Indie tylko dla Hindusów

Indie tylko dla Hindusów

Sanskryt zamiast angielskiego i świątynie Ramy zamiast meczetów. Hinduscy nacjonaliści próbują zaprowadzać swoje własne porządki.

To w starożytnych Indiach wymyślono chirurgię plastyczną, a jako pierwszy odkrycie to wykorzystał Ganeśa, hinduski bóg o głowie słonia. Takie stwierdzenie padło nie z ust ulicznego kaznodziei, tylko premiera największej demokracji świata. Narendra Modi chciał w ten sposób podkreślić, że Indie mogą się pochwalić osiągnięciami w medycynie. Na tym się nie skończyło, bo ministrowie zaczęli się prześcigać w oświadczeniach – a to, że do osiągnięć indyjskiej myśli sprzed tysięcy lat należy pierwszy samolot; a to, że tam sformułowano twierdzenie Pitagorasa.

Po tym, jak w zeszłym roku do władzy doszła Indyjska Partia Ludowa (BJP), oficjalna retoryka w kraju świętych krów zaczęła uderzać w nowe tony. Hindusi nie od dzisiaj wierzą, że są wielkim, ważnym dla dziejów świata narodem, ale w ostatnich kilkunastu miesiącach nacjonaliści starają się to udowodnić z jeszcze większym zapałem. Toczą się dyskusje nad zmianami w podręcznikach szkolnych i obowiązkowym nauczaniu sanskrytu, a ostatnio rząd rozpętał pokazową walkę z internetową pornografią, której rozpowszechnianie ma być zamachem na tradycyjne wartości. Nową energię zyskali ci, którzy chcą budowy państwa opartego na jednej religii – hinduizmie. Tymczasem indyjską kulturę przez setki lat współtworzyli innowiercy, głównie muzułmanie. Widać to w każdej sferze życia, nawet w języku, w którym pełno perskich i arabskich zapożyczeń.

BRUNATNA WERSJA HINDUIZMU

Prominentnym postaciom życia publicznego nie przeszkadza to wyzywać wyznawców islamu od bękartów. Wielu nowo mianowanych ministrów i wysokich urzędników to dawni działacze ultrareligijnych organizacji. Członkami największej z nich, RSS, byli obecni ministrowie zdrowia, pracy i paliw oraz szef rządu stanu Harijana, z kolei premier stanu Madhja Pradeś i minister do spraw nawozów wywodzą się z jej studenckiego ramienia. Wychowankowie tych organizacji zasiadają też na kierowniczych stanowiskach w rządzącej BJP i są znani z tego, że interesy macierzystych organizacji stawiają ponad interesami partii.

RSS, Narodowa Organizacja Ochotników (Rashtriya Swayamsevak Sangh), w tym roku obchodzi swoje 90-lecie. Dąży do budowy czysto hinduistycznego państwa i promuje ideologię hindutwy – przekonania o wyższości hinduizmu i hinduskiego stylu życia nad innymi kulturami. Jej założyciele popierali politykę i rasistowską ideologię hitlerowskich Niemiec, a w 1948 r. jeden z jej sympatyków Nathuram Godse zamordował Mahatmę Gandhiego. Dziś działacze RSS są oskarżani o nawoływanie do nienawiści na tle etnicznym, a czasami wręcz o organizowanie pogromów muzułmanów. Nie bez przyczyny. W 1992 r. jej ochotnicy zburzyli meczet Babura w świętym mieście Ayodhya, doprowadzając do napięć etnicznych, których konsekwencje są odczuwane do dziś. Masakry muzułmanów w stanie Gudźarat w 2002 r. i Uttar Pradeś w 2013 r. to pokłosie tamtych zajść. Choć organizacja była trzykrotnie delegalizowana, to dziś znów rośnie w siłę. Z RSS powiązanych jest kilkadziesiąt mniejszych organizacji, w tym związki zawodowe i paramilitarne bojówki. Należą do nich Światowy Komitet Hindusów (VHP) i partia Shiv Sena (Armia Śiwy), koalicjant rządzącej partii BJP. Ich członkowie nie tylko ignorują aspiracje muzułmanów, chrześcijan i przedstawicieli innych wyznań, ale nawet domagają się wyrzucenia ich z kraju. Działacze Shiv Sena chcą zapisu w konstytucji zakazującego hinduistom zmiany religii i organizują protesty przeciwko obchodzeniu walentynek, będących ich zdaniem zagrożeniem dla indyjskiej kultury. Członkowie Śri Ram Sena (Armii Pana Ramy) wsławili się pobiciem kobiet za to, że poszły do pubu w jednym z miast na południu kraju. Organizują obozy treningowe dla dziewcząt i chłopców, karmiąc młodzież hasłami o Indiach dla wyznawców hinduizmu i teoriami o planowym niszczeniu indyjskiej kultury przez wrogie siły. Ich poglądy z marginesu przenikają już do głównego nurtu debaty publicznej.

