W jednej zwarszawskich szkół chiński nauczyciel razem
z dziećmi potrząsa kolorowa chusta iśpiewa: „Ni hao, Ni hao, Ni jiao
shenme mingzi?" (Cześć, cześć, jak się nazywasz?). Polska nauczycielka stoi
obok iuczy odpowiedniej intonacji, wymawiania tonów, ato wznosząc się do
góry, napalce, a to opadając. Dzieci są bezbłędne. Wtym wieku napewno
złapią dobry akcent.
– Od2009 r. liczba uczących się chińskiego
zwiększyła się czterokrotnie. Z24 doponad 100 – mówi nam Piotr
Czerwiński, właściciel Akademii Henhao (coznaczy: Bardzo dobrze). Dawniej nauka
chińskiego była rodzajem hobby, odpewnego czasu jednak coraz więcej rodziców
zapisuje donas swoje pociechy, traktując to jako inwestycje w przyszłość.
– Co roku zwiększamy o 50 proc. liczbę grup przedszkolnych 3-6 lat i
dziecięcych 7-11 – opowiada Czerwiński.
Czerwiński twierdzi, ze to dopiero początek: – Wszkole nie
pojawiła się jeszcze duża grupa ludzi, która chińskiego potrzebuje wpracy, tu
iteraz. Ale to kwestia czasu.
Tu i teraz są już zato chińskie
firmy, pieniądze, instytuty kulturalne, sztuka. 25 kwietnia tu iteraz będzie
premier Chin. To najważniejsza wizyta chińskiego dygnitarza wPolsce po 1989 r.
Wen Jiabao przyjeżdża doWarszawy, aby przypieczętować pozycje Polski jako kraju
kluczowego wregionie. Inne kraje, jak Węgry, latami zabiegały o chińskie
zainteresowanie. Amy nawet nie musieliśmy się wysilać.
Chiny
dysponują rezerwami przekraczającymi 3 bln dolarów. I właśnie nawielka skale
zaczynają wydawać te pieniądze. Pekin poszukuje surowców ienergii dlaszybko
rozwijającej się gospodarki, technologii, ale także know-how. Chińskie firmy
wykupiły już udziały wtak uznanych markach, jak IBM czy Volvo.
Teraz Pekin stara się zdywersyfikować lokowanie swoich pieniędzy wtaki
sposób, aby zbyt wiele nie ugrzęzło w amerykańskich obligacjach. Bez rozgłosu
w dość krótkim czasie chińskie pieniądze dotarły już doAzji, Afryki, Ameryki
Łacińskiej, ostatnio także naBiałorus i Ukrainę. Europa Środkowo-Wschodnia to
ostatni element tej globalnej chińskiej układanki. Wtym regionie Chiny juz
wybrały sobie partnera. Awiec teraz Polska!
Bratni kraj
W ostatnich 20 latach Chiny kojarzyły się wPolsce
głównie złamaniem praw człowieka. Zkolei starsze pokolenie Chińczyków reaguje
na Polskę zentuzjazmem, mówiąc o „xiongdi guojia" –
braterskim kraju istarych socjalistycznych czasach.
W Polsce
zapotrzebowanie nafascynacje Orientem przez lata wypełniał Dalajlama.
Podejmowany zawsze zwielkimi honorami, odbierał naZamku Królewskim honorowe
obywatelstwo stolicy czy doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W2009 r. wbadaniach SMG/KRC był piątym najważniejszym autorytetem dlapolskiej
młodzieży, ustępując nieznacznie Jerzemu Owsiakowi, Kubie Wojewódzkiemu,
Szymonowi Majewskiemu, a także krytycznemu wobec buddyzmu Wojciechowi
Cejrowskiemu.
W Chinach Dalajlama uznawany jest za groźnego
separatystę, dążącego dodestabilizacji kraju. Niektórzy analitycy przekonują,
zeistnieje „efekt Dalajlamy" – wartość obrotów handlowych
iinwestycji chińskich wkraju, którego przywódcy spotkali się z Dalajlama,
spada zawsze okilkanaście procent. Wydawać by się zatem mogło, zestosunki
polsko-chińskie, wtym gospodarcze, prędko nie wrócą donormy. Tymczasem choć
Dalajlama nadal cieszy się w Polsce ogromna popularnością, chińskim władzom
najwyraźniej przestało to przeszkadzać. Najpierw w2008 r. odbyło się chińskie
„coming out party”, czyli igrzyska olimpijskie, które według
zachodniej prasy miały się nie udać, ajednak były pokazem siły. I choć
formalnie chińską politykę „zou chu qu” (wychodzenia na zewnątrz)
ogłoszono w2001 r., to pojawienie się globalnego kryzysu, który dotknął głównie
kraje zachodnie, zadziałało jak katalizator. Okazało się, ze Polska, która
podobnie jak Chiny wniewielkim stopniu odczuła skutki kryzysu istała się
zielona wyspa namapie Europy, zaczęła być wChinach zauważana izostała
wytypowana jako jeden zistotnych elementów globalnej układanki.
Decyzji o zainwestowaniu w Polskę oczywiście nie podjął zza biurka
sam prezydent Hu Jintao. Współczesne Chiny to konglomerat przeróżnych frakcji,
globalnych firm, gdzie nie ma już centralnego mózgu. Ale z pewnością to Pekin
wytycza długofalowa wizje, cowkraju okilku tysiącach lat historii, gdzie
działania planowane są nadekady, anie nakadencje czy kolejne sondaże, nie
powinno specjalnie dziwić.
