"Umorzenie nastąpiło wobec braku znamion czynu zabronionego" - powiedziała prok. Joanna Kowalska z Prokuratury Rejonowej dla Krakowa Krowodrzy. Według opinii biegłych, pozostawienie w organizmie prowadnicy naczyniowej - cienkiego jak włos przewodu, którym wprowadzano medykamenty - nie zagrażało życiu i zdrowiu pacjentki ani nie obniżało komfortu jej życia.
Innego zdania była pacjentka, która skarżyła się na omdlenia, stany podgorączkowe i złe samopoczucie.
Wkrótce po wykryciu przewodu lekarze zdecydowali się na jego usunięcie "dla komfortu psychicznego pacjentki". Usunęli tylko dwa kawałki. Dalsza ingerencja - ich zdaniem - zagraża zdrowiu kobiety.
Analiza zdjęć radiologicznych i dokumentacji medycznej nie doprowadziła do ustalenia, kiedy i w jakiej placówce w żyle pacjentki pozostawiono prowadnicę. Same zdjęcia były różnie odczytywane w kolejnych placówkach zdrowia, w których przebywała pacjentka. Na jednym zdjęciu obraz przewodu odczytano jako fragment rozrusznika serca, na innym jako zagięcie i tzw. efekt pozorny.
"Wiemy, że nastąpiło to w okresie między wrześniem 1998 roku, a lutym 2000 i w związku z działaniami anestezjologicznymi" - powiedziała prok. Kowalska.
Decyzja o umorzeniu nie jest prawomocna. Pacjentka złożyła w tej sprawie zażalenie.
em, pap