Botoks popularny dzięki telewizji?

Botoks popularny dzięki telewizji?

Dodano:   /  Zmieniono: 2
(fot.sxc.hu)
Dzięki kilku programom w telewizji medycyna estetyczna weszła pod strzechy i przestała być tematem tabu.

Do odmładzania coraz liczniejszych klientów wzięli się więc wszyscy, bo branża w ostatnim czasie rosła o 20-30 proc. Głównym zabiegiem jest wstrzykiwanie botoksu, czyli toksyny botulinowej, która redukuje zmarszczki. Takie proste zabiegi robione są dziś nawet w zwykłych gabinetach kosmetycznych. Co więcej, są nieraz o połowę tańsze niż w gabinetach lekarskich. Dlatego lekarze postanowili walczyć.

Kosmetyczka ze skalpelem

– Mamy więcej pacjentów, wykonujemy więcej zabiegów, co oznacza, że mamy też większy obrót – mówi Barbara Walkiewicz-Cyrańska, prezes Stowarzyszenia Lekarzy Dermatologów Estetycznych. – Gabinety poprawiające urodę powstają jak grzyby po deszczu. To widać gołym okiem. Sam rynek zabiegów z użyciem toksyny botulinowej szacuje się w Polsce na 150 mln zł rocznie – mówi dr Andrzej Ignaciuk, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej.

Choć nie ma dokładnych danych na ten temat, szacuje się, że w Polsce działa ponad 2 tys. gabinetów medycyny estetycznej prowadzonych przez lekarzy. Eksperci szacują, że na poprawianie urody wydajemy kilka miliardów złotych rocznie. Problem w tym, że brakuje przepisów regulujących działalność tej szybko rozwijającej się branży. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, gdzie usługi z zakresu chirurgii plastycznej, medycyny estetycznej i dermatokosmetologii można oferować bez posiadania odpowiednich papierów – poprawiać urodę mogą lekarze medycyny estetycznej, dermatolodzy estetyczni, kosmetyczki oraz kosmetolodzy. I dlatego takie ryzykowne zabiegi można dziś robić w gabinetach kosmetycznych. Zwłaszcza że część z nich chwali się wydanymi przez lekarzy certyfikatami.

Skupiające lekarzy Polskie Towarzystwo Medycyny Estetycznej i Anti-Aging opublikowało mocno krytykuje ten proceder. „W ostatnich miesiącach obserwujemy w niebywałej skali proceder wykonywania zabiegów lekarskich z zakresu medycyny estetycznej przez osoby nieuprawnione (głównie kosmetyczki). Osoby te po odbyciu bezprawnych szkoleń organizowanych w celach komercyjnych przez różne podmioty, również lekarzy, otrzymują bezwartościowe w świetle obowiązującego w Polsce prawa certyfikaty potwierdzające nabycie umiejętności i kompetencji do wykonywania zabiegów lekarskich. Organizujący szkolenia i kursanci prezentują opinię, że zabiegi medycyny estetycznej nie są świadczeniem zdrowotnym, więc ich wykonywanie nie jest ograniczone prawem.

Według dostępnych nam analiz prawnych to jest nadużycie niosące z sobą liczne konsekwencje w zakresie odpowiedzialności karnej i cywilnoprawnej wobec wszystkich podmiotów mających udział w tej działalności” – głoszą. Jak się dowiedzieliśmy, swoje stanowisko w tej sprawie ma też wkrótce opublikować Naczelna Rada Lekarska. Dr Ignaciuk mówi wprost o czarnym rynku, na którym znajduje się wielu zwykłych oszustów. – Weźmy taką sprawę jak nazwa: prywatna klinika medycyny estetycznej. Nie ma czegoś takiego. Są tylko uniwersyteckie, bo klinika to oddział szpitala, w którym prowadzone jest nie tylko leczenie, lecz także badania naukowe i kształcenie lekarzy. Stosowanie tej nazwy ma wywołać wrażenie czegoś wyjątkowego, a tymczasem po prostu dezorientuje. To jest zwykłe nadużycie – przekonuje. Jak mówi, w związku z ryzykiem uszkodzenia zdrowia w tej sprawie już zostały przesłane pierwsze zawiadomienia do prokuratury.

