Exodus Ukraińców, który nastąpił po ataku Rosji na Ukrainę w lutym tego roku, to największa katastrofa humanitarna w Europie po II wojnie światowej. Polska odczuła to szczególnie. Dla porównania, 3 miliony uchodźców syryjskich napływały do Turcji przez trzy lata, podczas gdy w Polsce 3 miliony uchodźców z Ukrainy znalazły się w ciągu 3 tygodni. Nic dziwnego, że nawet fundacje i inne instytucje doświadczone w prowadzeniu akcji humanitarnych stanęły przed nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza że nie chodziło tylko o ogromną liczbę ludzi potrzebujących pomocy, ale też o specyfikę demograficzną tej gigantycznej grupy osób uciekających przed wojną. O doświadczeniach z obecnego kryzysu humanitarnego podczas wydarzenia Miasteczko Myśli „Ślady Człowieka” opowiadali między innymi przedstawiciele organizacji pomocowych oraz biznesu.
Kobiety i dzieci
Wśród ukraińskich uchodźców były niemal same kobiety z dziećmi, nie tylko własnymi. Niektórym kobietom towarzyszyły także dzieci krewnych czy znajomych. Sporo osób zabrało z sobą zwierzęta domowe – to piękny, bardzo ludzki gest. Jednak fakt, że z Ukrainy przybywały do nas głównie kobiety, które ratowały życie słabszych istot i nie były już często w stanie zabrać z sobą nawet najpotrzebniejszych rzeczy, sprawiał, że natychmiastowa pomoc była tym bardziej potrzebna. Poszerzył się też zakres tego, co zwykle rozumiemy pod pojęciem pierwszej pomocy – nie obejmował już tylko pożywienia i schronienia.
Telefony dla rozdzielonych
Towarem deficytowym stała się informacja i wszystko, co ją umożliwia: telefony, karty SIM, internet, routery. Tłumy ludzi gromadzące się przy granicy, a potem docierające na dworce polskich miast chciały się jak najszybciej dowiedzieć, dokąd mają się zwrócić, jakie dokumenty i gdzie muszą załatwić, by ruszyć dalej, czy mogą jechać we wskazane miejsca ze zwierzętami itp. Przede wszystkim jednak chciały się niezwłocznie skontaktować z bliskimi, którzy zostali w Ukrainie – powiadomić ich, że dotarli do Polski i są już bezpieczni, a także dowiedzieć się, co się dzieje u nich.
Tę potrzebę łączności i informacji bezbłędnie rozpoznały firmy, mogące pomóc w tym zakresie.
Pierwsza potrzeba: informacja
Tuż po ataku Rosji na Ukrainę zarząd Orange Polska zwołał sztab kryzysowy.
- Już o 8 rano siedzieliśmy i szukaliśmy odpowiedzi na pytanie, co ten kryzys oznacza dla nas, w jaki sposób wpływa na naszą rzeczywistość – opowiada Konrad Ciesiołkiewicz z Fundacji Orange. Informacje o potrzebach uchodźców dochodziły bezpośrednio z granicy polsko-ukraińskiej, gdzie przebywał między innymi Paweł Cywiński, współtwórca Fundacji Polska Gościnność. Zauważył on, że ci ludzie nie prosili o folię termiczną czy czekoladę, która dałaby im energię, lecz o powerbanki. Zawsze też zgłaszali potrzebę szybkiego internetu.
– Szybki internet stał się podstawą dobrostanu psychicznego tych osób – tłumaczy Cywiński. Bez wiedzy, co się dzieje z członkami rodziny, którzy zostali w Ukrainie, nie byli w stanie się skupić na niczym innym. Hierarchia potrzeb uchodźców podczas tego konfliktu radykalnie się zatem zmieniła. Dostęp do informacji stał się ich pierwszą potrzebą i warunkiem koniecznym, by mogły zostać zaspokojone inne potrzeby. Niektóre informacje były wręcz na wagę życia – np. te dotyczące przepustowości przejść granicznych. Równie duże znaczenie miały dla pomagających – bez nich nie mogliby pomagać skutecznie.
Najcięższa próba dla odpowiedzialności biznesu
Chyba jeszcze nigdy w historii odpowiedzialność społeczna biznesu nie została poddana tak ciężkiej próbie. Firmy w okamgnieniu zamieniły się w pewnym sensie w organizacje humanitarne – bo też zmieniło się oczekiwanie społeczne: spodziewano się po nich jeszcze większej odpowiedzialności za zdrowie i życie ludzi.
– To była rewolucja, rewolucja w pomocy i odpowiedzialności. W firmach, w samorządach nagle dziesiątki tysięcy ludzi włączyły się w pomoc. To zmieni te firmy i te organizacje. Zbuduje doświadczenie, jak reagować na ludzką krzywdę. I niewątpliwie poziom odpowiedzialności w społeczeństwie wzrósł – zauważa Paweł Cywiński.
