Krótki film o dojrzewaniu

Krótki film o dojrzewaniu

Każdy się zmienia, dojrzewa. Ale Donald Tusk zmienił się tak radykalnie, że czasem trudno uwierzyć w to, jak zaczynał. I stał się tajemnicą nawet dla znajomych.
Gdy Jarosław Kaczyński zdawał urząd premiera, pewnie nawet do głowy mu nie przyszło, że przez kolejnych pięć lat nie wygra absolutnie niczego.

Jego poprzednika Kazimierza Marcinkiewicza w ogóle nie ma w polityce.

Odchodzącego z rządu Leszka Millera własna partia nie wpuściła na listy wyborcze. Dwa lata później żelazny kanclerz doznał jeszcze głębszego upokorzenia, kandydując do Sejmu z listy Samoobrony.

Premier Jerzy Buzek, zanim zrobił błyskotliwą karierę unijną, poprowadził swój AWS do bezprzykładnej klęski wyborczej.

Donald Tusk, wygrywając w ubiegłym roku drugie z kolei wybory, dokonał sztuki niezwykłej. Nie zmogły go ani kryzys, ani klęski żywiołowe, ani katastrofa smoleńska. Gdy cztery lata temu wprowadzał się do kancelarii przy Alejach Ujazdowskich, był po prostu liderem zwycięskiej partii. Dziś na tym jednym człowieku wspiera się konstrukcja całej sceny politycznej, i to w jej praktycznie bezalternatywnym kształcie.

Niezależnie od tego, co sądzimy o rządach Platformy, przyznać należy: tak skutecznego polityka Polska jeszcze nie miała. 

Byli sobie liberałowie…

Kończyło się lato 1993 r. i po raz pierwszy – matura właśnie zdana – mieliśmy tak długie wakacje. Gdzieś obok toczyła się jakaś kampania wyborcza.

Jedynymi, którzy wydawali się normalni w gronie polityków, byli gdańscy liberałowie.

Nie gderali o WC (tzw. wartościach chrześcijańskich), skracali dystans, nie straszyli powrotem nomenklatury i zapaścią gospodarczą. W tym, co mówili, wszystko wydawało się proste i oczywiste: najważniejsza jest wolność, a co moje – to moje (a nie państwowe).

Widywaliśmy ich czasem w weekendowe wieczory w Cotton Clubie na gdańskiej starówce. To był salon liberałów, prowadzony przez postawnego i bezpośredniego Jaśka Pawłowskiego, w nieodłącznym arabskim haftowanym toczku na głowie. Stary kumpel Tuska.

Najfajniejszy wydawał nam się Tusk. Luzak. Do dziś mam go przed oczami, jak w Cotton Clubie, nieźle już wstawiony, krąży między stołami bilardowymi pod antresolą, przybijając piątkę obcym ludziom.

Mimo sympatii dla liberałów trochę byłem zdziwiony, gdy przypadkowo napotkany na ulicy K. wręczał mi ulotkę KLD. Nie podejrzewałem go o głębsze polityczne namiętności. A zaraz potem G. pochwaliła się, że będzie mężem zaufania KLD w komisji wyborczej. Jej również nie podejrzewałem.

Ale wszystko i tak poszło na nic. Wybory wygrała komuna, a „nasze" chłopaki z KLD nawet progu nie przekroczyły. Z perspektywy Gdańska, gdzie wykręcili dobry wynik i lokalnie chyba nawet zmieścili się na pudle – to było coś niewiarygodnego. Czy oni tam, w głębi Polski, oślepli?

Skąd mogliśmy wiedzieć, że KLD nie miało jednego oblicza? Gdańszczanie nadawali partii ton, ale w innych ośrodkach zanadto rzucały się w oczy biznesowe zakapiory, które za parawanem uwielbienia dla wolnego rynku szukały w partii ochrony dla swoich szemranych interesów. My mówiliśmy, że KLD to fajne chłopaki. Reszta Polski widziała jedynie „aferałów".

Uśmiechałem się do kamer

Jaśko Pawłowski lubi opowiadać historię z lata 1989 r., kiedy pojechali z Tuskiem na saksy do norweskiego Tromsø, aż za kręgiem polarnym. Za siedem dolarów na godzinę (w Polsce to był majątek!) remontowali tam szkołę. A u nas działa się historia, wyłaniał się nowy układ władzy z Tadeuszem Mazowieckim na czele rządu.

