Jak kopiować Dolinę Krzemową w Polsce?

Jak kopiować Dolinę Krzemową w Polsce?

Piotr Moncarz, profesor z Uniwersytetu Stanforda
Piotr Moncarz, profesor z Uniwersytetu Stanforda / Źródło: WPROST.pl
– Polska znajduje się na bardzo szybkiej drodze do stania się neokolonią intelektualną – ostrzega Piotr Moncarz, profesor z Uniwersytetu Stanforda, członek Polsko-Amerykańskiej Rady Współpracy oraz jeden z organizatorów Polsko-Amerykańskiego Sympozjum Nauki i Techniki.

Maria Kądzielska, Wprost: Zasiada Pan w Polsko-Amerykańskiej Radzie Współpracy. Czy mógłby Pan przybliżyć jej działania?

Prof. Piotr Moncarz: Aby w pełni zrozumieć idee Polsko-Amerykańskiej Rady Współpracy, trzeba się cofnąć o 30 lat, kiedy Polska uzyskała niepodległość i kiedy ze strony Polonii wsparcie polityczne zaczęło być mniej istotne a ważniejszą sprawą stał się obraz Polski jako niezależnego tworu gospodarczego. Narodził się pomysł stowarzyszenia woluntarystycznego „US-Polish Trade Council”, w którego skład mieli wchodzić eksperci z różnych dziedzin, zakorzenieni w amerykańskiej gospodarce. Przy czym słowo „trade” rozumiemy tu nie jako handel, ale wymianę: technologii, myśli, nauki i doświadczeń przemysłowych oraz sprzedażowych, zatem jako szeroko zakrojoną współpracę. Obecnie jesteśmy grupą multidyscyplinarną i skupiamy wokół siebie wiele osób poważanych w ich środowiskach amerykańskich: naukowych i gospodarczych z takich dziedzin jak: IT, cybernetyka, nauki biologiczne, elektromobilność, medycyna i budownictwo.

Jakie jest obecnie najważniejsze przesłanie, jakie Rada chce przekazać polskim firmom?

Najistotniejsze staje się, abyśmy w Polsce przeszli do systemu funkcjonowania na zasadzie wielodyscyplinarnych zespołów, bo dopiero takie mogą robić rzeczy unikalne i oryginalne. Monotematyczność jest historycznym podejściem do jakości produktu. Jedynie za pośrednictwem grup specjalistów z różnych dziedzin, pracujących wspólnie nad konkretnymi rozwiązaniami, będziemy mogli stać się konkurencyjni na rynku światowym.

Co będzie przedmiotem dyskusji na nadchodzącym Polko-Amerykańskim Sympozjum Nauki i Techniki, które współorganizuje Pan na uniwersytecie Stanforda?

Sympozjum w tym roku odbędzie się pod hasłem „Internet Rzeczy”, zatem połączenie wszystkiego związanego z elektroniczną komunikacją. Jedną stroną takiego zagadnienia jest aspekt Orwellowski: kontrolowanie wszelkich dziedzin życia z jednego pulpitu. Drugim – korzyści ze sterowalności kontaktów między urządzeniami, dzięki czemu możliwe stanie się: zwiększanie efektywność naszej pracy, zmniejszanie zużycia energii i doskonalenie produktu oraz szybsze przekazywanie wiedzy. Internet rzeczy to temat rzeka. W marcu będziemy mówili na temat inteligentnych miast i domów oraz inteligentnego transportu i energii.

Co dokładnie kryje się pod pojęciem „inteligentna energia”?

Jak zarządzać systemami energetycznymi w dobie, w której zapotrzebowanie na energię szybko się zmienia. Po wkroczeniu elektromobliności nagle tysiące ludzi będą musiały ładować swoje samochody. Nasze sieci nie są na to przygotowane. Polska znajduje się pod falą nacisków, aby mieć więcej energii odnawialnej, zatem ze źródeł zależnych od czynników naturalnych. Pojawia się problem, jak tym sterować, tak by przepływ energii był płynny. Potrzebne są magazyny energii, zaś taką energią, niepochodzącą z elektrowni, zarządza się inaczej. Innym przykładem są smart-domy. Już dziś, po takim wywiadzie, pół godziny przed powrotem do domu, mogłaby Pani z telefonu wysłać wiadomość, aby włączyć ogrzewanie, które skręciła Pani przed wyjściem. W masie wszystkich mieszkańców miasta to mogłaby być gigantyczna oszczędność energii. W skali całego państwa podobne sterowanie może mieć ogromne znaczenie.

Jakie inne tematy będą dyskutowane na sympozjum?