- Jesteśmy przekonani, że technologia jest ważna i ma sens, kiedy pomaga ludziom. A utrzymanie więzi z bliskimi i znajomymi jest ważne w tym czasie – mówi prezes Orange Polska Julien Ducarroz. Firma uruchomiła specjalną promocję na połączenia do Ukrainy, a jej pracownicy rozdawali na przejściach granicznych darmowe startery. Potem pojawiły się też w specjalnych punktach na dworcach i – w odpowiedzi na liczne prośby – docierały do ośrodków dla uchodźców, a także do placówek Poczty Polskiej. Każdy pracownik Orange, dzięki specjalnej aplikacji, może pomóc w ich rejestracji i uruchomieniu usługi. Do Ukraińców przebywających w Polsce trafiło już kilkaset tysięcy darmowych starterów. Ta forma pomocy miała – i ma nadal – ogromne znaczenie również później, gdy goście z Ukrainy zaczęli się u nas powoli zadomawiać.
Rozmowy coraz spokojniejsze
Potwierdza to 27-letnia Ukrainka, która przyjechała do Polski z dwiema nastoletnimi córkami. Dzięki darmowym połączeniom mogą się codziennie kontaktować z mężem/ojcem, wesprzeć go, pokazać mu, że u nich wszystko w porządku. Mogą też utrzymywać kontakt z mamą/babcią, a także zobaczyć swoje podwórko. Dzięki temu czują się tak, jakby na chwilę wróciły do domu. Codzienna komunikacja pozwala im być razem, pomimo dzielącej ich odległości. To działa kojąco – częste rozmowy stają się coraz spokojniejsze. A są też takie rodziny ukraińskie, które przyznają, że nigdy wcześniej nie rozmawiały z sobą tak często i długo.
Prośby zwyczajne i specyficzne
Życzenia dotyczące telefonu, karty SIM czy powerbanku uchodźcy zgłaszali najczęściej, wiele było oczywistych próśb o znalezienie mieszkania. Pomagający musieli też jednak sprostać jeszcze bardziej zaskakującym potrzebom, np. znaleźć tłumacza migowego, znającego język ukraiński.
Myroslava Keryk z Ukraińskiego Domu w Warszawie, który przekształcił się w całodobowy sztab kryzysowy, opowiada, że zgłaszają się do nich między innymi zgwałcone kobiety, osoby z niepełnosprawnością lub chorujące na nowotwory złośliwe. Z wszystkimi tymi problemami trzeba się zmierzyć.
– Mieliśmy infolinię, w której pracowały dwie osoby. I stanęliśmy przed wyzwaniem, jak sprostać tej ogromnej liczbie ludzi, którzy do nas dzwonią – mówi Myroslava Keryk. Dzięki pomocy firmy Orange działa infolinia, którą obsługują teraz 24 osoby, na razie jest w Miasteczku Orange w Warszawie.
– Ukraiński Dom ma tylko 200 m kw. Nie pomieści wszystkich, którzy chcą pomagać. Zgłosiło się ponad 5 tysięcy wolontariuszy – tłumaczy Myroslava Keryk. Dzięki temu rozwiązaniu udało się pomóc ponad 30 tys. uchodźców. Na wsparcie Orange w zakresie technologii, sprzętu i usług może też liczyć Polska Akcja Humanitarna. Ta współpraca trwa od wojny na Bałkanach.
- Polska Akcja Humanitarna w tym roku obchodzi 30 lat i mógłbym powiedzieć, że już umiemy pomagać, ale uczymy się tak samo jak wszyscy. Każdy kryzys jest inny – mówi wiceprezes PAH Grzegorz Gruca. Przykładowo w Donbasie zostali głównie ludzi starsi i pomoc PAH była celowana w tę grupę wiekową. Oprócz paczek z żywnością dostarczano wiele paczek ze środkami higienicznymi i lekami.
– W tym kryzysie niesamowite było tempo, z jakim przybierał na sile – mówi Gruca.
Oba te kryzysy łączył jednak potrzeba komunikacji – równie ważna dla starszych, często samotnych osób w Donbasie. Świadomość, że ktoś o nich pamięta, jest dla nich często równie istotna – lub nawet ważniejsza – od pomocy materialnej.