Janusz Korwin-Mikke napisał wtedy ponoć w którejś gazecie, że Donald Tusk ma być w nowym rządzie ministrem gospodarki morskiej. Resort mało ważny, a Tuska znali głównie jego gdańscy towarzysze oraz właśnie Korwin-Mikke, który kilka miesięcy wcześniej był gościem cyklu debat w ramach „Kongresu Liberałów".

Znajomi wysłali tę gazetę do Norwegii i artykuł, po przetłumaczeniu na norweski, zawisł w gablotce szkolnej. Łatwo sobie wyobrazić miny pracodawców.

Anegdota, ale pokazuje, jak nieistotnym środowiskiem byli w 1989 r. gdańscy liberałowie, skoro jeden z ich liderów rzucił wtedy wszystko i pojechał sobie dorobić. Ale było coś jeszcze: jakże łatwo i w sumie przypadkowo zaczynały się wówczas kariery!

Tuska akurat wtedy to ominęło, artykuł Korwin-Mikkego był tylko spekulacją. Ale jak już los się do liberałów uśmiechnie, będzie to uśmiech od ucha do ucha.

W 1990 r. wybrany właśnie na prezydenta Lech Wałęsa powierza 40-letniemu liberałowi Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu tekę premiera. Większość Polaków po raz pierwszy słyszy to nazwisko. Dlaczego Bielecki i gdańscy liberałowie? Bo poparli Lecha w niedawnej wojnie na górze. Bo Wałęsa przestraszył się ambicji swojego znacznie bardziej wpływowego sojusznika – PC braci Kaczyńskich – i postanowił dać im prztyczka (tutaj należy szukać źródeł emocjonalnego konfliktu PO i PiS). Wreszcie – bo mimo związkowej drogi instynkt pchał Wałęsę ku budowie gospodarki rynkowej. A gdańskich liberałów jeszcze od wczesnych lat 80. wyróżniała szczera wiara w słuszność wolnorynkowych rozwiązań oraz dogmat o prymacie własności prywatnej. Został więc Bielecki premierem, po czym zaprosił swojego przyjaciela Donalda Tuska i zakomunikował mu, że zostanie szefem Urzędu Rady Ministrów.

– A czym zajmuje się taki szef? – beztrosko spytał 33-letni kędzierzawy rudzielec. Bieleckiemu oczywiście natychmiast minął zapał i złożył ofertę komuś bardziej kompetentnemu.

Kilka lat później Tusk objaśni: „W okresie tworzenia rządu i później pełniłem rolę takiego niespecjalnie słuchanego i niespecjalnie mającego coś do powiedzenia doradcy. Byłem chyba zresztą jedyną osobą, która miała zawsze otwarte drzwi do premiera, i chyba jedynym, dla którego nic z tego nie wynikało. Z góry ustaliliśmy, że ja nie mam nic do powiedzenia na temat rządzenia w Polsce, natomiast byłem odpowiedzialny za sferę partyjną" („Teczki liberałów” Jerzego Baczyńskiego i Janiny Paradowskiej).

Co oznaczała w tamtym czasie „odpowiedzialność za sferę partyjną"? Przeważnie udział w niekończących się negocjacjach. Najpierw bez skutku poszerzano koalicję wspierającą rząd Olszewskiego. Potem budowano zaplecze pod niedoszły rząd Pawlaka. Następnie łączono ogień z wodą, aby gabinet Suchockiej wyszarpał jakimś cudem wotum zaufania.

Tusk w tych rozmowach czynnie uczestniczy, choć to nie on rozdaje karty. „Chodziłem z jednego spotkania koalicyjnego na drugie, uśmiechałem się do kamer, i to było jedyne, co mi jako tako wychodziło" – wspomni ten czas. Polskie państwo z pewnością miało wtedy więcej pożytku z pracy jego przyjaciół – premiera Bieleckiego oraz ministra prywatyzacji Janusza Lewandowskiego.

Nauczyłem się pokory

Najbliższy przyjaciel premiera Wojciech Duda (we dwóch zakładali w stanie wojennym podziemny „Przegląd Polityczny", wokół którego wkrótce zorganizowali się gdańscy liberałowie) opowiadał mi kiedyś, że przełomem był właśnie tamten naznaczony klęską rok 1993: „Środowisko gdańskich liberałów wróciło do swojej kolebki, do Gdańska. Znów stało się tylko grupą towarzyską”.