Poruszymy sprawę bezpieczeństwa cybernetycznego oraz blockchainu, który jak wiemy, idzie przebojem przed świat. Polska nie jest jedynym krajem, w którym rząd i autorytety robią krok do przodu a potem do tyłu w sprawie krypto walut. Nie wiemy, czy to będzie narzędzie do przekrętów ekonomicznych, czy być może narzędzie, które zastąpi system monetarny świata, na zasadzie takiej samej rewolucji, jaką było zastąpienie systemu handlu wymiennego przez pieniądz. Znajdujemy się być może w podobnie przełomowym momencie. Temat ten nieustannie spędza sen z powiek inwestorom w Dolinie Krzemowej. Przykładowo w Chinach rząd jednego dnia się zgadza, innego odmawia, a społeczeństwo wchodzi coraz to głębiej w krypto waluty. Im szybciej pojawią się regulacje w tej sprawie oraz wykształcone elity umiejące korzystać z nowej dziedziny, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że powstanie z tego narzędzie do oszustwa i przekrętów ekonomicznych. Tworzenie barier nie jest właściwą drogą, jest nią formowanie wielozadaniowych zespołów i inteligentnych praw.

Polski sektor rozrywki i edukacji coraz bardziej interesuje wirtualna rzeczywistość. Czy ten temat zostanie poruszony na Uniwersytecie Stanforda?

Tak, Polska w tej dziedzinie ma bardzo wysokie osiągnięcia, z którymi nie udało nam się przebić na rynek światowy. Kilka lat temu odwiedziłem fabrykę w Gliwicach, gdzie poruszałem się między maszynami i mogłem zmieniać parametry różnych urządzeń, choć całość mieściła się na dwóch metrach kwadratowych. Ja byłem w okularach w kabinie, ale mogłem przyjrzeć się każdemu urządzeniu. Ta technologia, wcześniej wykorzystywana w systemach obronnych i wojskowości, obecnie wkracza również do życia codziennego. Niedługo zaczniemy stawiać budynki poprzez wprowadzenie zespołu na plac budowy i przejście z nimi przez wszystkie etapy konstrukcji, zanim nastąpi pierwsze wbicie łopatyw ziemię. Tych wszystkich informacji nie będzie zatem trzeba czytać z planu budowy, a będzie można je zobaczyć dzięki wirtualnym symulacjom. Takie rozwiązania są tuż za rogiem. Jeśli się do tego nie przygotujemy, to wkrótce będziemy musieli najmować ludzi z zagranicy, aby to za nas zrobili.

Czy na sympozjum w Kalifornii wystąpią tylko polskie firmy?

Poland Day jest pomyślane jako seria paneli dyskusyjnych na różne tematy. Zawsze staramy się, aby w każdym z nich była równowaga między polskimi i zagranicznymi firmami i specjalistami. Chodzi nam przede wszystkim, aby doprowadzić do rozmów po zejściu ze sceny między panelistami a tymi, którzy siedzą na widowni. To przede wszystkim przedsięwzięcie polegające na wymianie wiedzy i ustanowieniu kontaktów pomiędzy ludźmi dysponującymi odpowiednią wiedzą oraz tymi, którzy posiadają odpowiednie doświadczenie. Nie jest to konferencja naukowa, ale oferta wymiany nastawiona na biznes.

Wszyscy Polacy korzystają z innowacji i osiągnięć Doliny Krzemowej; co więcej, wydają tam bardzo dużo pieniędzy, korzystając z produktów i usług takich firm, jak Apple, Netflix, Uber, Google. W jaki sposób polski kapitał mógłby mieć w tym swój udział?

Polska znajduje się na bardzo szybkiej drodze do stania się neokolonią intelektualną. Tak jak w XIX wieku istniały kolonie surowcowe, potem dostarczające taniej robocizny, tak dzisiaj są kolonie wykształconych, zdrowo myślących ludzi, takie jak Polska. Przyjeżdżają do nas eksploatatorzy z rynków międzynarodowych, tworzą centra naukowe, ośrodki badań i rozwoju, a efekty ich prac, w szczególności dotyczące elektroniki, wywożą z Polski i na ich bazie tworzą własne produkty. Następnie produkty te są sprzedawane pod obcą marką i to z wielokrotnie większym przebiciem w porównaniu do sumy, jaka została zapłacona za technologię źródłową. Jedyną drogą obrony przed tym mechanizmem jest stworzenie zapotrzebowania na taką wiedzę i na podobny system jej wdrażania u nas w kraju. Stanie się tak tylko wtedy, kiedy dojdzie do stałej współpracy miedzy polskimi ośrodkami naukowymi i startupami a poważnymi, dużymi przedsiębiorstwami krajowymi.

Czy na tym dzisiaj polega Dolina Krzemowa?

