Dowód na istnienie Boga - wywiad z Jerzym Pilchem

Dowód na istnienie Boga - wywiad z Jerzym Pilchem

Dodano:   /  Zmieniono: 15
Jerzy Pilch (fot. Wprost) / Źródło: Wprost
Mam poczucie, że stałem pod bramką, a Bóg mi dobre piłki centrował. Teraz mi daje bardzo trudne piłki, nie strzelam więc bramek. Jednak uparcie tkwię na boisku – mówi nam Jerzy Pilch. Właśnie ukazała się jego nowa powieść "Wiele demonów”.

Porozmawiamy o słabości?

Literatura bierze się z niewygodny, z choroby. Grzeczne dzieci nie zaczynają pisać książek, porządni ludzie, nawet jeśli miewają poważne problemy z egzystencją, fikcją się nie leczą. Jednak niechętnie będę rozwijał temat słabości, bo mam zbyt liczne zdobycze w tej dziedzinie.

Dorastanie w Wiśle do dziś jest dla pana siłą?

Dało mi odrębność, a to jest dar kluczowy. Jako dziecko miałem wszelkie możliwe atuty outsidera. Byłem chorowity, miałem wadę wzroku, zeza, okularki, małe roztrzęsione rączki i na dodatek mówiłem gwarą wiślańsko-beskidzką. To jest język wystarczająco odrębny; przechowuje też w sobie wiele elementów czystej staropolszczyzny, „Postylla” Mikołaja Reja była dla wiślańskich protoplastów ważną książką. To mi dało poczucie, że jestem skądś. Wprawdzie w Polsce protestantów jest tak niewielu, że to oznacza prawie znikąd. Świat tym intensywniejszy. I byłem w centrum tego świata. Matka studiowała w Krakowie, a ja się chowałem w Wiśle u dziadków. Byłem nie tyle wnukiem, ile najmłodszym dzieckiem swojej babki. Dom w Wiśle wydawał mi się wielki i nieskończony.

W „Wielu demonach” wraca pan do czasów, w których dorastał. Katolik jest w tej powieści postrzegany przez lutrów jako wróg, ktoś, kto pobłądził, człowiek słabszy. Dziś konflikt między tymi Kościołami nie mógłby już przebiegać w taki sposób – katolicy czują się bardzo silni, w całej Polsce.

Muszę mieć w bibliotece coś związanego z tym spostrzeżeniem [Jerzy Pilch znajduje na półce książkę „Wisła – wieś słowiańsko-ewangelicka” Marii Pilchówny wydaną w 1948 r. – red.]. Tego typu wydawnictwa już się nie ukazują. Nawiasem mówiąc, Maria Pilch, zwana w rodzinie Maryną, była jedyną w Wiśle lesbijką. Dosyć wyjątkowa sytuacja, bo w tamtych czasach, w latach 50. ubiegłego wieku, była w pełni akceptowana. Wszyscy wiedzieli, że mieszka sama, ma gust do kobiet, choć przyjeżdżali do niej rozmaici literaci, bo była przystojną niewiastą. Ale nikt nie robił z tego afery. A jej książeczka dowodzi właściwie ówczesnej czystości wyznaniowej Wisły. Mój ojciec, który miał skłonność do przekręcania, mówił zawsze, że to „Wisła – wieś czysto ewangelicka”. Przez kilkadziesiąt lat zatarła się wyraźna przewaga lutrów. Było nas 70 proc. w Wiśle, teraz jest 50 proc. Mityczna kraina mojego dzieciństwa zamieniła się w zielone płuca czarnego Śląska, kurort, do którego przybyło mnóstwo nowych mieszkańców, w przeważającej mierze nieewangelików. Dawniej istniała też większa przyjazność. W tej chwili nie pamiętam, jak się nazywa wiślański ksiądz katolicki, a księdza Kubaloka, który był tam w moim dzieciństwie, pamiętam doskonale. Był bardzo lubiany przez lutrów, żył w dobrych relacjach z naszymi pastorami. Tych dobrych relacji w tej chwili nie widać. Zbigniew Machej, poeta cieszyński, napisał taki wiersz: „Ewangelicy, luteranie to nie to samo, co my, panie. To nie to, co my, katolicy. To my jesteśmy chrześcijanie i zasiądziemy po prawicy. A ekumenizm to gadanie”.

Skąd to poczucie wyższości?

Musi istnieć, bo przecież Pan Bóg jest po twojej stronie, jako ewangeliczki czy katoliczki. A ci z innego Kościoła się mylą. Najwyższą formą tożsamości religijnej jest wojna, kiedy wycina się w pień tych, co nie mają racji. Dziś niby panuje wielka zgoda, do szkół na Śląsku Cieszyńskim chodzą mali katolicy z małymi ewangelikami i dziećmi innych wyznań. Konfliktu nie widać, a jednak jest, bo każda strona uważa, że żyje obok tych, którzy pobłądzili. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że żadna wojna religijna na Śląsku Cieszyńskim nie wybuchnie, chociaż pojęcie zimnej wojny domowej w kontekście politycznym jest przecież w Polsce używane w tej chwili. Pewne napięcia są i to nawet czasem należy chwalić.

Nie należy, jeśli z obroną racji wiąże się agresja albo skrajna nietolerancja.

Nie musi. Na przykład moja babka bardzo dobrze żyła z rozmaitymi rodzinami katolickimi, w wielkich przyjaźniach bywała i z komunistami. Choć jej poglądy domowe na tak zwaną ciemnotę katolicką – bo nie używała innego sformułowania – były jasne: „Jo cztyry razy przeczytała Ewangelię i nigdzie nie jest powiedziane, żeby czcić Matkę Boską”. To jest zresztą najmocniejsza różnica między nami i katolikami – kult Matki Boskiej. Gdyby szło do spisania jakiegoś porozumienia, toby było najtrudniejsze do przyjęcia dla naszych. Lech Wałęsa, prezydent wszystkich Polaków, nosząc Matkę Boską w klapie marynarki, był prezydentem nie aż tak wszystkich Polaków.

Artykuł ukazał się w ostatnim numerze „Wprost" (17/2013) , który  jest dostępny w formie e-wydania .

Tygodnik "Wprost" jest również dostępny na Facebooku .

+
 15

Czytaj także