Przegrane KLD łączy się z Unią Demokratyczną i powstaje Unia Wolności. Jednak gdańscy liberałowie, pozbawieni poselskich mandatów, niezbyt się liczą w nowej formacji.

Tutaj właśnie – argumentował Duda – zaczyna się indywidualna droga Donalda Tuska: „Zweryfikował swe przekonania i spojrzał na gdański liberalizm z boku. Zaprosił nas do myślenia o tym, czym uzupełnić nasz projekt. Od siebie zaproponował otwarcie na wspólnotę i pamięć".

Dawni liberałowie otwierają cykl debat o korzeniach kulturowych Gdańska. Hitem wydawniczym staje się wydany przez Tuska i kolegów album ze zdjęciami przedwojennego miasta. Frajdę mają niesłychaną, ale Tusk stara się zachować powściągliwość. Poważnieje, trochę nawet konserwatywnieje, a w tym, co mówi, pobrzmiewają nuty rozczarowania i rozgoryczenia. W 1996 r. publikuje w „Przeglądzie Politycznym" gorzki komentarz do rzeczywistości zatytułowany „Krajobraz po bitwie”. Pisze w nim: „Wielkie przemiany ugrzęzły w bagnie niemożności. Przemiana wymagała politycznych herosów, a przyszło ją realizować rękami polityków małostkowych, bez wyobraźni i prawdziwej woli władzy”.

Jak dzisiaj Donald Tusk skomentowałby tamte słowa?

W 1997 r. wchodzi w wiek średni. Kończy właśnie czterdziestkę i wyznaje: „Liberałem jestem nadal, ale nauczyłem się pokory i sceptycyzmu. Postarzałem się, nie ma już we mnie takiego radosnego radykalizmu".

W 1997 r. jako reporter lokalnej gazety znów go spotkałem w Cotton Clubie – choć tym razem w zgoła odmiennych okolicznościach. Zaprosił dziennikarzy, aby poinformować, że wraca do czynnej polityki. Z listy Unii Wolności wystartuje na senatora. Był wyciszony i sprawiał wrażenie nieśmiałego.

Po trzech latach przyczajenia w Senacie eksplodował nowy Tusk, z entuzjazmem ogłaszający powstanie Platformy Obywatelskiej.

„Dobra złość" Platformy

Przyznają to wszyscy jego znajomi: Donald Tusk to polityk, który musi zaznać poczucia klęski, aby coś zmienić w swoim życiu. Dopiero po nokaucie ten z natury leniwy człowiek powstaje z desek, zaciska zęby i przystępuje do budowania grubego pancerza. Tak było w 1993 r., tak też stało się w 2005.

Trudno zapomnieć niedzielny wieczór 23 października tamtego roku. Dziedziniec Politechniki Warszawskiej szybko się zapełniał. Goście przybywali z głębokim przekonaniem, że będą świętować prezydenturę Donalda Tuska. A tu nic z tego. Kandydat PO na finiszu daje się wyprzedzić Lechowi Kaczyńskiemu.

Co w takiej chwili powiedzieć zdezorientowanemu tłumowi, mając za plecami tylko ekran, na którym leci bezmyślnie przez kogoś włączony klip na okoliczność triumfu? Tuskowi plącze się język, oczy ma rozbiegane. Chwilę później wraz z rodziną i najbliższymi współpracownikami zamknie się w pokoju na galerii. W tym czasie tłum w milczeniu opróżni stoły z jedzeniem i spiesznie się rozejdzie. A gdy w dziennikarskim szpalerze otaczającym zabarykadowanego premiera niepostrzeżenie pojawi się jeden ze sztabowców PO, rozniesie się zaraz wieść, że obiecanej koalicji z PiS raczej nic nie będzie. Wtedy to nie było jeszcze oczywiste, ale właśnie zaczynała się nowa era w polityce. Czas bezpardonowej wojny o władzę, który trwa do dziś. Gdybyś ktoś wtedy powiedział, że hegemonem w tej wojnie zostanie Donald Tusk, pewnie nikt by mu nie uwierzył. Szef PO wyciągnął jednak z zadanego mu ciosu „dziadkiem z Wehrmachtu" stosowne wnioski.

Pozostała z tamtej kampanii niewielka książeczka „Solidarność i duma" autorstwa Donalda Tuska. Rzecz typowo wyborcza, pełna wzniosłych zdań. Kilka jego ówczesnych refleksji warto jednak dziś przywołać.