Dokładnie. Opiera się na spójnie działającym eko-systemie nauki, kreatywnego działania i przemysłu, na wiodących uczelniach świata: Stanford University i Berkeley, na całym szeregu dużych firm, które wsysają wiedzę i produkty, tworzone przez tysiące małych podmiotów, na dynamicznym systemie finansowania i zarządzania. Pobierają od nich tę wiedzę w postaci podzespołów i rozwiązań naukowych lub zakupują całe firmy, by następnie włączyć je do swojej działalności korporacyjnej. Nie wierzę w fantazję o polskim Apple, bo takich przedsiębiorstw jest na świecie tylko kilka. Nie oznacza to jednak, że nie możemy mieć firm o światowej skali, średnich rozmiarów, które będą doskonałym stymulatorem rozwoju małych polskich biznesów, pełniąc funkcję bezpośredniego odbiorcy ich produktu. Duża jednostka będzie się zajmowała integracją rozwiązań wyprodukowanych przez firmy małe i średnie, a następnie wprowadzaniem ich na rynek światowy. Oczekiwanie, że polskie start-upy nawet przy najlepszym systemie grantowym, będą miały dosyć energii finansowej, aby stworzyć własny rynek w realiach globalnych, jest złudne. Więcej, to oszustwo w stosunku do młodych ludzki, którzy z pełnym entuzjazmem budują coś nowego i oryginalnego, wykorzystując często granty w sposób ogromnie efektywny, by w efekcie zorientować się, że co prawda istnieje dla nich rynek w Polsce i zagranicą, ale że na wejście na rynek światowy po prostu ich nie stać.

Co mogłoby stanowić polską innowację? W jakich dziedzinach Polacy mogliby zaoferować technologię, wynalazki i rozwiązania, którymi możemy konkurować na rynku międzynarodowym?

Przykładem niech będą polskie firmy gier komputerowych, które są bardzo dobrze postrzegane na rynku światowym. Drzwi do tego sukcesu wybił „Wiedźmin”. Innym wzorcem są polskie firmy komputerowe obsługujące relacje między konsumentami a dostawcami usługi. Kolejnym – polska bankowość, która funkcjonuje na bardzo wysokim poziomie, jeśli chodzi o technologie, z których wielka część powstała w Polsce. Moglibyśmy się stać dostawcą tej technologii na rynku światowym. Jeśli chodzi o elektromobilność, to budowa polskiego samochodu stanowi bardzo ambitny projekt. Jednak tworzenie technologicznych elementów do elektrycznych samochodów okazuje się już znacznie bardziej realne. Przecież elektromechanika i elektryka to nasza domena. Wydaje się absolutnie możliwe, aby w amerykańskim samochodzie elektrycznym mógł być zamontowany system zarządzania z Polski.

Jakie są ostateczne rezultaty programu Top 500 Innovators?

Ten program to był strzał w dziesiątkę. Polskie uniwersytety znajdują na bardzo wysokim teoretycznym poziomie, natomiast nie przekazują studentom wiedzy, jak przetworzyć te wiadomości na wartość gospodarczą. Na Stanfordzie jest zupełnie inaczej, bo mimo twardej dyscypliny wokół wiedzy merytorycznej, ogromny nacisk kładzie się na jej praktyczne wdrożenie. W USA przemysł sprzedaje się na uczelniach, a uczelnie sprzedają się przemysłowi. Należy skopiować ten sam model w Polsce. Nie jest to jednak kwestia decyzji ministra, a stworzenia kultury współpracy. Dokładnie w tym celu powstał program Top 500 Innovators. Pomysł został przyjęty przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Przy poparciu minister Kudryckiej powstał program, na który odpowiedział Uniwersytet Stanforda (może za moją namową). Przez ileś kolejnych lat byłem dyrektorem tego programu na Stanfordzie.

Czy udało się stworzyć zamierzony zespół ekspertów, którzy wprowadzają zmiany u nas w kraju?

Od 2012 roku przyjeżdżały do Kalifornii grupy po czterdziestu młodych naukowców na poziomie doktora lub tuż przed doktoratem z nauk stosowanych i technicznych. Przez dziewięć tygodni wspólnie pracowaliśmy nad zmianą spojrzenia na role i szanse, które można tworzyć na uczelniach, ale działając w sposób biznesowy, a mniej na zasadzie odizolowanych wysp naukowo-dydaktycznych. Stypendyści wysłani przez Polski rząd wciąż są we wzajemnym kontakcie, tworzą wspólne projekty. Wszyscy rektorzy polskich uczelni znają ten program. Bardzo wiele uniwersytetów wciąż korzysta z jego efektów, ponieważ w jego wyniku potworzyły się nowe przedmioty, centra współpracy i innowacji. Jestem z tego programu bardzo dumny. Ludzie, którzy przez ten program przeszli, wrócili do kraju i teraz wdrażają rozwiązania, które zaobserwowali w Dolinie Krzemowej.

Źródło: WPROST.pl
+
 6

Czytaj także