Dziennikarstwo jest w impasie, wynika to nie tylko z konieczności konkurencyjności i poddania się presji rynku, braku standardów zawodowych i etycznych, ale również z bezpardonowej walki pomiędzy redakcjami, wydawcami, czy nawet całymi grupami medialnymi, jak to jest w przypadku "Agory" i "PressPubliki".
REKLAMA
Wielu dziennikarzy (a nawet całe redakcje), zdolnych, o znakomitych piórach i takich samych horyzontach daje się "wpuścić w kanał" bieżącej nawalanki politycznej i wykorzystać do obszczekiwania. Albo przeciwników politycznych redakcji albo redakcji konkurencyjnych gazet. I każda redakcja ma takich szczekających. Obszczekiwanie się to zresztą ulubiona zabawa polskich dziennikarzy. Szczególnie lubią to robić ci, którzy chcieliby uchodzić za “niezależnych”.
Dobry dziennikarz, a właściwie dobry publicysta, który chce być opiniotwórczy, musi mieć własne zdanie i własne poglądy, które może poddać krytyce i przedyskutować. Muszą one jednak być przemyślane, logiczne i spójne. Bo to, że ktoś ma "oryginalne" poglądy, nie oznacza jeszcze tego, że są one rozsądne i warte uwagi. Świadczy o tym postać o najbardziej rozdętym ego w polskim dziennikarstwie – Łukasza Warzechy.
W mediach mainstreamu pojawiło się pojęcie, słowo, żywcem przejęte z języka mafijnego – „cyngle". Użył tego słowa kilkanaście miesięcy temu były publicysta działu kultury "Gazety Wyborczej”, Michał Cichy w wywiadzie dla “Dziennika". Mianem tym została określona dwójka dziennikarzy “GW”, Agnieszka Kublik i Paweł Smoleński, którzy mieli działać bezpośrednio na zlecenie Adama Michnika, zwalczając piórem jego wrogów. Ponieważ Cichy był dziennikarzem znienawidzonego imperium “Agory”, jego niewinne w sumie określenie zostało podchwycone przez dziennikarzy gazet konkurencyjnych. I stało się czymś w rodzaju ersatzu prawdziwej polemiki, dyskusji.
Problem polega na tym, że całe polskie dziennikarstwo mainstreamu jest "cynglowe". Nie ma praktycznie wydania “Rzeczpospolitej”, “Polski”, czy "GW", nie ma odsłony portalu, aby nie znaleźć w nich cynicznego, prostego, nie tylko w formie, ale również w treści ataku na konkurencję. I piszą tego rodzaju teksty wcale nie dziennikarze młodzi, adepci i wyrobnicy. W cyngli bawią się dziennikarze najbardziej znani, żeby nie powiedzieć – ikony “niezależnego” dziennikarstwa. I robią to nie na zamówienie – lecz z czystej potrzeby serca.
Wróćmy jednak do nagród miesięcznika "Press". Najbardziej oczekiwaną - i do kilku lat najbardziej kontrowersyjną - nagrodą jest wybór Dziennikarza Roku. W tej edycji konkursu otrzymał ją, po raz 3., Tomasz Lis. O 1. głos przed znakomitą reportażystką, ale głównie BBC, Ewą Ewart, dalsze miejsca zajęli Wojciech Jagielski, świetny dziennikarz "wojenny", Piotr Zaremba, publicysta polityczny i Anita Werner, niegdyś modelka i aktorka, obecnie dziennikarka "z nerwem" stacji TVN24. Każda z nominowanych osób, co pragnę zauważyć, prowadzi odrębne i unikatowe formy dziennikarskie.
Oczywiście nominacja i nagroda dla Lisa budzi emocje. Musi budzić, ponieważ nie jest on lubiany, ba, w tym roku ostro wystąpił przeciwko swojemu środowisku, zarzucając mu miałkość i serwilizm - a pomimo to środowisko dziennikarskie (nie całe, o czym później) go uznało za najbardziej godnego nagrody głównej, za, cytuję; "profesjonalizm, promowanie światowych standardów pracy w mediach i przestrzeganie etycznych kanonów zawodu".