Oto, jak wspominał zwycięstwo Kwaśniewskiego nad Wałęsą w pamiętnych wyborach prezydenckich 1995 r.: „Kwaśniewski wcielał w życie nowoczesne techniki marketingowe i rozumiał, że do zwycięstwa potrzeba przede wszystkim aktorstwa, cynizmu, przysłowiowych niebieskich oczu, disco polo, chudnięcia oraz obietnic, których nikt nie będzie potem pamiętał. Wałęsa całkowicie lekceważył te zabiegi socjotechniczne, były poniżej jego godności. Granie, udawanie – to nie dla niego. Nie chciał się przypodobać za wszelką cenę, staromodnie uznał, że autentyczna wielkość nie potrzebuje reklamy, inaczej niż tandeta, która nie ma szans na zwycięstwo bez kłamliwej zachęty".

O ekipach rządzących Polską w latach 90.: „Dobre zmiany utknęły w połowie drogi, bo klasa polityczna przestała być ich siłą napędową. Rozmyła się gdzieś gotowość do podejmowania działań ryzykownych i bezinteresownych. (…) Interes materialny i polityczne bezpieczeństwo coraz częściej kazały partiom ulegać rozmaitym grupom nacisku (…) i uciekać od decyzji sensownych z punktu widzenia interesu ogólnego, ale nieopłacalnych dla nich samych".

Wreszcie o PO: „Polityczne przełomy i wielkie obywatelskie, autentyczne inicjatywy są możliwe tylko wtedy, gdy w ludziach rośnie »dobra złość«. A więc prawdziwa emocja, autentyczne zaangażowanie, a nie marketingowe pomysły i profesjonalny makijaż. Platforma powstała ze »złości«, ze sprzeciwu wobec wszechogarniającej niemocy i zepsucia polityki".

Widziane z Gdańska

Po czterech latach rządzenia krajem, po niezliczonych wygranych bitwach z opozycją i zamordowaniu kilku politycznych przyjaciół stał się Donald Tusk polityczną bestią, jakiej nad Wisłą jeszcze nie było. Kreatorem wydarzeń, który nawet kiedy dostaje zadyszki (tak jak obecnie), to potrafi się szybko podnieść i odzyskać pole. Trudno tego nie docenić. Władza jednak zmienia człowieka.

– To inny człowiek niż kiedyś. Zamknięty w sobie, nieufny, drażliwy. W imię skuteczności świadomie zdewastował większość swych politycznych przyjaźni – podkreślają jego znajomi.

I tu na razie kończy się opowieść o Donaldzie Tusku. Warto jednak raz jeszcze spojrzeć na sprawę z innego, gdańskiego punktu widzenia.

Wojciech Duda jak zawsze czyta teksty do kolejnego numeru „Przeglądu Politycznego". I jak zawsze opowiada o przyjacielu jako o kontynuatorze idei ich młodości – jakby nie słyszał nigdy tych wszystkich, którzy już dawno orzekli, że dojechawszy do przystanku „władza”, Tusk pożegnał się z liberalizmem.

Cotton Club jest już tylko wspomnieniem. Moda na liberałów minęła, klienci uciekli i zrobiło się pusto. Jaśko Pawłowski zwinął interes.

Tak się złożyło, że gdy dogasała afera hazardowa, a Tusk zręcznie mordował Grzegorza Schetynę i kilku innych przyjaciół z PO, gościłem u Pawłowskich w Sopocie. Nie mogłem sobie odmówić pytania o premiera.

– A wiesz, że w ostatnią sobotę byliśmy z Iwoną w spożywczym i spotkaliśmy Donalda? – uśmiechał się Jaśko. – Tak, czasami do siebie wpadamy. Pytasz, jaki on teraz jest? Wiesz, u Donalda jak zawsze, po staremu…

Jestem przekonany, że dziś usłyszałbym w Gdańsku to samo. Ale chyba już nie chciałoby mi się rozstrzygać, skąd Donalda Tuska widać najlepiej.

