Śląsk nadal niepokonany, ale z Lechem nie wygrał

Śląsk nadal niepokonany, ale z Lechem nie wygrał

Dodano:   /  Zmieniono: 
Śląsk pod wodzą Oresta Lenczyka wciąż niepokonany - nie przegrał trzynastego meczu z rzędu. Niewiele brakowało, by wrocławianie z Poznania wywieźli nawet komplet punktów, choć remis jest jak najbardziej zasłużonym wynikiem.

W Poznaniu piłkarze wreszcie mogli zagrać na "normalnej", zielonej murawie, którą położono zaledwie kilka dni przed meczem. Trawa jednak nie zdążyła się jeszcze ukorzenić i  przy wślizgach fragmenty boiska leciały razem z piłką. Mimo to, w grze obu zespołów było mniej przypadku niż we wcześniejszych potyczkach przy ul. Bułgarskiej.

Początek spotkania był trochę bezbarwny, a emocje zaczęły się dopiero w 22. minucie, gdy w polu karnym Hubert Wołąkiewicz zahaczył Łukasz Gikiewicza. Sędzia Hubert Siejewicz pokazał na "wapno", protesty lechitów na nic się zdały. Pewnym egzekutorem rzutu karnego okazał się Sebastian Mila i  niespełna dwutysięczny sektor kibiców gości oszalał ze szczęścia. Radość wrocławian nie trwała zbyt długo. Już pięć minut później Marian Kelemen wybił piłkę pod nogi Semira Stilicia, który posłał piłkę do pustej siatki. Arbiter gola nie uznał, bowiem piłka po interwencji bramkarza gości opuściła boisko.

W myśl powiedzenia "co się odwlecze, to nie uciecze", lechici dopięli swego. Po koronkowej akcji, Vojo Ubiparip głową odegrał do  Sergieja Kriwca, a ten z woleja nie dał szans Kelemenowi. Mecz nabrał rumieńców, lechici uskrzydleni prowadzeniem zaatakowali bardziej zdecydowanie, ale i goście próbowali odzyskać prowadzenie. Po akcji Marka Gancarczyka, Marcin Kikut w ostatniej chwili zażegnał niebezpieczeństwo. W 40. minucie, po strzale Huberta Wołąkiewicza z dystansu, Kelmenowi z pomocą przyszła poprzeczka. Na krótko jednak, bowiem piłka trafiła do Jakuba Wilka, ten szybko odegrał do Ubipariba. Zastępujący Artjomsa Rudnevsa serbski napastnik bez problemów zdobył swojego pierwszego gola w ekstraklasie.

Pierwsze minuty drugiej odsłony zwiastowały ciąg dalszy emocji. Goście wyrównali po ładnym strzale Dariusza Sztylki, który uderzył z  tzw. pierwszej piłki zza pola karnego i zasłonięty Krzysztof Kotorowski nie  miał szans na skuteczną interwencję. Później było sporo walki, ale brakowało klarownych sytuacji bramkowych. Groźnie z ok. 25 metrów uderzał Kriwiec, ale piłka minęła słupek. W końcówce drużyna Śląska miała "piłkę meczową". Wprowadzony kilka minut wcześniej Łukasz Madej w sytuacji sam na sam trafił w słupek, a po chwili piłka trafiła do Waldemara Soboty, ale wrocławianin minimalnie przestrzelił.

pap, ps

 0

Czytaj także