Płakałem ze zmęczenia

Płakałem ze zmęczenia

Zagrał i film został nominowany do Oscara. Nie oszalał z Radości. I chce się męczyć, męczyć… Robert Więckiewicz tłumaczy, dlaczego nie zagada do George’a Clooneya i dlaczego się nie zakochuje.
PIOTR NAJSZTUB: Przed łóżkiem położyłeś sobie kawałek czerwonego dywanika, żeby się przygotować, poćwiczyć przed Oscarami?

ROBERT WIĘCKIEWICZ: Oczywiście, mam taki specjalnie wycięty.

Wstajesz i od razu na czerwone...

A na nogach mam takie bambosze, jak kiedyś w Muzeum Narodowym, z  gumkami, i tak sobie chodzę. Nie, no daj spokój!

Ale należysz do grupy tych, którzy pracując w przemyśle filmowym, od  dwudziestego roku życia wznoszą toast: „I żebyśmy dostali Oscara!"?

Przestań, ja pracuję w polskim przemyśle filmowym. Specyficznym.

Przemyśliku?

To jest manufaktura w porównaniu z amerykańskim przemysłem. Ale jest coraz lepiej. 

A poważnie to przeczuwałeś, wchodząc po raz pierwszy do kanału na planie „W ciemności", że będzie nominacja do Oscara?

Nie, nikt tego nie mógł chyba przewidzieć. Mogłeś mieć przeczucie, czasy mamy, jakie mamy, Amerykańska Akademia Filmowa jest, jaka jest...

Że taki temat to już nominacja pewna?

To nie jest takie proste, tak naprawdę nigdy ten temat nie otwierał drzwi w sposób oczywisty.

Tylko nam się tak wydawało?

Że robimy film o Holocauście i to już wystarczy. Nawet gdyby w tyle głowy taka myśl mi się pojawiła przy wejściu na plan, to i tak musiałbym ją odrzucić, bo mogłaby mnie sparaliżować.

A nie dodać czegoś?

Nie. Chodziło o to, żeby po prostu dobrze zagrać. Bo na pewno mieliśmy poczucie, że historia jest bardzo dramatyczna i to może być ważny film.

Agnieszka Holland była już dwukrotnie nominowana...

Ten film jest dobry, po prostu.

Może trochę za długi?

Wśród dziewięciu filmów na tak zwanej krótkiej liście był film tajwański, który trwa cztery i pół godziny.

No to zdecydowanie za długi i mówię to, zanim go obejrzałem.

Dla jednych za długi, dla innych za krótki. Taki film jak „W ciemności" potrzebuje czasu, żeby go poczuć. Agnieszka o tym często mówiła, że  trzeba dać szansę widzowi, żeby tam trochę z nimi posiedział. Oni ukrywali się 14 miesięcy, a my tam jesteśmy dwie i pół godziny. Powiedziała też, że kiedy próbowała film skracać, to się okazywało, że  staje się jeszcze dłuższy.

Bo?

Kiedy skracasz sceny, które miały coś opowiadać, to one stają się scenami informacyjnymi. A informacja nam się dłuży. I w efekcie, mimo że  film trwał krócej, to miała wrażenie, że jest jeszcze dłuższy.

Przeczytałeś scenariusz i co pomyślałeś?

Że jest świetny i że to będzie trudny film w realizacji, choć nie  sądziłem, że aż tak trudny.

Bo kanały?

Z dwóch powodów, po pierwsze, warunki. Myśmy go kręcili dwa lata temu, zimą, od połowy stycznia do końca marca, było bardzo, bardzo zimno, bardzo mokro, klaustrofobicznie i ciemno.

Masz klaustrofobię?

Nie, ale po dwunastu godzinach w kanale po prostu nie czujesz się za  dobrze. Więc warunki ekstremalne. Druga trudność to sam temat. To nie był „Słoneczny patrol", tylko opowiadaliśmy bardzo dramatyczną historię, która wymagała uruchomienia w sobie wielu skrajnych emocji. I te dwie rzeczy się nałożyły. Zmęczenie czysto fizyczne i zmęczenie psychiczne, bo trzeba było to wszystko przez siebie przefiltrować.

