Otrzymałeś Tuza Biznesu Wprost 2026 za „wkład w kulturę słowa i motywację w swoich utworach”. Dla rapera to większa odpowiedzialność niż kolejny krok do większej popularności?
Nizioł: Zdecydowanie odpowiedzialność. Ta nagroda jest dla mnie zwieńczeniem całej drogi, którą przeszedłem – od bramy jednego z nowohuckich osiedli do miejsca, w którym mogę odbierać takie wyróżnienie. To pokazuje, że warto było iść swoją drogą.
Od początku czułem odpowiedzialność za to, co mówię. Skoro dostałem możliwość docierania do szerokiego grona ludzi, to nie wyobrażam sobie tej szansy wykorzystywać do deprawowania czy ściągania kogokolwiek w dół. Zawsze chciałem raczej budować ludzi, motywować ich i uświadamiać.
Nie ukrywam, nie jestem święty. Mam swoje demony, miałem różne doświadczenia i one czasem jeszcze szepczą do ucha. Ale trzymając się tradycyjnych wartości, świadomie wybrałem drogę budowania zamiast destrukcji. Dziś niestety to właśnie pycha, próżność, kontrowersja i demoralizacja częściej przekładają się na wyświetlenia czy sprzedaż. Ja nie chcę iść tą drogą.
A jak radzisz sobie z byciem konsekwentnym na tej drodze?
Jestem diabelnie zorganizowanym człowiekiem. Jeżeli coś sobie postanowię, to później sam nie umiem się z tego zwolnić. Konsekwencja jest jedną z najważniejszych cech mojego charakteru i chyba również jednym z powodów, dla których odebrałem tę nagrodę. Ja nie urodziłem się z wielkim talentem do pisania. Pierwsze teksty nie były wybitne. Wszystkiego uczyłem się latami. Dzisiaj też nie uważam się za jakiegoś wirtuoza słowa. Wydaje mi się po prostu, że operuję językiem prostym, ale prawdziwym. A ludzie odnajdują w nim własne doświadczenia i emocje.
Pytam bardziej o konsekwencję postawy życiowej. Sam powiedziałeś, że masz swoje demony. Jak dziś radzić sobie z życiem?
Bardzo różnie. Życie to sinusoida – są wzloty i upadki. Ja jestem sam dla siebie motywatorem, trenerem, psychologiem, pedagogiem, ale też największym krytykiem. Potrafię być wobec siebie bardzo wymagający i chyba właśnie to pomaga mi utrzymać właściwy kierunek.
Zapamiętałem szczególnie jeden z Twoich wersów. Śpiewasz, że dla Ciebie zawartość liryczna jest tym, czym dla Michała Anioła była Kaplica Sykstyńska. Mam wrażenie, że w Twoich tekstach jest więcej rozmowy z człowiekiem niż walki z kimkolwiek.
Dla mnie zawsze najważniejszy był przekaz. Muzyka oczywiście musi mieć odpowiedni klimat, harmonię, dynamikę, emocje. Ale to treść zostaje z człowiekiem. Jestem humanistą. Kocham język polski i wcale tego nie ukrywam. Bardzo dużo zawdzięczam swojej nauczycielce języka polskiego. Powiedziała mi kiedyś coś, co zapamiętałem na całe życie: dobre opowiadanie musi mieć trzy elementy – wstęp, rozwinięcie i zakończenie. I dokładnie tak buduję swoje zwrotki.
Każdą traktuję jak osobne opowiadanie. Musi być mocny początek, merytoryczne rozwinięcie i puenta. Wszystko powinno do siebie pasować. Jak idealna kanapka – na końcu musi pojawić się na pomidorku szczypta pieprzu, która sprawia, że całość smakuje dokładnie tak, jak powinna.
Ale ta sama nauczycielka mówiła też chyba coś jeszcze...
Tak. Powtarzała: "Tomek, jesteś leniwy, ale bardzo zdolny." To chyba najlepiej mnie wtedy określało. Byłem też prowodyrem różnych pomysłów. Jednocześnie zawsze dużo pracowałem i ludzie naturalnie za mną szli. Byłem przewodniczącym klasy, później starostą na studiach. Chyba już wtedy gdzieś rodziła się odpowiedzialność za innych.
