Beata Klimek zaginęła prawie pół roku temu. Kobieta odprowadziła dzieci na autobus. Miała jechać autem do pracy, ale tam nie dotarła. Śledczy próbują rozwikłać zagadkę, ale dotychczas nie natrafili na żadne obiecujący trop. W środę wczesnym rankiem przed domem kobiety pojawiły się służby – prokuratura oraz policja. Na miejsce wezwano również koparkę oraz eksperta z georadarem.
– Odbywa się przeszukanie, które ma na celu odnalezienie przedmiotów, bądź śladów mogących stanowić dowód w sprawie. Śledztwo nadal prowadzone jest w sprawie, a nie przeciwko komukolwiek. Nikomu nie przedstawiono zarzutów, nikt nie został zatrzymany – powiedziała „Faktowi” rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Szczecinie, prok. Małgorzata Wojciechowicz.
„On jest spokojnym człowiekiem”
Przed zaginięciem Beata Klimek była w trakcie rozwodu ze swoim mężem, Janem. Internauci zaczęli podejrzewać mężczyznę o udział w zniknięciu kobiety. Mężczyzna zaprzeczał wszelkim oskarżeniom. Redakcja „Faktu” rozmawiała z sąsiadką, która nie wierzy w winę Jana Klimka.
– On jest spokojnym człowiekiem. Pomagał nam, drzewo rozwoził. Wydaje mi się, że nie mógłby czegoś takiego zrobić – powiedziała pani Grażyna.
„7 października rano widziałam ją po raz ostatni”
Kobieta widziała Beatę Klimek w dniu jej zaginięcia, w momencie odprowadzania dzieci na szkolny autobus.
– Ja nie wiem, nie mam pojęcia, co się tam stało. Tak samo Janek, jak i Beata zawsze z nami normalnie rozmawiali. (...) 7 października rano widziałam ją po raz ostatni, jak szła z dziećmi na przystanek i już później jej nie widziałam – przekazała „Faktowi”.
Pani Grażyna nie wierzy w udział Jana Klimka w sprawie.
– Wydaje mi się, że chyba nie – odpowiedziała na pytanie, czy mężczyzna mógł mieć związek z zaginięciem żony.
Czytaj też:
Zaginięcie 25-latka. Ostatni raz widziany w klubieCzytaj też:
Dramatyczny wypadek na pasach. Ojciec poszkodowanej oskarża policję o kłamstwo
