Według specjalistów z Hongkongu, identyfikacja wirusa pozwoli na znacznie szybsze diagnozowanie choroby i w efekcie zmniejszenie liczby ofiar śmiertelnych. Dzięki opracowanemu tam testowi diagnostycznemu lekarz będzie mógł w ciągu ośmiu godzin określić, czy pacjent cierpi na syndrom SARS.
Tymczasem agencje donoszą o nowej fali paniki w Hongkongu, wywołanej wieściami z południowochińskiej prowincji Guandong, gdzie potwierdzono, że ponad 800 tamtejszych zachorowań miało najprawdopodobniej związek z SARS. W mieście wprowadzono rygorystyczne procedury dotyczące kwarantanny oraz odwołano planowane na najbliższy weekend koncerty brytyjskiej grupy Rolling Stones.
W czwartek tysiące mieszkańców Hongkongu wyszły na ulice z maseczkami z gazy na twarzach, w efekcie czego miasto przypominało jeden wielki szpital. W wielu aptekach zabrakło maseczek, w innych ich cena wzrosła nawet dziesięciokrotnie.
"Zapomnijcie o rakietach Scud i precyzyjnie naprowadzanych bombach. Wszyscy możemy umrzeć, jeśli ktokolwiek z tą chorobą choćby zakaszle" - mówiła matka jednego z uczniów, odprawiająca syna w maseczce do szkoły.
W Hongkongu, gdzie choroba zabiła 11 osób i zainfekowała ponad 300, zamknięto szkoły. Ponad pół miliona uczniów otrzymało przymusowe wakacje także w Singapurze, gdzie zamknięto wszystkie szkoły podstawowe i średnie.
Lekarze przypominają, że pierwszymi symptomami SARS są wysoka gorączka, bóle gardła i stawów oraz kłopoty z oddychaniem. W ciągu pięciu dni nawet dorośli o dobrej kondycji fizycznej mogą skończyć pod respiratorem. Większość pacjentów wraca do zdrowia, u niektórych wywiązuje się jednak ciężkie atypowe zapalenie płuc i śmiertelność sięga 3-5 proc.
sg, pap