Co znaczy to wasze „przefiltrować"? Często to słyszę od aktorów.

Zamień się na chwileczkę w aktora. Masz do zagrania scenę pod tytułem: wchodzisz do kanału i dowiadujesz się, że przed chwilą nowo narodzone dziecko zostało zabite, a ty masz świadomość, że gdybyś przyszedł dzień wcześniej, to byś to dziecko uratował, ale się spóźniłeś. I takiej sceny nie można zagrać tuż po wyjściu z sauny i masażu małymi tajlandzkimi stópkami.

Tylko co trzeba zrobić wcześniej?

Musisz trochę pomyśleć o tej sytuacji, po to, żeby to wiarygodnie zagrać. Oczywiście są różne sposoby, różni aktorzy.

A ty jaki jesteś?

Być może niektórzy po wyjściu z sauny potrafiliby to zagrać, ja nie. Starasz się jak najbardziej zbliżyć do tej sytuacji, no i coś sobie wyobrazić.

Ze swojego życia przypomnieć czy z tego, co masz zagrać?

Spróbować pomyśleć, co ten facet by w tym momencie czuł, czyli tak naprawdę, co ty byś czuł. Raz może się to udać, drugi raz też, ale nie przez czterdzieści dni. Więc w pewnym momencie zaczynasz kombinować tak jak ten facet. To jest to przefiltrowywanie przez siebie. Wtedy na  ekranie jest bardziej wiarygodnie, bo nie odtwarzasz sytuacji, tylko naprawdę ją kreujesz w sobie. I to jest trudne. To jest tak, jak cały czas o czymś intensywnie myślisz, np. jeśli myślisz o jakiejś pięknej blondynce, długonogiej, cały czas...

To w myślach już z nią chodzisz.

Tak, właściwie ona już jest twoja i później jest rozczarowanie, bo ona mówi: „ale zaraz..."

I „skąd my się znamy?".

A ty już wszystkie te rozmowy z nią odbyłeś! Wszystko już było, wypita kawa, wypite wino, a ona o niczym nie wie. Trzeba czegoś dotknąć, żeby „to" było, żebyś później patrząc na film, nie myślał sobie: to jest nieprawda, coś tu udają. A jak nie masz poczucia, że udają, to znaczy, że jest dobrze, że dotknąłeś „tego”. A później chorujesz przez dwa miesiące.

Jak chorujesz?

Nagle zaczynasz czuć, że wszystko cię boli.

Mięśnie?

Wszystko cię boli. Po prostu w trakcie zdjęć włącza się jakiś inny bieg. Nawet jak masz katar i gorączkę, to wchodzisz na plan i przestajesz mieć katar i gorączkę. Jesteś tak skupiony, że o tym nie myślisz, twój organizm się wyłącza. Po ostatnich ujęciach się włącza i wtedy cię dopadają różne dolegliwości.

A jak było z tobą po „W ciemności", leżałeś w łóżku?

Trochę, ale w miarę szybko zacząłem następny film i to akurat było zbawienne, bo musiałem szybko wyjść z tamtego i wchodzić w nowy. To był „Wymyk".

Też niezbyt łatwy.

Też taki do wewnątrz, raczej demolujący psychicznie. Ten z kolei facet miał wszystko upakowane do środka. Jego problemem było to, że w pewnym momencie nie stanął na wysokości zadania, a bardzo nie lubimy nie stawać na wysokości zadania. Lubimy jednak wypinać klatę i słuchać, jak mówią: „O, dałeś radę". On nie dał rady i w związku z tym znowu musiałem poszukać w sobie słabszych miejsc.

Nie ma takiego lęku, że jak poszukasz tych słabszych miejsc w sobie, to  one potem zostaną, kiedy się film skończy, i będą żyć już w twoim życiu?

