"Z żalem i przykrością
przyjąłem wczorajszą decyzję Komitetu Politycznego PiS o wykluczeniu mnie z
delegacji tej partii w ECR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy). Zarzucono mi,
że moja postawa +jest niezgodna z zasadami obowiązującymi w Prawie i
Sprawiedliwości+, a moje zachowanie wskazywało wyraźnie, że moim priorytetem jest
działalność na rzecz własnej kariery, a nie dobro Prawa i Sprawiedliwości" - napisał
Migalski.
REKLAMA
Jego zdaniem, fakt usunięcia go powoduje zarówno osłabienie siły ECR i PiS w
Parlamencie Europejskim, jak i pogorszenie jego możliwości wpływania na polityczną
rzeczywistość. "PiS i ECR tracą jeden głos, który czasami bywał decydujący, bowiem
było już w poprzednim roku wiele takich głosowań, które rozstrzygano właśnie jednym
głosem. A ja tracę możliwość wpływania na kształt ustawodawstwa europejskiego,
bowiem rola pojedynczego, niezależnego posła jest bardzo ograniczona. Szkoda" -
napisał w oświadczeniu.
Migalski, który dostał się do Parlamentu Europejskiego z listy PiS, uważa, że
argumenty użyte w uzasadnieniu do jego usunięcia z frakcji są dla niego obraźliwe i
nieprawdziwe. "Nie złamałem zasad, nie kierowałem się własnym dobrem, nie
postępowałem egoistycznie. Było dokładnie odwrotnie - zaryzykowałem swoją polityczną
karierę po to jedynie, by zmienić strategię PiS w takim kierunku, by zdolne ono było
do zwycięstw w nadchodzących wyborach. Analizę zawartą w moim liście otwartym do
prezesa można uznać za słuszną lub nie, ale nie można traktować jej jako braku
dbałości o dobro Prawa i Sprawiedliwości. Celem owego listu było otwarcie takiej
dyskusji, by w jej efekcie partia ta stała się wybieralną i zwycięską w walce z PO"
- podkreślił Migalski.
Pod koniec sierpnia Migalski opublikował na swoim blogu list otwarty do Jarosława
Kaczyńskiego, w którym obarczał szefa PiS m.in. winą za niskie notowania partii.
"To, w dużej mierze, pana wina" - podkreślał europoseł. Jego zdaniem, strategia
PiS po wyborach prezydenckich "prowadzi prostą drogą do klęski wyborczej" w wyborach
samorządowych i parlamentarnych. Jak dodał, list otwarty to "dramatyczna próba
podjęcia debaty nad możliwością uniknięcia obu tych przegranych, które byłyby już
piątą i szóstą z rzędu przegraną naszej formacji w konfrontacji z
PO".
Eurodeputowany - jak pisze - żałuje, że jego list nie spowodował oczekiwanej
przeze niego dyskusji i debaty o strategii, "jaką należy przyjąć, by odsunąć obecną,
nieudolną ekipę od władzy". "Pomimo, deklarowanej przez władze partii, otwartości i
gotowości do tego typu dyskusji, spotkały mnie jedynie wyzwiska i insynuacje. W
ostateczności - pozbycie się mnie z frakcji" - pisze Migalski. Jego zdaniem,
niewiele osób odniosło się do treści zawartych w liście, co "zadaje kłam tezie, że w
PiS można swobodnie dyskutować i spierać się. Coraz mniej jest tam polityków,
których prezes traktuje podmiotowo i którzy chcą być tak traktowani".
"Nie jestem w stanie zrozumieć, w jakim stopniu wykluczenie mnie z delegacji PiS w
PE przyczyni się do wzrostu popularności tej partii. W jaki sposób pozbycie się mnie
z własnych szeregów będzie pomocne w odsunięciu PO od władzy? Jak da się wygrywać i
przyciągać nowych wyborców bez tolerowania takich ludzi, jak ja? Jarosławowi
Kaczyńskiemu, w ogromnej mierze, zawdzięczam to, że jestem dziś politykiem i posłem
do PE. I zawsze będę o tym pamiętał. Jednak przy zachowaniu obecnej linii partii i
obecnego postępowania jej prezesa nie wróżę sukcesu Prawu i Sprawiedliwości.
Bez
rozpoczęcia wewnętrznej dyskusji i powrotu do języka oraz stylu z czasów kampanii
prezydenckiej PiS na zawsze pozostanie w opozycji i legitymizować będzie rządy PO.
Ale mimo wszystko, mimo tego, jak zareagowano na mój list, jakie środki represyjne
zastosowano wobec mnie, będę trzymał kciuki za Jarosława Kaczyńskiego" - napisał
Migalski w oświadczeniu.
PAP, ps