Supermarket chirurgiczny

Poprawianie urody to dziś naprawdę lukratywny interes. – W mojej klinice w ciągu ostatnich czterech-pięciu lat obroty wzrosły o 30-40 proc., a dotyczy to samej chirurgii plastycznej. Nie znam rynku medycyny estetycznej, ale według mojej wiedzy ten wzrost jest podobny – mówi dr Jarosław Stańczyk, właściciel Linea Corporis. Według niego średnia klinika zajmująca się także operacjami chirurgii plastycznej, np. popularnymi ostatnio operacjami estetyki części intymnych, może mieć roczne obroty rzędu kilku milionów złotych. W dobrych placówkach chirurgii plastycznej w dużych miastach średnie zarobki lekarzy sięgają 50 tys. zł miesięcznie. Co prawda koszty zabiegów chirurgicznych są tam liczone w tysiącach, podczas gdy w gabinetach medycyny estetycznej są to raczej setki złotych, to przychody obu tych gałęzi wcale nie muszą się tak bardzo różnić. Istotną jakością są raczej wielkość, miejsce działania i znane nazwiska lekarzy. Nietrudno sobie wyobrazić, jak duży może być obrót, kiedy przeciętny zabieg botoksowania trwa 15-30 minut.

Z klientami nie ma najmniejszych problemów, bo do poprawiania urody zachęcają media. Żeby było jasne, dr Stańczyk jest jednak stanowczo przeciwny pauperyzacji medycyny estetycznej. – Przyznaję rację lekarzom medycyny estetycznej, bo zgodnie z prawem każda ingerencja w ciało człowieka generalnie jest inwazyjna i powinna być zarezerwowana dla medycyny i dla lekarza. Dotkliwie to widać przy powikłaniach zdrowotnych po usługach świadczonych przez nielekarzy. Dla pacjentów to dramat – mówi. Na inną sprawę zwraca uwagę dr Andrzej Sankowski, chirurg plastyczny z 30-letnim doświadczeniem, twórca i szef Kliniki Chirurgii Plastycznej. – W supermarkecie można się zbotoksować za 200 zł, podczas gdy u lekarza z doświadczeniem za 1 tys zł. I co z tego, skoro mnóstwo osób jest po tym tanim zabiegu niezadowolonych, bo „botoks nie działa”. To cena za obcowanie z niefachowcem, który nie musi dbać o utrzymanie pacjenta, lecz tylko o szybki zarobek – przestrzega.

Obowiązek bycia młodym

Trudno ustalić, kiedy zaczęła się moda na bycie młodszym, niż wskazuje metryka. Do tego kultu młodości dołączono jeszcze obowiązek bycia pięknym, i tak zrodził się cały przemysł mający sprostać tym dwóm powszechnym oczekiwaniom. W 2013 r. Polskie Towarzystwo Medycyny Estetycznej i Anti-Aging przeprowadziło wśród swoich członków ankietę, która pokazuje tempo zmian w zakresie medycyny estetycznej w ostatnich latach. Aż 64 proc. spośród 287 ankietowanych potwierdziło wyraźny wzrost liczby zabiegów estetycznych. Najczęstszymi z nich są: zabieg toksyną botulinową (87 proc.), kwasem hialuronowym (85 proc.) i mezoterapia (dostarczanie różnych preparatów pod skórę; 80 proc.). Ponad 40 proc. respondentów wskazało, iż 10 proc. wszystkich wizyt stanowią spotkania z zakresu anti-aging. Dane PTMEiAA, choć bardzo ogólne, są o tyle cenne, że są aktualne. Cała reszta danych albo jest sprzed kilku lat, albo też jest niezbyt wiarygodna ze względu na metodykę badań. Szansą na profesjonalne opisanie problematyki będzie dopiero raport PMR Corporate, który jednak dopiero powstaje. Na razie więc trzeba się zadowolić tym, co jest dostępne. Według danych tej samej agencji, ale z 2009 r., w Polsce działalność prowadziło kilkanaście tysięcy gabinetów chirurgii plastycznej i medycyny estetycznej. Pośrednio można wnioskować, że nawet po uwzględnieniu kryzysu ta liczba obecnie musi być większa, bo tempo wzrostu całego segmentu prywatnej opieki zdrowotnej ta sama firma szacowała na 7-11 proc. rocznie.

Według bardzo szacunkowych danych sam botoksowy fragment rynku wyceniany jest na 150-200 mln zł. A są jeszcze przecież ostrzyknięcia i inne zabiegi kwasem hialuronowym, cała masa zabiegów mezoterapeutycznych. Do tego dochodzi medycyna plastyczna i rekonstrukcyjna. Mówimy tu więc o miliardach złotych.

liczba

2/3 Polaków zetknęło się z pojęciem „medycyna estetyczna”

1/3 zna kogoś ze swojego otoczenia, kto poddał się jakiemuś zabiegowi

2/3 zaakceptowałoby decyzje bliskiej im osoby o skorzystaniu z usług medycyny estetycznej

Źródło: badanie „Medycyna estetyczna – znajomość, wiedza, korzystanie, wizerunek”, przeprowadzone w 2013 r. przez Millward Brown


Artykuł ukazał się w jednym z ostatnich numerów cyfrowego tygodnika "Wprost Biznes"

"Wprost Biznes" można zakupić na stronie internetowej

 2

Czytaj także