Do Tomasz Lisa można mieć dużo zastrzeżeń, jego ostatnie produkcje telewizyjne są coraz bardziej miałkie, ale z drugiej strony jest to również sygnał z jego strony, że polskie życie publiczne, z położeniem nacisku na politykę, przestaje być warte komentowania. Można mu zarzucić brak dystansu wobec rozmówców, jak choćby w przypadku rozmowy z Adamem Michnikiem. Widać było, że osobowość naczelnego redaktora Gazety Wyborczej go przytłoczyła, a może i sam nie był przygotowany do programu. Przez to wywiad nie był dyskursem na tematy bieżące polskiej polityki i sytuacji społecznej w Polsce, lecz raczej retrospektywą wszystkich poglądów Adama Michnika.
Lis bywa konformistyczny, a nawet stronniczy, ale z drugiej strony nie jest to dziennikarz newsowy, lecz komentator. Poza tym jego przewaga polega na tym, ze jest dziennikarzem kompletnym, bo równie dobrze jak na wizji czuje się za klawiaturą laptopa, pisząc ostre i unikalne felietony - nie mówiąc o książkach, które nie są zbieraniną felietonów, lecz jego indywidualnymi przemyśleniami, ubranymi w spójną, zamkniętą formę.
Lis zwany jest dziennikarzem III RP, w przeciwieństwie do tych zauroczonych i zakochanych w idei IV RP. Ci mają własną nagrodę, przyznawaną przez dziennik "Rzeczpospolita". Kiedyś nagroda nosiła imię znakomitego szefa tej gazety, Dariusza Fikusa, teraz zdaniem rodziny zmarłego w połowie lat 90. dziennikarza, ani poziom tej gazety, ani jej linia polityczna nie uprawnia do używania nazwiska tak zasłużonej osoby.
Tomasz Lis dostał nagrodę dlatego, ze jest profesjonalistą, a również dlatego, że nie ukrywa swoich poglądów. W roku ubiegłym tą samą nagrodą został uhonorowany dziennikarz newsowy i reportażysta, a także prowadzący autorski program "Kawa na ławę" w TVN24 Bogdan Rymanowski. W przeciwieństwie do Lisa, Bogdan Rymanowski zrobił karierę nie tylko dzięki talentowi i temu, że potrafi wyraziście reprezentować swoje poglądy i opinie. On zrobił karierę dzięki temu, że swoje poglądy schował głęboko…
I to jest właśnie zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma dziennikarzami.
Lis i "niezależni" obszczekiwacze
2009-12-11 12:44
Dziennikarstwo jest w impasie, wynika to nie tylko z
konieczności konkurencyjności i poddania się presji rynku, braku standardów
zawodowych i etycznych, ale również z bezpardonowej walki pomiędzy redakcjami,
wydawcami, czy nawet całymi grupami medialnymi, jak to jest w przypadku
"Agory" i "PressPubliki".
Wielu dziennikarzy (a
nawet całe redakcje), zdolnych, o znakomitych piórach i takich samych
horyzontach daje się "wpuścić w kanał" bieżącej nawalanki politycznej
i wykorzystać do obszczekiwania. Albo przeciwników politycznych redakcji albo
redakcji konkurencyjnych gazet. I każda redakcja ma takich szczekających.
Obszczekiwanie się to zresztą ulubiona zabawa polskich dziennikarzy. Szczególnie
lubią to robić ci, którzy chcieliby uchodzić za “niezależnych”.
Dobry dziennikarz, a właściwie dobry publicysta, który chce być
opiniotwórczy, musi mieć własne zdanie i własne poglądy, które może poddać
krytyce i przedyskutować. Muszą one jednak być przemyślane, logiczne i spójne.
Bo to, że ktoś ma "oryginalne" poglądy, nie oznacza jeszcze tego, że
są one rozsądne i warte uwagi. Świadczy o tym postać o najbardziej rozdętym ego
w polskim dziennikarstwie – Łukasza Warzechy.
W mediach
mainstreamu pojawiło się pojęcie, słowo, żywcem przejęte z języka mafijnego
– „cyngle". Użył tego słowa kilkanaście miesięcy temu były
publicysta działu kultury "Gazety Wyborczej”, Michał Cichy w
wywiadzie dla “Dziennika". Mianem tym została określona dwójka
dziennikarzy “GW”, Agnieszka Kublik i Paweł Smoleński, którzy mieli
działać bezpośrednio na zlecenie Adama Michnika, zwalczając piórem jego wrogów.
Ponieważ Cichy był dziennikarzem znienawidzonego imperium “Agory”,
jego niewinne w sumie określenie zostało podchwycone przez dziennikarzy gazet
konkurencyjnych. I stało się czymś w rodzaju ersatzu prawdziwej polemiki,
dyskusji.