NARODOWCY U WŁADZY

Narendra Modi przyznaje, że działalność w RSS ukształtowała go jako polityka. Do organizacji dołączył jeszcze jako nastolatek, stopniowo w niej awansował, i to jej poparcie pozwoliło mu zostać najpierw szefem rządu stanowego Gudźaratu, a później – premierem. Choć nadal podkreśla, że wartości hinduizmu są dla niego najważniejsze, to po przejęciu władzy złagodził antymuzułmańską retorykę i podjął ofensywę na arenie międzynarodowej, chcąc odbudować pozycję Indii w regionie.

Radykałowie, którzy wynieśli Modiego na piedestał, mogą jednak stać się poważną przeszkodą na drodze do uwiarygodnienia jego dyplomatycznych i gospodarczych planów. W kręgach zbliżonych do premiera się mówi, że miał on narzekać na radykalizujących się nacjonalistów z RSS. – To oczywiste, że pewne organizacje starają się naciskać na rząd, ale Modi prowadzi niezależną politykę – uważa Ashok Malik, komentator polityczny. Rzeczywiście w większości drażliwych spraw podnoszonych przez radykałów premier milczy jak grób, w przeciwieństwie do swoich partyjnych kolegów. Subramanian Swamy, stwierdził niedawno, że skoro mieszkający nad Gangesem hinduiści i muzułmanie mają takie same geny, to ci ostatni, nie wiedząc o tym, też muszą być kulturowo hinduistami. Kiedy Światowy Komitet Hindusów zaapelował, by urzędowy angielski zastąpić klasycznym sanskrytem, należąca do rządzącej partii minister edukacji początkowo poparła obowiązkowe nauczanie tego martwego dziś języka. Modi nie zabrał głosu ani na ten temat, ani też w sprawie "miłosnego dżihadu". Według tej teorii spiskowej młodzi muzułmanie mają rzekomo uwodzić hinduskie dziewczyny i namawiać je do przechodzenia na islam.

Publicznie Modi poparł tylko nieliczne pomysły skrajnie prawicowych środowisk. Przyznał np. rację Shashiemu Tharoorowi, dyplomacie, publicyście i indyjskiemu kandydatowi na sekretarza generalnego ONZ, który domagał się od Wielkiej Brytanii odszkodowania za 200-letnie kolonialne rządy. Innym propagowanym przez narodowców pomysłem, który premier oficjalnie poparł, jest rozkręcanie narodowej produkcji. Hasła samowystarczalności lansuje Swadeshi Jagaran Manch (SJM), ekonomiczne ramię ruchu narodowego. – Modi ciepło się o nich wypowiada, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że popularne ostatnio hasło „Make in India” to tylko slogan – mówi Aditi Phadnis, publicystka i znawczyni indyjskiej polityki. – W sprawach ideologicznych nadal będzie się dystansował od RSS i związanych z nią organizacji, tym bardziej że stoją przed nim poważne zadania – przewiduje.