Dlatego po takich trudnych filmach, rolach, które wymagają „przeczołgania" się, muszę mieć czas na tak zwany powrót do Roberta. I  to mi chwilę zajmuje, takie hamowanie. Bo czasami jest tak, że  odchodzisz od siebie daleko. Nie tylko grając rolę, ale pracując i żyjąc na planie, stykając się z setkami różnych ludzi, gadając bardziej mądrze, bardziej głupio, pędząc życie w takiej dziwnej komunie, jaką jest ekipa filmowa, wyabstrahowanej z rzeczywistości. A po drodze biegniesz w Łodzi po ulicy jako Socha albo Alfred z „Wymyku” i  krzyczysz, a ludzie się patrzą i myślą: „Wariat!” To powoduje, że po  dwóch miesiącach musisz wrócić do siebie, na nowo się sobie przypomnieć.

A gdybyś nie miał czasu na „powrót do Roberta", to czym by to się skończyło?

Myślę, że zmęczenie by osiągnęło taki próg, że już bym prawdopodobnie umarł. Higiena psychiczna to jest element tego zawodu, musisz mieć bufor w postaci codzienności. To jest najfajniejsze, gdy dopadają cię te  wszystkie rzeczy związane z codziennym życiem: rachunki, śmieci, telewizja, gazety, prasa, radio, książki – paradoksalnie dają wytchnienie. Bo w trakcie robienia filmu, na wyjeździe, przestajesz funkcjonować normalnie, to jest taki czas w zawieszeniu.

Jesteś na koloniach.

Właśnie. Wszystko jest inaczej niż w domu. I na początku jest fajnie, odmiana, ale później zaczynasz być zmęczony i zaczynasz tęsknić za swoim normalnym rytmem. A jak już za długo jest normalnie, to zaczynasz tęsknić za tym, żeby znowu się „rozwalić". To jest taka permanentna sinusoida, a przy okazji jakiś rodzaj narkotyku. Tęsknię za planem, już bym chciał na niego wejść, już bym coś chciał zagrać, po czym przychodzi „ten” dzień, wchodzę do garderoby i już tego nienawidzę, bo muszę się przebrać, bo mnie malują! Później jest trzydzieści dni na planie, na  dużej adrenalinie i zaczynam w „to” wchodzić, a później już „to” chcę skończyć, mam dość. Koniec, łzy, że się skończyło, mówimy sobie „cześć”, wracam do normalnego rytmu. I nagle nie wiem, co mam zrobić z sobą, pojawia się jakiś rodzaj pustki, muszę się znowu nauczyć normalnie żyć...

Być tatą, mężem.

Tak. Ale się tym cieszę. Mija kilka miesięcy i znowu mnie dopada tęsknota, już bym chciał… I wchodzę do garderoby i znowu nienawidzę.

Powinieneś właściwie tęsknić za tym, żeby za niczym nie tęsknić?

Tak, niech to się dzieje po prostu.

Dwa lata temu, kiedy robiliście „W ciemności", w Polsce Holocaust, polski antysemityzm, zachowania Polaków wobec Żydów w czasie wojny – to  były tematy głośne już od paru lat, głównie za sprawą książek Jana Grossa. Wchodząc w ten film, miałeś świadomość, że wchodzisz w środek gorącego sporu.

Mnie się podobało w tym scenariuszu to, że ten facet nie jest kryształowy, to nie jest jakiś anioł, który mówi: dobra, ja wam, Żydzi, pomogę, bo jesteście fajni, a ja jestem dobrym człowiekiem.

Raczej na początku cwaniak.

To było najciekawsze w tej postaci i w ogóle w całej tej historii. Ani on nie jest kryształowy, ani oni nie są kryształowi. Ci Żydzi to są ludzie z krwi i kości, z wadami i słabościami. A Socha jakby zupełnie mimo woli, jakby poniekąd sam siebie zaskakuje, a na końcu krzyczy, chwali się, jak dziecko: to ja zrobiłem, to ja patrzcie, to moi Żydzi!

A nie mówi czasem „Żydki"? Ja to tak zapamiętałem…

Nie, Żydzi.

Niektórzy zarzucają temu filmowi, że nie ma w nim polskich inteligentów, którzy mieli w czasie wojny inną postawę, a to by pokazało, że jako naród byliśmy cacy.