Problem polega na tym, że całe polskie dziennikarstwo
mainstreamu jest "cynglowe". Nie ma praktycznie wydania
“Rzeczpospolitej”, “Polski”, czy "GW", nie ma
odsłony portalu, aby nie znaleźć w nich cynicznego, prostego, nie tylko w
formie, ale również w treści ataku na konkurencję. I piszą tego rodzaju teksty
wcale nie dziennikarze młodzi, adepci i wyrobnicy. W cyngli bawią się
dziennikarze najbardziej znani, żeby nie powiedzieć – ikony
“niezależnego” dziennikarstwa. I robią to nie na zamówienie –
lecz z czystej potrzeby serca.
Wróćmy jednak do nagród miesięcznika
"Press". Najbardziej oczekiwaną - i do kilku lat najbardziej
kontrowersyjną - nagrodą jest wybór Dziennikarza Roku. W tej edycji konkursu
otrzymał ją, po raz 3., Tomasz Lis. O 1. głos przed znakomitą reportażystką, ale
głównie BBC, Ewą Ewart, dalsze miejsca zajęli Wojciech Jagielski, świetny
dziennikarz "wojenny", Piotr Zaremba, publicysta polityczny i Anita
Werner, niegdyś modelka i aktorka, obecnie dziennikarka "z nerwem"
stacji TVN24. Każda z nominowanych osób, co pragnę zauważyć, prowadzi odrębne i
unikatowe formy dziennikarskie.
Oczywiście nominacja i nagroda dla
Lisa budzi emocje. Musi budzić, ponieważ nie jest on lubiany, ba, w tym roku
ostro wystąpił przeciwko swojemu środowisku, zarzucając mu miałkość i serwilizm
- a pomimo to środowisko dziennikarskie (nie całe, o czym później) go uznało za
najbardziej godnego nagrody głównej, za, cytuję; "profesjonalizm,
promowanie światowych standardów pracy w mediach i przestrzeganie etycznych
kanonów zawodu".
Do Tomasz Lisa można mieć dużo zastrzeżeń, jego
ostatnie produkcje telewizyjne są coraz bardziej miałkie, ale z drugiej strony
jest to również sygnał z jego strony, że polskie życie publiczne, z położeniem
nacisku na politykę, przestaje być warte komentowania. Można mu zarzucić brak
dystansu wobec rozmówców, jak choćby w przypadku rozmowy z Adamem Michnikiem.
Widać było, że osobowość naczelnego redaktora Gazety Wyborczej go przytłoczyła,
a może i sam nie był przygotowany do programu. Przez to wywiad nie był dyskursem
na tematy bieżące polskiej polityki i sytuacji społecznej w Polsce, lecz raczej
retrospektywą wszystkich poglądów Adama Michnika.
Lis bywa
konformistyczny, a nawet stronniczy, ale z drugiej strony nie jest to
dziennikarz newsowy, lecz komentator. Poza tym jego przewaga polega na tym, ze
jest dziennikarzem kompletnym, bo równie dobrze jak na wizji czuje się za
klawiaturą laptopa, pisząc ostre i unikalne felietony - nie mówiąc o książkach,
które nie są zbieraniną felietonów, lecz jego indywidualnymi przemyśleniami,
ubranymi w spójną, zamkniętą formę.
Lis zwany jest dziennikarzem III
RP, w przeciwieństwie do tych zauroczonych i zakochanych w idei IV RP. Ci mają
własną nagrodę, przyznawaną przez dziennik "Rzeczpospolita". Kiedyś
nagroda nosiła imię znakomitego szefa tej gazety, Dariusza Fikusa, teraz zdaniem
rodziny zmarłego w połowie lat 90. dziennikarza, ani poziom tej gazety, ani jej
linia polityczna nie uprawnia do używania nazwiska tak zasłużonej osoby.
Tomasz Lis dostał nagrodę dlatego, ze jest profesjonalistą, a również
dlatego, że nie ukrywa swoich poglądów. W roku ubiegłym tą samą nagrodą został
uhonorowany dziennikarz newsowy i reportażysta, a także prowadzący autorski
program "Kawa na ławę" w TVN24 Bogdan Rymanowski. W przeciwieństwie do
Lisa, Bogdan Rymanowski zrobił karierę nie tylko dzięki talentowi i temu, że
potrafi wyraziście reprezentować swoje poglądy i opinie. On zrobił karierę
dzięki temu, że swoje poglądy schował głęboko…
I to jest
właśnie zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma dziennikarzami.