Największy dom dziecka w Europie
Oprócz matek z dziećmi do Polski przybywały dzieci bez matek – z domów dziecka. Mówi się, że w Centrum Konferencyjno-Szkoleniowym Ossa, należącym do Grupy Polsat Plus, powstał po wybuchu wojny największy w Europie dom dziecka. Znalazło tam schronienie 700 sierot w wieku od 4 do 17 lat, między innymi z Kijowa, Charkowa i Odessy. Pierwsi uchodźcy dotarli tam już 28 lutego. Początkowo były to kobiety z dziećmi (łącznie w Ossie przebywa 1500 uchodźców). Gdy zapadła – błyskawicznie – decyzja o przyjęciu kilkuset dzieci z domów dziecka, była zaledwie doba na przygotowanie obiektu do tego celu. Małgorzata Nawrocka, przewodnicząca Rady Fundacji Polsat podkreśla, że bez wsparcia lokalnych władz, wolontariuszy i różnych służb nie byłoby to możliwe. Dzieci przyjeżdżały autokarami przez całą noc z 4 na 5 marca, a potem odsypiały podróż. Gdy już odpoczęły, musiały się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Nie wszystkim przychodziło to łatwo, mimo że w końcu były bezpieczne. Tęskniły – i tęsknią nadal – za rodzinnym stronami. Po paru dniach zaczęły wychodzić ich traumy. Wiele dzieci wymagało pomocy medycznej, wsparcia psychologicznego. Zorganizowano im komputery do zdalnej nauki, miejsce do nauki, a nawet kino.
Stolica jest chłonna
Warszawa zmierzyła się z największą falą migracji z Ukrainy. Od wybuchu wojny docierało do niej najwięcej osób, które jechały tu, bo miały przekonanie – a potem także informacje – że Warszawa pomaga. Władze miasta już przed wybuchem wojny zwołały sztab kryzysowy, przypadkowo akurat na 24 lutego.
– Tam podjęliśmy decyzje o pomocy humanitarnej wysyłanej do Ukrainy, ale też o pomocy humanitarnej u nas. Nie wiedzieliśmy, jaka to będzie skala – mówi Wioletta Paprocka-Ślusarska, dyrektor Gabinetu Prezydenta Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy.
A skala znacznie przerosła wszelkie szacunki. W szczytowych momentach na dworcach rejestrowano 50 tysięcy osób. Bez pomocy miasto nie dałoby rady. Kto pomagał? Najogólniej mówiąc: warszawiacy. Mieszkańcy, NGOsy, urzędnicy, także biznes.
– Każdy czuł się częścią tego miasta i każdy czuł, że stolicy trzeba pomóc. Kiedy rozmawialiśmy z w pierwszych dniach wojny, nasi partnerzy pytali nas zawsze: Od kiedy? Odpowiadaliśmy: Już! Na jak długo? Nie wiemy. My ich pytaliśmy: Za ile? A oni: Nieważne! - opowiada Wioletta Paprocka–Ślusarska.
Z szacunków wychodzi, że Warszawa ma 240 tysięcy nowych mieszkańców.
– Ci nowi mieszkańcy na pewno znajdą u nas odpowiednie warunki. Może nie tak szybko, może nie wszyscy i może nie naraz, ale na pewno to się stanie. Stolica jest chłonna – zapewnia Paprocka– Ślusarska.
Warszawa, jako jedno z pierwszych miast, zaczęła tworzyć klasy łączone w szkołach. Niemal z dnia na dzień przybyło 12-13 procent dzieci. Oczywiście nie wszystkie trafiły do szkół, bo budynki nie są z gumy – część uczy się zdalnie.
- Nowych warszawiaków, którzy tu przyjechali jeszcze w brzuchach swoich mam, mamy już 116. To nadzieja, że świat zmierza w dobrym kierunku – mówi Paprocka–Ślusarska.
Maraton dopiero się zaczyna
3 miliony uchodźców przyjechało do Polski, około miliona już wróciło do domów. Czy teraz jest mniej telefonów i potrzeb? Zdaniem Myroslavy Keryk, przed nami bardzo trudny okres – zmęczenia pomaganiem. Pojawiają się problemy w relacjach. Lato i jesień mogą być czasem ciężkiej próby.
Jędrzej Malko z Grupy Zasoby, który ma na koncie wiele nieprzespanych nocy (pomagał na Dworcu Zachodnim w Warszawie, znalazł ze znajomymi dach nad głową setkom uchodźców) podkreśla, że bardzo ważna jest w pomaganiu świadomość, jakie się ma zasoby. Trzeba się skupić na tych, które się ma i do nich się ograniczyć, mimo że potrzeby podczas takiego kryzysu są nieograniczone.
Nie wystarczy jednak analiza potrzeb osób, którym się pomaga – trzeba też myśleć o własnych możliwościach. Malko tłumaczy obrazowo, że w pomaganiu obowiązują podobne zasady jak w samolocie czy w sporcie. W samolocie, w razie potrzeby, najpierw trzeba założyć maskę tlenową sobie, a dopiero potem dziecku. Z kolei w sporcie odpoczynek jest częścią treningu. I choć w sytuacji kryzysu humanitarnego pozwolenie sobie na ten odpoczynek jest najtrudniejszą decyzją, bo tylko działanie przynosi ulgę – trzeba tę decyzję podjąć. Po to, żebyśmy byli w stanie dalej pomagać. Robimy to przecież także dla siebie. Badania mówią bowiem, że pomaganie innym jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o naszym szczęściu. Nie możemy się tego pozbawić.
