastępca István Apáti albo przebojowa i elokwentna europosłanka Krisztina Morvai.

Świetnie wyczytują nastroje społeczne i – jak wszystkie populistyczne ugrupowania skrajnej prawicy w Europie – szybko dają proste odpowiedzi na trudne pytania. Swój program przywódcy Jobbiku zatytułowali „Wypowiemy, rozwiążemy”. Przedstawiają w nim recepty na wszelkie bolączki, z którymi ich zdaniem nie radzi sobie rząd.

Chcą zredukować ubóstwo, wzmocnić bezpieczeństwo publiczne i narodowe, chcą wspierać rodzimy przemysł i opierać się „kolonizacji Węgier” przez obce banki i koncerny. Obiecują rozwiązanie problemu cygańskiego, choć sami zainteresowani boją się paramilitarnych przybudówek Jobbiku jak ognia. Na poziomie haseł program brzmi po części rozsądnie, gorzej z planami realizacji założeń, choćby od strony dopięcia budżetu.

Założony w 2003 r. przez grupę radykalnych studentów Jobbik swoje powstanie paradoksalnie zawdzięcza Fideszowi, który rok wcześniej wspomógł tworzenie organizacji w nadziei, że stanie się ona młodzieżówką rosnącej w siłę centroprawicy. Młodzi gniewni szybko zerwali się jednak z uwięzi i poszli własną drogą. Z jednej strony byli radykalnie antylewicowi, z drugiej zaś uważali, że partia Orbána jest zbyt ugodowa i nie ma odwagi nazywać rzeczy po imieniu.

Aktywiści Jobbiku zaś bez żenady mówili o „żądnych władzy Żydach” i o „zdegenerowanych Cyganach”. Swoje poglądy wykładali na łamach partyjnego tygodnika „Barrikád”, którego już sama nazwa sugeruje rewolucyjny zryw. Wrogiem narodu w oczach Jobbiku stali się Unia Europejska i międzynarodowy kapitał. Problemów przywódcy partii nigdy za to nie mieli z putinowską Rosją, której stali się wiernymi przyjaciółmi i rzecznikami. Béla Kovács, europoseł Jobbiku, oskarżony został nawet o agenturalną działalność na rzecz wywiadu rosyjskiego (media nadały mu wymowny przydomek „Kagebela”). Działacze partii atakują „dewiantów seksualnych” i wszystkich, którzy ich zdaniem nie dość żarliwie bronią interesów narodu – oczywiście atakowanego i zagrożonego przez czyhające wokół wraże siły. Z akcjami partyjnymi kojarzyły się przemarsze paramilitarnej Gwardii Węgierskiej w mundurach stylizowanych na stroje strzałokrzyżowców, węgierskich faszystów z czasów II wojny światowej (po sądowym zakazie gwardia przycichła, za to pojawiła się Armia Zbójników, organizacja deklarująca walkę o porządek publiczny). Z czasem wizerunek wojujących rasistów i ekstremistów zaczął przywódcom Jobbiku ciążyć – zwłaszcza po pierwszym znaczącym sukcesie wyborczym w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. Vona zaczął łagodzić ton i zalecił to samo swoim kolegom. Z retoryki polityków Jobbiku w ostatnim roku zniknęły treści antysemickie i rasistowskie uwagi o Cyganach. Niedawno Gábor Vona obruszył się wręcz, gdy jego partię nazwano „skrajnie prawicową”.

