Lewica wystawiając w prezydenckim wyścigu Jerzego
Szmajdzińskiego już w grudniu, liczyła na to, że na jej korzyść będzie działał
fakt, iż były minister obrony narodowej stanął w blokach startowych jako
pierwszy. Tusk hamletyzował, Kaczyński zwodził opinię publiczną, że on wcale
prezydentem być już nie chce a Szmajdziński zaczął jeździć po Polsce. Dzięki
temu kandydat mający 2 procent poparcia miał mozolnie piąć się w sondażach w
górę. I faktycznie się wspiął. Dziś na byłego ministra obrony narodowej chce
głosować już 3 procent Polaków.
REKLAMA
Kiedy Donald Tusk ogłosił, że PO zorganizuje prawybory, w
których sami członkowie partii wybiorą swojego kandydata na prezydenta
komentatorzy skupili się na demokratycznym aspekcie całego zjawiska. Oto po raz
pierwszy od dawna partyjne szaraczki stały się kimś więcej niż tylko megafonami
powtarzającymi zdania stworzone w gabinetach liderów. Prawybory miały być
wyrazem upodmiotowienia działaczy PO i wprowadzenia w Polsce nowej jakości.
Słowa, słowa, słowa…
To, czemu naprawdę służą prawybory, obserwujemy obecnie.
Szmajdziński jeździ po Polsce, Olechowski napina muskuły a media interesują się
tylko liczeniem szabel w Platformie i tym co o Sikorskim powie Komorowski.
Występ szefa MSZ w Bydgoszczy, gdzie prekandydat PO ustalał minimalny wzrost
prezydenta, jest traktowany z całą powagą należną kampanii – choć przecież
Sikorski nie spotkał się z ogółem mieszkańców grodu nad Brdą, ale jedynie z
tymi bydgoszczanami, którzy w szufladach mają legitymację Platformy. A
kulminacją prawdziwego sensu prawyborów była środa i Janusz Palikot show, czyli
dyskusja nad tym czy ukarać posła z Lublina za to, że szukał PiS-owskich
korzeni Sikorskiego. Dywagacje na temat tego czy Palikot zostanie ukarany nie
schodziły wczoraj z czołówek serwisów, a w tle jak mantra powtarzane było:
Sikorski, Komorowski, Komorowski, Sikorski.
Prawybory nie są, jak chcieliby widzieć niektórzy, rodzajem
alibi dla Donalda Tuska na wypadek wyborczej porażki PO (na zasadzie: gdybyśmy
wystawili tego drugiego to by wygrał, ale dla nas najważniejsza jest
wewnątrzpartyjna demokracja). Prawybory to klucz do wyborczego sukcesu. Do
końca marca media będą przez wszystkie przypadki odmieniały nazwiska dwóch
prekandydatów, a Jerzy Szmajdziński może odwiedzać nawet dziesięć miast jednego
dnia – i tak maksimum które może osiągnąć to trzydziestosekundowa wzmianka w
telewizji regionalnej. Podobnie zresztą z całą resztą kandydatów. Z wyjątkiem
jednego.
Jeśli PiS nie chce, aby wybory skończyły się zanim na dobre
się zaczną, Jarosław Kaczyński i spółka powinni jak najszybciej przestać
budować napięcie i ogłosić, że kandydatem partii będzie Lech Kaczyński (szanse
na to, że będzie to ktoś inny są raczej iluzoryczne). To pozwoliłoby nieco
zrównoważyć medialny przekaz i uświadomić Polakom, że wybory nie skończą się 28
marca, kiedy Hanna Gronkiewicz-Waltz policzy głosy i poinformuje świat kogo
wskazali działacze Platformy. Jeśli PiS jeszcze chwilę poczeka, to może się
okazać iż strata do Komorowskiego lub Sikorskiego jest zbyt duża. Bo tak jak
kłamstwo powtarzane tysiąc razy jest prawdą, tak nazwiska prekandydatów PO
odpowiednio często wymieniane mogą sprawić, że kandydat Platformy zacznie być
postrzegany nie jako kandydat właśnie, tylko jako prezydent-elekt, który wybory
(prawybory) już wygrał. Wtedy cała reszta kampanii wyborczej będzie już tylko
formalnością.