Hip-hop, rap przez lata kojarzył się z buntem. Ty coraz częściej kojarzysz się teraz z odpowiedzialnością. Kiedy nastąpił ten moment, w którym uznałeś, że chcesz ludzi bardziej budować niż szokować?
Dorastając człowiek zaczyna patrzeć na świat inaczej. Ma inne problemy i inną odpowiedzialność. Dla mnie przełomem były narodziny synka. Wtedy zrozumiałem, że wszystko, co miałem powiedzieć w bardziej destrukcyjny dla odbiorcy sposób, już powiedziałem. Nie wyobrażam sobie również przedmiotowo traktować kobiet w swoich tekstach. Dzisiaj często nikogo to już nie dziwi. Mnie dziwi bardzo. Mam mamę, mam babcię. Jak miałbym później spojrzeć im w oczy? Gdzie tu jest szacunek do kobiet? Gdzie są tradycyjne wartości? To właśnie odpowiedzialność za syna najbardziej mnie ukształtowała. Ona trzyma mnie w ryzach do dziś.
Zdarza Ci się usłyszeć: „Twoja piosenka pomogła mi się nie poddać?”
Bardzo często. Chyba nie ma dnia bez takich wiadomości. Ludzie piszą, że moje utwory pomogły im wstać z kolan, przetrwać najtrudniejsze momenty życia. Niektóre historie są tak poruszające, że aż trudno o nich opowiadać. I właśnie wtedy wiem, że to wszystko ma sens. Że powinienem robić to dalej.
To chyba trudniejsza droga niż pójście za tym, co po prostu dobrze się sprzedaje?
Nie odbieram tego w ten sposób. Ja nie robię muzyki dlatego, że muszę z niej żyć. Jestem dosyć zaradnym człowiekiem i podejmowałem w życiu decyzje, które zapewniły mi niezależność. Oczywiście miło jest zarabiać na swojej pracy, ale nigdy nie było to moją główną motywacją. Muzyka jest moim powołaniem.
Mam lekkie pióro. Naprawdę mógłbym wydawać trzy płyty rocznie. Tylko że byłoby to nieuczciwe wobec moich słuchaczy. Ja muszę coś przeżyć. Coś zaobserwować. Dojrzeć do tekstu. Uwielbiam sam proces tworzenia. Chwilę, kiedy z pustej kartki zaczyna rodzić się historia. Jedno zdanie prowadzi do drugiego, później pojawia się szesnaście wersów.
Mało kto wie, że bardzo często sam wymyślam scenariusze swoich teledysków. Lubię mieć wpływ również na obraz. Dla mnie wszystko musi być spójne. Muzyka, tekst i obraz powinny opowiadać tę samą historię.
Gdybyś miał dziś zostawić swojemu synowi jeden wers na za dwadzieścia lat?
Dzisiaj chyba nie potrafiłbym odpowiedzieć jednym zdaniem. Ale myślę, że wszystkie najważniejsze rzeczy, które chciałbym mu przekazać, już od dawna zapisuję w swoich utworach.
A kiedy przychodzi wena?
Zawsze wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewam. Zdarzało mi się budzić w środku nocy z poczuciem, że muszę natychmiast coś zapisać. Wstawałem, siadałem po ciemku i przy świetle telefonu pisałem całe zwrotki. Innym razem prowadziłem samochód. Nagle przyszła myśl. Zjechałem na pobocze i w kilka minut napisałem cały tekst.
Tak było choćby z utworem „Nie utonę”. Siedziałem na tarasie i nagle poczułem, jakby ktoś dyktował mi kolejne wersy. Pisałem, nawet nie zastanawiając się nad konstrukcją zdań, rymami czy rytmem. Po prostu płynąłem z tym, co pojawiało się w głowie.
Dopiero po chwili otrząsnąłem się i zobaczyłem, że mam gotowe trzy zwrotki z refrenem. To niezwykłe uczucie. Jakby człowiek na chwilę przestał pisać sam, a stał się jedynie narzędziem dla historii, która chce zostać opowiedziana.