Okładka tygodnika WPROST: 6/2012
Więcej możesz przeczytać w 6/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 6/2012 (1512)

  • Triumf i falstart 5 lut 2012, 12:00 Premier Donald Tusk ma za sobą najgorszy miesiąc swoich rządów. Traf chciał, że nastąpił on po najbardziej udanym roku jego rządów. 4
  • Na skróty 5 lut 2012, 12:00 Węgierskie linie bankrutują Narodowy przewoźnik Węgier, czyli linie lotnicze Malev, po 66 latach istnienia uziemiły swoją flotę. Powodem jest konieczność zwrotu rozmaitych subwencji udzielonych Malevowi w latach 2007-2010 przez węgierski... 8
  • System nabity w butelkę 5 lut 2012, 12:00 Specjaliści od ruchu drogowego, biorąc pod uwagę nasze bezpieczeństwo, zakładając dodatkowo, że większość z nas, kierowców amatorów, to idioci, postanowili zawalczyć o nasze życie. Naszego życia strzeże na drogach ogromna rzesza... 11
  • Polska w Plebanii 5 lut 2012, 12:00 „Tydzień Kultury Polskiej" to rubryka na poły satyryczna, więc pożegnania i nekrologi średnio się mieszczą w jej konwencji. Tym razem jednak pozwolę sobie w niej kogoś pożegnać, a konkretniej osobę, której przez całe... 12
  • Istnienie wzorowe 5 lut 2012, 12:00 Pod koniec to istnienie było już tak drobne, że niemal niewidoczne. 16
  • Nie pozowałem na męża stanu 5 lut 2012, 12:00 W polityce ktoś, kto nie jest maksymalnie skoncentrowany, dostaje po głowie. Jak ja w sprawie ACTA i ustawy refundacyjnej. I słusznie – mówi premier w rozmowie z Tomaszem Lisem i Tomaszem Machałą. 20
  • Krótki film o dojrzewaniu 5 lut 2012, 12:00 Każdy się zmienia, dojrzewa. Ale Donald Tusk zmienił się tak radykalnie, że czasem trudno uwierzyć w to, jak zaczynał. I stał się tajemnicą nawet dla znajomych. 26
  • Dżentelmen z perwersją 5 lut 2012, 12:00 Jarosław Gowin lubi ten cytat z filmu „Wielki Szu”: „Graliśmy uczciwie. Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem, wygrał lepszy”. Jego własna gra dopiero się zaczęła. 30
  • Prywatne jest polityczne! 5 lut 2012, 12:00 Ograniczanie polityki do skali makro i spraw uznanych za publiczne prowadzi do porażki. 34
  • Prokuratorski i sądowy horror 5 lut 2012, 12:00 Dlaczego Polska po tylu latach od 1989 roku wciąż nierządem prawnym stoi? 36
  • Płakałem ze zmęczenia 5 lut 2012, 12:00 Zagrał i film został nominowany do Oscara. Nie oszalał z Radości. I chce się męczyć, męczyć… Robert Więckiewicz tłumaczy, dlaczego nie zagada do George’a Clooneya i dlaczego się nie zakochuje. 38
  • Bomba. Gleba. Pozamiatane 5 lut 2012, 12:00 Ponownie wypłynął. Bohater kronik kryminalnych z lat 90. i detektyw bez licencji znów pokazał, że państwo jest bezradne wobec przestępczości i wobec niego samego. 44
  • Święty ogień w grzesznym ciele 5 lut 2012, 12:00 Twierdzi, że nie ma marzeń. Gdy ma na coś apetyt, po prostu to robi. Właśnie nabrała apetytu, żeby napisać książkę o swoim ukochanym Jerzym Kosińskim. Ale wcześniej najbardziej znana polska wokalistka jazzowa wyda autobiografię. 48
  • Nike i cycki Ciccioliny 5 lut 2012, 12:00 „Konjo” organizował najbardziej szalone happeningi. Zapowiadał "Ich Troje". Prowadził gminne festyny. Pisał wiersze nominowane do Nike. Wkrótce ukaże się jego „Gangrena – mój punk rock song” – opowieść o niepokornych artystach z lat 80. 52
  • Pierwszy księgowy Ameryki 5 lut 2012, 12:00 Bezwzględny, skuteczny, przystojny. Na kampanię może wydać nawet miliard dolarów. Po wygraniu prawyborów na Florydzie Mitt Romney ma największe szanse na prezydencką nominację republikanów. PIOTR MILEWSKI, Nowy Jork Były gubernator... 54