– To oczywiste nawiązanie do taktyki francuskiego Frontu Narodowego, który Jobbik uznaje za wzór do naśladowania – mówi „Wprost” politolog Péter Krekó, dyrektor instytutu Political Capital. – Skutkiem tego wyciszenia jest osłabienie awersji wyborców do partii traktowanej wcześniej jak ostoja prawicowych oszołomów. W rzeczywistości żadnej głębokiej przebudowy ideologicznej nie ma, mowa co najwyżej o zmianie wizerunkowej. Lajos Rig, który triumfował podczas wyborów w Tapolcy, niedawno stwierdził np., że „Cyganie to broń genetyczna Żydów”. Do wzrostu popularności Jobbiku w znacznym stopniu przyczyniły się coraz bardziej widoczne potknięcia Fideszu, błędy i nadmierna pewność siebie młodszego pokolenia przywódców partii. Premier zaś zamiast zademonstrować wolę oczyszczenia atmosfery w swoim otoczeniu bierze w obronę współpracowników, nawet jeśli wiadomo, że mają coś za uszami. Na dodatek totalną impotencją wykazała się nieudolna i skłócona wewnętrznie lewicowa opozycja. W tej sytuacji zyskiwać zaczął właśnie Jobbik przedstawiający się jako jedyne, moralnie czyste i niesplamione jeszcze rządzeniem ugrupowanie. Nie bez powodu w zestawie sloganów Jobbiku najważniejsze okazują się dziś chwytliwe hasła walki z korupcją, nadużyciami i ubóstwem.

Przywódcy Fideszu przez długi czas usiłowali unikać konfrontacji z prawicowymi radykałami. – Zamiast tego próbowali przejmować ich hasła, takie jak eurosceptycyzm, otwarcie na Wschód czy walka z zagranicznymi korporacjami. – Radykalizacja Fideszu to w dużej mierze konsekwencja przejmowania haseł Jobbiku – tłumaczy Péter Krekó. Tyle że niewiele to dało, bowiem wyborcy doskonale znają prawdziwych autorów bezkompromisowych haseł, a ich przejmowanie przez partię władzy uznają po prostu za potwierdzenie słuszności postulatów Jobbiku. Kolejne sukcesy Jobbiku są faktem. Prawicowi radykałowie wciąż poprawiają wyniki wyborcze, rządzą już w 24 samorządach, a w sondażach zbliżają się do Fideszu (w marcowym sondażu agencji Ipsos partia Orbána uzyskała 21 proc., a Jobbik – 18). Czy za kolejne trzy lata Jobbik sięgnie po władzę? Jeszcze rok temu większość pytanych węgierskich analityków i dziennikarzy odpowiadała, że „to raczej nierealne”. Dziś przyznają: „tego nie można już wykluczyć”. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

CZAS RADYKAŁÓW

Skrajna prawica rośnie w siłę prawie w całej Europie. Pokazem siły politycznej ksenofobów, radykalnych nacjonalistów i eurosceptyków okazały się wybory do Parlamentu Europejskiego w 2014 r., w których obok Jobbiku dobre wyniki osiągnęły także brytyjska Partia Niezależności Zjednoczonego Królestwa (UKIP), austriacka Partia Wolnościowa i francuski Front Narodowy. Szczególne sukcesy święci we Francji właśnie ta partia kierowana przez Marine Le Pen, która rezygnując z agresywnego tonu i wątkówantysemickich, zdołała na tyle „ucywilizować” wizerunek FN, że przestano kojarzyć tę partię z neofaszyzmem. Z poparciem ok. 30 proc. FN urósł do rangi jednej z głównych sił politycznych we Francji. Także w Wielkiej Brytanii szef UKIP Nigel Farage zdołał uczynić ze swojej partii poważnego gracza politycznego. Dzięki antyimigranckiej i antyunijnej retoryce po majowych wyborach może ona stać się trzecią partią w brytyjskim parlamencie. W Holandii nieco osłabła w ostatnim czasie Partia Wolności pod wodzą Geerta Wildersa, który jeszcze kilka lat temu uchodził za enfant terrible europejskiej polityki. W Finlandii zmienne okazuje się też poparcie dla partii Prawdziwych Finów. Rosnące notowania tego ugrupowania na początku obecnej dekady odnotowane zostało jako ewenement w tradycyjnie liberalnej Skandynawii. W Grecji zaskoczeniem było pojawienie sie na scenie politycznej otwarcie faszyzującego ugrupowania Złoty Świt. Jego kariera związana jest niewątpliwie z głębokim kryzysem i wywołaną nim powszechną frustracją społeczeństwa.

Okładka tygodnika WPROST: 17/2015
Więcej możesz przeczytać w 17/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0