Tak, tylko myśmy opowiedzieli o facecie, który pracuje w kanałach, a  inteligencja raczej nie pracowała w kanałach. Zresztą myślę sobie, że w  tej sprawie jest ciągle strasznie dużo jadu, i to się nie zmieni.

Bo nie umieliśmy przyjąć naszej historii do wiadomości?

Tak, chociaż jest jakiś postęp. Dla mnie sprawa Jedwabnego była szokiem, też w pierwszej chwili trudno mi to było przyswoić. Myślałem: jak to, przecież ja zostałem wychowany w poczuciu, że byliśmy bohaterami i  wszystko było cacy, a tu się okazuje, że nie wszystko.

Niechętni takiej prawdzie i tak powiedzą „Żydówka robi film o  Holocauście, wiadomo, co to znaczy…".

Trzeba robić swoje i nie zwracać uwagi na ujadanie. A to też nie jest klasyczny film o Holocauście. Nie ma w nim epatowania, tym, co nam się kojarzy z typową ikonografią Holocaustu. Ważne jest to, co się dzieje z  bohaterem i co się dzieje pomiędzy nim a tymi, których ukrywa. Choć oczywiście w tle jest Zagłada.

Czytając scenariusz o Wałęsie, dowiedziałeś się o nim czegoś nowego?

O Wałęsie nie możemy rozmawiać.

W ogóle nie możemy rozmawiać?

Nie chcę, bo za wcześnie. Dopóki nie skończymy zdjęć, nic nie powiem o  tej roli. Nie ma tego tematu.

„W ciemności" dostanie Oscara i będą dzwonić do aktora z filmu, który dostał Oscara.

Najpierw niech dostanie, a później niech dzwonią.

Masz żal, że w tej kategorii nie ma w podkategorii najlepsza rola męska?

Nie, dlaczego mam mieć żal? Ja nie mam do niczego żalu, ja teraz mógłbym być przecież gdzieś w Bieszczadach i brać udział w programie melioracji bieszczadzkich pól, a jestem tutaj, gdzie jestem. Dobrze jest dla nas wszystkich, że ktoś ten film zauważył, uznał, że może być wart tej nagrody – mimo że jest to nagroda amerykańska, środowiskowa. Ale to jest dobre dla naszego kina, że ten film zobaczy masa ludzi na całym świecie.

Ekscytuje cię, że będziesz w tym miejscu, gdzie ci wszyscy słynni aktorzy i reżyserzy?

Co ma mnie w tym ekscytować?

Właściwie nie wiem, chyba się obudziła we mnie jakaś pensjonarka...

Że zobaczę tam Clooneya?

Możesz do niego zagadać.

I co ja będę z nim gadał?

Nie zagadasz.

I co powiem? Jesteś fajny gość? Byłem przed „tym" teatrem, w tym LA, to  wygląda tak: tutaj zastawka, takerek, lasotaśma, paździerz i półtora miliarda ludzi to obejrzy, a rano wszyscy będą skacowani. A mówiąc serio, byliśmy w Toronto na festiwalu z Agnieszką Holland, już ich tam paru widziałem, poznałem, to są normalni, fajni ludzie.

Czyli serce nie bije ci mocniej na ich widok?

Jest parę ładnych aktorek, które mi się podobają, Jessica Chastain jest superdziewczyną, młoda, fajna, ruda aktorka.

Może się tam zakochasz?

Nie, ja się nie zakochuję, ja już się zakochałem wiele lat temu. Jakbym był młodszy, to pewnie by mnie to jakoś rajcowało, ale w pewnym wieku to  jakby...

Czyli nominacja przyszła za późno…

W pewnym wieku najbardziej pożądany jest tryb ekonomiczny, minimum wysiłku, maksimum efektu. Jedziesz, patrzysz, uśmiechasz się, wyciągasz wnioski, myślisz: to nie jest bajka dla mnie albo to jest bajka dla mnie… Trzeba dalej normalnie tutaj robić zakupy i trzepać dywany. Nie mówię, że z przyjemnością nie zagrałbym z takim Alem Pacino, żebym tak z nim siedział i mielibyśmy scenę w kawiarni, bo to są fantastyczni aktorzy poza wszystkim. Ale sama ta ceremonia jest biznesem.