CIEŃ MASAKRY

Narendra Modi musi zadowolić zarówno umiarkowanych wyborców, jak i radykalnych popleczników, a zarazem wprowadzić kraj na ścieżkę szybkiego rozwoju. – Konieczność zapewnienia miejsc pracy rosnącej rzeszy wykształconych, młodych ludzi i odbudowania silnej gospodarczej pozycji w sąsiednich krajach to najważniejsze wyzwania, które przed nim stoją – mówi Ashok Malik. Indie przyjęły bardziej asertywną postawę wobec terytorialnych żądań Chin i Pakistanu, zaczęły też prężyć muskuły, zapowiadając nowe kontrakty zbrojeniowe. Jednocześnie konkurują z Chinami na oferty pomocy i współpracy z państwami regionu: Bangladeszem, Nepalem, Bhutanem, Birmą, Wietnamem i Sri Lanką. Tymczasem w kraju rośnie liczba incydentów na tle religijnym i etnicznym – także w miejscach, gdzie od dawna ich nie było.

Kilka miesięcy po dojściu BJP do władzy na jednym z osiedli wschodniego Delhi wybuchły pierwsze od 30 lat zamieszki. – To prawda, że się wzajemnie nie kochamy – mówi Ashok Malik. – Ale rozpętywanie nienawiści z pewnością nie jest w interesie rządu i za każdym razem będzie reagował na łamanie prawa – przekonuje. Ostatnią rzeczą, której mógłby sobie życzyć premier popierany przez wielki biznes i najważniejsze media, są wymykające się spod kontroli zamieszki etniczne. Podczas przemówienia w Dniu Niepodległości powiedział, że nienawiść, zwłaszcza hindusko-muzułmańska, jest przeszkodą w rozwoju kraju i wezwał do powstrzymania się od konfliktów.

Wielu obserwatorów zadaje sobie jednak pytanie, czy spod maski pragmatyka, którą założył Modi, nie wyziera twarz wychowanka radykalnej RSS. Kampanie nienawiści organizowane przez narodowców wzmagają napięcie, a w rządzie pojawia się coraz więcej osób o poglądach ukształtowanych przez ideologię hindutwy. Faktyczne przyzwolenie na to szefa rządu może się źle kojarzyć, bo Modiego ścigają demony przeszłości. Chodzi o oskarżenia związane z masakrami w 2002 r., kiedy rządził stanem Gudźarat. Setki ludzi, głównie muzułmanów, zginęły wtedy w pogromach, a Modi nie zrobił nic, by je powstrzymać. W organizacji masowych zabójstw brali udział lokalni działacze BJP, w tym członkini stanowego parlamentu Maya Kodnani, która trafiła za to do więzienia. Modiemu nigdy nie udowodniono, że umożliwił dokonanie ludobójstwa, ale aż do objęcia stanowiska premiera był bojkotowany przez zachodnich dyplomatów. Dziś musi lawirować między wymaganiami swoich wyborców a oczekiwaniami międzynarodowych partnerów i potrzebami Indii. Tym ostatnim potrzebny jest raczej spokój i umiarkowanie niż polaryzowanie społeczeństwa.

Analitycy podkreślają, że indyjska demokracja działa przeciwko radykałom. Kiedy politycy dochodzą do władzy, zwykle łagodnieją, bo muszą reprezentować prawie półtora miliarda obywateli. Sunil Khilnani, autor książki „The Idea of India”, uważa, że to na różnorodności został zbudowany kraj, a przetrwał dzięki promowanym przez Jawaharlala Nehru świeckim rządom. Robienie z niego domu dla wyznawców tylko jednej religii może doprowadzić do upadku. Najbliższe miesiące pokażą, na ile Modiemu jest po drodze z ideami ojców założycieli drugiego najludniejszego państwa świata. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 38/2015
Więcej możesz przeczytać w 38/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0