Prawybory, czyli jak wygrać przed startem
2010-03-04 15:42
Lewica wystawiając w prezydenckim wyścigu Jerzego
Szmajdzińskiego już w grudniu, liczyła na to, że na jej korzyść będzie działał
fakt, iż były minister obrony narodowej stanął w blokach startowych jako
pierwszy. Tusk hamletyzował, Kaczyński zwodził opinię publiczną, że on wcale
prezydentem być już nie chce a Szmajdziński zaczął jeździć po Polsce. Dzięki
temu kandydat mający 2 procent poparcia miał mozolnie piąć się w sondażach w
górę. I faktycznie się wspiął. Dziś na byłego ministra obrony narodowej chce
głosować już 3 procent Polaków.
Kiedy Donald Tusk ogłosił, że PO zorganizuje
prawybory, w
których sami członkowie partii wybiorą swojego kandydata na prezydenta
komentatorzy skupili się na demokratycznym aspekcie całego zjawiska. Oto po
raz
pierwszy od dawna partyjne szaraczki stały się kimś więcej niż tylko
megafonami
powtarzającymi zdania stworzone w gabinetach liderów. Prawybory miały być
wyrazem upodmiotowienia działaczy PO i wprowadzenia w Polsce nowej jakości.
Słowa, słowa, słowa…
To, czemu naprawdę służą prawybory, obserwujemy obecnie.
Szmajdziński jeździ po Polsce, Olechowski napina muskuły a media interesują
się
tylko liczeniem szabel w Platformie i tym co o Sikorskim powie Komorowski.
Występ szefa MSZ w Bydgoszczy, gdzie prekandydat PO ustalał minimalny wzrost
prezydenta, jest traktowany z całą powagą należną kampanii – choć
przecież
Sikorski nie spotkał się z ogółem mieszkańców grodu nad Brdą, ale jedynie z
tymi bydgoszczanami, którzy w szufladach mają legitymację Platformy. A
kulminacją prawdziwego sensu prawyborów była środa i Janusz Palikot show,
czyli
dyskusja nad tym czy ukarać posła z Lublina za to, że szukał PiS-owskich
korzeni Sikorskiego. Dywagacje na temat tego czy Palikot zostanie ukarany nie
schodziły wczoraj z czołówek serwisów, a w tle jak mantra powtarzane było:
Sikorski, Komorowski, Komorowski, Sikorski.
Prawybory nie są, jak chcieliby widzieć niektórzy,
rodzajem
alibi dla Donalda Tuska na wypadek wyborczej porażki PO (na zasadzie: gdybyśmy
wystawili tego drugiego to by wygrał, ale dla nas najważniejsza jest
wewnątrzpartyjna demokracja). Prawybory to klucz do wyborczego sukcesu. Do
końca marca media będą przez wszystkie przypadki odmieniały nazwiska dwóch
prekandydatów, a Jerzy Szmajdziński może odwiedzać nawet dziesięć miast
jednego
dnia – i tak maksimum które może osiągnąć to trzydziestosekundowa
wzmianka w
telewizji regionalnej. Podobnie zresztą z całą resztą kandydatów. Z wyjątkiem
jednego.
Jeśli PiS nie chce, aby wybory skończyły się zanim na
dobre
się zaczną, Jarosław Kaczyński i spółka powinni jak najszybciej przestać
budować napięcie i ogłosić, że kandydatem partii będzie Lech Kaczyński (szanse
na to, że będzie to ktoś inny są raczej iluzoryczne). To pozwoliłoby nieco
zrównoważyć medialny przekaz i uświadomić Polakom, że wybory nie skończą się
28
marca, kiedy Hanna Gronkiewicz-Waltz policzy głosy i poinformuje świat kogo
wskazali działacze Platformy. Jeśli PiS jeszcze chwilę poczeka, to może się
okazać iż strata do Komorowskiego lub Sikorskiego jest zbyt duża. Bo tak jak
kłamstwo powtarzane tysiąc razy jest prawdą, tak nazwiska prekandydatów PO
odpowiednio często wymieniane mogą sprawić, że kandydat Platformy zacznie być
postrzegany nie jako kandydat właśnie, tylko jako prezydent-elekt, który
wybory
(prawybory) już wygrał. Wtedy cała reszta kampanii wyborczej będzie już tylko
formalnością.