Jesteś okrzyknięty obecnie najlepszym polskim aktorem...

Właśnie, okrzyknięty. Co to znaczy? W dobie dzisiejszych mediów wystarczy, że napiszesz tak w jednym medium, w jednej gazetce albo w  jednym portalu i wszyscy to klikają i powtarzają, bezmyślnie często. Protestuję, nie jestem najlepszym aktorem w Polsce. Jest masa fantastycznych aktorów w Polsce.

No dobrze, ale masz dobrą passę od paru lat. Czujesz z tego powodu dodatkową odpowiedzialność, wybierając rolę, pewnych ról nie weźmiesz?

Przede wszystkim staram się nie powtarzać.

A dlaczego nie widuję cię w polskich komediach romantycznych. Nie masz kredytu do spłacania?

Nie jest tak łatwo obsadzić mnie w komedii romantycznej, bo co ja miałbym tam zagrać?

W „Sztosie 2", „Kac Wawa” w ogóle cię nie ma.

Dostałem te scenariusze, ale nie miałem wtedy jakoś czasu.

Szanujesz się, jednym słowem.

Wszystko zależy od tego, co ci w duszy gra.

A tobie co gra?

Bardziej „Wymyk" niż jakieś wygłupy. Gra mi, żeby było trudniej, nie za  łatwo. Chodzi o to, żeby się troszeczkę pomęczyć.

Tobie zdarza się płakać ze zmęczenia?

Jeden raz w życiu, jedyny, po pewnej scenie „W ciemności" poszedłem do  przyczepy i po prostu zaszlochałem ze zmęczenia, z bezradności. Mieliśmy scenę w kanale, w Łodzi, po pas w wodzie, która miała plus jeden stopień, kanał zwężający się i na dnie był muł, a myśmy kilkadziesiąt metrów biegli w tej wodzie. Było kilka dubli i głowa jeszcze podawała mi komunikaty, ale ciało nie działało. Potem popłakałem się ze zmęczenia.

Ulżyło i zasnąłeś?

Nie, ulżyło i wróciłem do kanału.

Agnieszka Holland mówi o tobie, że jesteś najbardziej amerykański z  polskich aktorów. Co to może znaczyć?

Nie wiem do końca, choć bardzo mi miło. Może chodzi o to, że amerykańscy aktorzy bardziej są postacią, niż grają postać. I widać tę różnicę. I  parę osób rzeczywiście powiedziało, że ja też bardziej „jestem" w  jakiejś postaci, niż ją gram. A może to też jest związane z tym, że jak oglądasz filmy amerykańskie w oryginalnej wersji, to często nic nie  rozumiesz, bo Jeff Bridges, Russel Crowe mówią szalenie niewyraźnie, a  ja też specjalnie „brudzę” mowę, zacieram słowa. Może tak jestem amerykański?

Okładka tygodnika WPROST: 6/2012
Więcej możesz przeczytać w 6/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 6/2012 (1512)