  • Wojna w Watykanie 5 lut 2012, 12:00 Takiej awantury nie było na papieskim dworze już dawno. Arcybiskup Carlo Mario Vigano, który alarmował papieża o korupcji toczącej Stolicę Apostolską, stracił stanowisko i został wysłany do Waszyngtonu. 58
  • Kuba, czyli eldorado 5 lut 2012, 12:00 Raul Castro flirtuje z wolnym rynkiem. Początek odwilży na Kubie? Raczej finansowa atrakcja dla wojskowej elity. 60
  • Raz, dwa, trzy, Wielki Brat patrzy 5 lut 2012, 12:00 Protestujący przeciw nadmiarowi kontroli, jaką ma przynieść ACTA, zapominają, że już dziś śledzony jest każdy ich krok w sieci. Internet nigdy niczego nie zapomina. 63
  • Bank z Kantem 5 lut 2012, 12:00 Najpierw Sławomir Lachowski dał Polakom tanie usługi bankowe, czym ściągnął na siebie gniew innych bankowców. Teraz zamienił się w krytyka chciwych korporacji. W swojej książce daje biznesmenom wykład z etyki praktycznej. Czy go zrozumieją? 65
  • Jedno koło na Polaka 5 lut 2012, 12:00 Kto ty jesteś? Polak mały. Jaki wóz twój? Golf używany. I tak dogoniliśmy czołówkę najbardziej zmotoryzowanych krajów w Europie. Zajeżdżamy auta niemieckich emerytów. 68
  • Egoistka 5 lut 2012, 12:00 Zanim nakręciłam „Sponsoring”, rozmawiałam z dziewczynami, które mają swoich sponsorów. I poczułam, że wcale nie jestem tak liberalna, jak mi się wydawało. Poczułam się jak pruderyjna pipka. 70
  • Dziadek rewolucji 5 lut 2012, 12:00 Niebawem Krzysztof Penderecki będzie świętował 80. urodziny. A wraz z nim muzycy Radiohead, Aphex Twin czy Kronos Quartet. Klasyk wraca do życia. 74
  • Zerwałem więzy krępujące literaturę 5 lut 2012, 12:00 Jak "Ulisses” odpowiadał za dzień, tak „Finnegans wake” jest książką nocy, poematem ulepionym z marzeń sennych, pełnym szumów i zakłóceń wizerunkiem ciemnej strony modernizmu. 76
  • Ciotka z żelaza 5 lut 2012, 12:00 „Zwycięzca bierze wszystko” – Śpiewała w „Mamma mia!”. To mógłby być jej hymn. Kolejna świetna rola, kolejny Złoty Glob, kolejna nominacja do Oscara, nagroda za całokształt twórczości na rozpoczynającym się właśnie Berlinale. 63-letnia Meryl... 79
  • Animal Planet 5 lut 2012, 12:00 Ma mojej wsi psy ujadają nocą. kiedy to się dzieje latem czy wiosną, wsłuchuję się w tę konferencję z uśmiechem. Nie rozumiem treści wymiany psich zdań, nie wiem, czy to awantura, czy tylko omawianie sytuacji, pogróżki, pozdrowienia,... 94
  • Nic śmiesznego 5 lut 2012, 12:00 Czort mnie podkusił, że wkleiłem na Facebooku link do strony Bachormagazyn.pl, czyli do Bezradnika dla Nieudacznych Rodziców. Trzy trzydziestoparoletnie matki w sposób dość daleki od ortodoksji opisują uroki ciąży i macierzyństwa.... 95
  • Czekoladowe zimowanie 5 lut 2012, 12:00 W ubiegłym tygodniu tłusto omaszczaliśmy, co się dało, dziś zwalczymy zimę słodyczą. Czy może być coś lepszego na trzaskający mróz za oknem niż filiżanka gorącej czekolady? Niektórzy twierdzą, że czekolada to najlepsze, co... 96
  • Zimowa telewizja w prasie 5 lut 2012, 12:00 PONIEWAŻ PRAWDOPODOBNIE RÓWNIEŻ TELEWIZORY PAŃSTWU ZAMARZŁY, streszczenie tego, co najatrakcyjniejsze w przyszłym tygodniu na srebrnym ekranie. 97
  • Newsletter od rządu z prognozą pogody 5 lut 2012, 12:00 Mamy powody, aby spodziewać się już niedługo końca świata. 97
  • Kraina podróbek 5 lut 2012, 12:00 Wiele się mówiło przez ostatnie lata o tzw. agentach wpływu. W teorii znanego socjologa, stratega prawicowych obłędów prof. Andrzeja Zybertowicza, agentami wpływu byli wszyscy ci publicyści oraz politycy, którzy zabierając publicznie... 98

ZKDP - Nakład kontrolowany