  • Triumf i falstart 5 lut 2012, 12:00 Premier Donald Tusk ma za sobą najgorszy miesiąc swoich rządów. Traf chciał, że nastąpił on po najbardziej udanym roku jego rządów. 4
  • Na skróty 5 lut 2012, 12:00 Węgierskie linie bankrutują Narodowy przewoźnik Węgier, czyli linie lotnicze Malev, po 66 latach istnienia uziemiły swoją flotę. Powodem jest konieczność zwrotu rozmaitych subwencji udzielonych Malevowi w latach 2007-2010 przez węgierski... 8
  • System nabity w butelkę 5 lut 2012, 12:00 Specjaliści od ruchu drogowego, biorąc pod uwagę nasze bezpieczeństwo, zakładając dodatkowo, że większość z nas, kierowców amatorów, to idioci, postanowili zawalczyć o nasze życie. Naszego życia strzeże na drogach ogromna rzesza... 11
  • Polska w Plebanii 5 lut 2012, 12:00 „Tydzień Kultury Polskiej" to rubryka na poły satyryczna, więc pożegnania i nekrologi średnio się mieszczą w jej konwencji. Tym razem jednak pozwolę sobie w niej kogoś pożegnać, a konkretniej osobę, której przez całe... 12
  • Istnienie wzorowe 5 lut 2012, 12:00 Pod koniec to istnienie było już tak drobne, że niemal niewidoczne. 16
  • Nie pozowałem na męża stanu 5 lut 2012, 12:00 W polityce ktoś, kto nie jest maksymalnie skoncentrowany, dostaje po głowie. Jak ja w sprawie ACTA i ustawy refundacyjnej. I słusznie – mówi premier w rozmowie z Tomaszem Lisem i Tomaszem Machałą. 20
  • Krótki film o dojrzewaniu 5 lut 2012, 12:00 Każdy się zmienia, dojrzewa. Ale Donald Tusk zmienił się tak radykalnie, że czasem trudno uwierzyć w to, jak zaczynał. I stał się tajemnicą nawet dla znajomych. 26
  • Dżentelmen z perwersją 5 lut 2012, 12:00 Jarosław Gowin lubi ten cytat z filmu „Wielki Szu”: „Graliśmy uczciwie. Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem, wygrał lepszy”. Jego własna gra dopiero się zaczęła. 30
  • Prywatne jest polityczne! 5 lut 2012, 12:00 Ograniczanie polityki do skali makro i spraw uznanych za publiczne prowadzi do porażki. 34
  • Prokuratorski i sądowy horror 5 lut 2012, 12:00 Dlaczego Polska po tylu latach od 1989 roku wciąż nierządem prawnym stoi? 36
  • Płakałem ze zmęczenia 5 lut 2012, 12:00 Zagrał i film został nominowany do Oscara. Nie oszalał z Radości. I chce się męczyć, męczyć… Robert Więckiewicz tłumaczy, dlaczego nie zagada do George’a Clooneya i dlaczego się nie zakochuje. 38
  • Bomba. Gleba. Pozamiatane 5 lut 2012, 12:00 Ponownie wypłynął. Bohater kronik kryminalnych z lat 90. i detektyw bez licencji znów pokazał, że państwo jest bezradne wobec przestępczości i wobec niego samego. 44
  • Święty ogień w grzesznym ciele 5 lut 2012, 12:00 Twierdzi, że nie ma marzeń. Gdy ma na coś apetyt, po prostu to robi. Właśnie nabrała apetytu, żeby napisać książkę o swoim ukochanym Jerzym Kosińskim. Ale wcześniej najbardziej znana polska wokalistka jazzowa wyda autobiografię. 48
  • Nike i cycki Ciccioliny 5 lut 2012, 12:00 „Konjo” organizował najbardziej szalone happeningi. Zapowiadał "Ich Troje". Prowadził gminne festyny. Pisał wiersze nominowane do Nike. Wkrótce ukaże się jego „Gangrena – mój punk rock song” – opowieść o niepokornych artystach z lat 80. 52
  • Pierwszy księgowy Ameryki 5 lut 2012, 12:00 Bezwzględny, skuteczny, przystojny. Na kampanię może wydać nawet miliard dolarów. Po wygraniu prawyborów na Florydzie Mitt Romney ma największe szanse na prezydencką nominację republikanów. PIOTR MILEWSKI, Nowy Jork Były gubernator... 54
  • Wojna w Watykanie 5 lut 2012, 12:00 Takiej awantury nie było na papieskim dworze już dawno. Arcybiskup Carlo Mario Vigano, który alarmował papieża o korupcji toczącej Stolicę Apostolską, stracił stanowisko i został wysłany do Waszyngtonu. 58
  • Kuba, czyli eldorado 5 lut 2012, 12:00 Raul Castro flirtuje z wolnym rynkiem. Początek odwilży na Kubie? Raczej finansowa atrakcja dla wojskowej elity. 60
  • Raz, dwa, trzy, Wielki Brat patrzy 5 lut 2012, 12:00 Protestujący przeciw nadmiarowi kontroli, jaką ma przynieść ACTA, zapominają, że już dziś śledzony jest każdy ich krok w sieci. Internet nigdy niczego nie zapomina. 63
  • Bank z Kantem 5 lut 2012, 12:00 Najpierw Sławomir Lachowski dał Polakom tanie usługi bankowe, czym ściągnął na siebie gniew innych bankowców. Teraz zamienił się w krytyka chciwych korporacji. W swojej książce daje biznesmenom wykład z etyki praktycznej. Czy go zrozumieją? 65
  • Jedno koło na Polaka 5 lut 2012, 12:00 Kto ty jesteś? Polak mały. Jaki wóz twój? Golf używany. I tak dogoniliśmy czołówkę najbardziej zmotoryzowanych krajów w Europie. Zajeżdżamy auta niemieckich emerytów. 68
  • Egoistka 5 lut 2012, 12:00 Zanim nakręciłam „Sponsoring”, rozmawiałam z dziewczynami, które mają swoich sponsorów. I poczułam, że wcale nie jestem tak liberalna, jak mi się wydawało. Poczułam się jak pruderyjna pipka. 70
  • Dziadek rewolucji 5 lut 2012, 12:00 Niebawem Krzysztof Penderecki będzie świętował 80. urodziny. A wraz z nim muzycy Radiohead, Aphex Twin czy Kronos Quartet. Klasyk wraca do życia. 74
  • Zerwałem więzy krępujące literaturę 5 lut 2012, 12:00 Jak "Ulisses” odpowiadał za dzień, tak „Finnegans wake” jest książką nocy, poematem ulepionym z marzeń sennych, pełnym szumów i zakłóceń wizerunkiem ciemnej strony modernizmu. 76
  • Ciotka z żelaza 5 lut 2012, 12:00 „Zwycięzca bierze wszystko” – Śpiewała w „Mamma mia!”. To mógłby być jej hymn. Kolejna świetna rola, kolejny Złoty Glob, kolejna nominacja do Oscara, nagroda za całokształt twórczości na rozpoczynającym się właśnie Berlinale. 63-letnia Meryl... 79
  • Animal Planet 5 lut 2012, 12:00 Ma mojej wsi psy ujadają nocą. kiedy to się dzieje latem czy wiosną, wsłuchuję się w tę konferencję z uśmiechem. Nie rozumiem treści wymiany psich zdań, nie wiem, czy to awantura, czy tylko omawianie sytuacji, pogróżki, pozdrowienia,... 94
  • Nic śmiesznego 5 lut 2012, 12:00 Czort mnie podkusił, że wkleiłem na Facebooku link do strony Bachormagazyn.pl, czyli do Bezradnika dla Nieudacznych Rodziców. Trzy trzydziestoparoletnie matki w sposób dość daleki od ortodoksji opisują uroki ciąży i macierzyństwa.... 95
  • Czekoladowe zimowanie 5 lut 2012, 12:00 W ubiegłym tygodniu tłusto omaszczaliśmy, co się dało, dziś zwalczymy zimę słodyczą. Czy może być coś lepszego na trzaskający mróz za oknem niż filiżanka gorącej czekolady? Niektórzy twierdzą, że czekolada to najlepsze, co... 96
  • Zimowa telewizja w prasie 5 lut 2012, 12:00 PONIEWAŻ PRAWDOPODOBNIE RÓWNIEŻ TELEWIZORY PAŃSTWU ZAMARZŁY, streszczenie tego, co najatrakcyjniejsze w przyszłym tygodniu na srebrnym ekranie. 97
  • Newsletter od rządu z prognozą pogody 5 lut 2012, 12:00 Mamy powody, aby spodziewać się już niedługo końca świata. 97
  • Kraina podróbek 5 lut 2012, 12:00 Wiele się mówiło przez ostatnie lata o tzw. agentach wpływu. W teorii znanego socjologa, stratega prawicowych obłędów prof. Andrzeja Zybertowicza, agentami wpływu byli wszyscy ci publicyści oraz politycy, którzy zabierając publicznie... 98

ZKDP - Nakład kontrolowany