Chiny na Euro
Przełomem w polsko-chińskich relacjach była wizyta Donalda
Tuska naszczycie Europa – Azja w2008 r. w Pekinie. Jako jeden z
sześciu premierów został on zaproszony naspotkanie zpremierem Wen Jiabao.
Szybko okazało sie, ze w Polsce Chińczyków interesować będzie to, co
wszędzie: surowce (kupowane odKGHM), energetyka, aszczególnie kontrakty na
budowę infrastruktury naEuro 2012. Dlatego tez ośmielona zachęta polskiego
rządu chińska firma Covec wystartowała wprzetargu nadruga linie warszawskiego
metra. Choć przegrała, postanowiła za wszelka cenę odbić sobie to niepowodzenie
innymi kontraktami. Zaoferowała najniższa cenę za budowę dwóch krótkich
odcinków autostrady A2 iwygrała przetarg.
W Polsce znów jednak
pojawił się Dalajlama. Pod koniec 2008 r. wystąpił zprzemówieniem wHali Oliwii
na25-leciu przyznania Nagrody Nobla Lechowi Wałęsie. Mimo ze Covec zabrał się
już dopracy, strona chińska natychmiast zawiesiła wszystkie konsultacje
polityczne idelegacje biznesowe.
Ale o tym, zestrategia Chin
wobec Polski jest długofalowa, świadczy fakt, iż rok później wszystko wróciło
donormy, awkwietniu 2010 r. po katastrofie smoleńskiej, napogrzebie pary
prezydenckiej naWawelu Chiny miał reprezentować… minister transportu
(ostatecznie nie dotarł ze względu napył wulkaniczny).
Miesiąc
później naszanghajskim Expo wielki iniespodziewany sukces odniósł polski
pawilon. Wdużym stopniu dzięki pomocy strony chińskiej, która umieściła go
wgłównej strefie europejskiej, miedzy Niemcami i Hiszpania. Na Expo z
wielkimi honorami Chińczycy przyjęli marszałka Grzegorza Schetynę, który razem z
chińskim premierem i sekretarzem generalnym ONZ przemawiał na zakończenie
imprezy.
W 2011 r. znów tąpnęło na linii Warszawa – Pekin. Z
presja lokalnej konkurencji, a także polskimi procedurami nie poradził sobie
Covec, który nie był w stanie zrealizować zamówienia po zadeklarowanej cenie i
porzucił plac budowy na autostradzie A2.
Nastąpiła szybka sekwencja
niekorzystnych dla Polski wydarzeń. Chiny podpisały umowę o strategicznym
partnerstwie z Ukraina, stanęły rozmowy z chińskim inwestorem o przejęciu
cywilnej części Huty Stalowa Wola, wreszcie – Pekin nieprzypadkowo
przyspieszył wizytę premiera Wen Jiabao na Węgrzech. Viktor Orbán, który już w
2010 r. stworzył przy rządzie stanowisko specjalnego komisarza ds. kontaktów z
Chinami, już w trakcie konferencji powitalnej złożył rewolucyjne deklaracje: o
zmierzchu Zachodu i o tym, ze „teraz to Chiny zmieniają światową
gospodarkę i tak już pozostanie". Wszystko wskazywało, ze to właśnie
zdeterminowane Węgry uzyskują status strategicznego partnera Chin w regionie.
Polski awans
Okazało się jednak, ze mimo determinacji Orbána Pekin wybrał Polskę. W
lipcu 2011 r. chiński ambasador w Warszawie ogłosił, ze w przypadku Covecu i
autostrady A2 „błędy popełniły obie strony i był to jedynie epizod, który
niczego nie przekreśla".
Ostatecznie w grudniu zeszłego roku,
w czasie wielokrotnie przekładanej wizyty Bronisława Komorowskiego w Chinach,
doszło do przełomu. Po 20 latach kiepskich stosunków Polska
„awansowała", stając się strategicznym partnerem Chin.
Zaraz
po podpisaniu umowy o partnerstwie wejście do Polski zapowiedziały dwa chińskie
banki z tzw. wielkiej czwórki: Bank of China oraz Industrial and Commercial Bank
of China, którego aktywa są dziesięciokrotnie większe od całego rynku bankowego
w Polsce. Będzie on inwestował w polskie obligacje, a być może również w polska
giełdę. Kilka tygodni później biuro w Warszawie otworzyła chińska telewizja
CCTV4. Chiński ambasador zapowiedział już, ze Chiny wkrótce ponad dwukrotnie
zwiększa obroty handlowe z Warszawa.
Pierwszego lutego, w kończące
chiński Nowy Rok Święto Lampionów, cywilna cześć Huty Stalowa Wola (HSW) stała
się własnością chińskiego koncernu LiuGong Machinery. W pierwszy dzień pracy
nowe kierownictwo i załoga przedzierała się do zakładu przez śnieg – w
Chinach to symbol dostatku i pomyślności. HSW to jak dotąd największa chińska
inwestycja w Polsce i pierwsza o wartości powyżej 100 mln dolarów.
W tej transakcji jak w soczewce skupiło się to, czego możemy być już
wkrótce świadkami przy okazji innych chińskich inwestycji w Polsce. Po pierwsze,
zaważył czynnik polityczny, bo LiuGong Machinery, jak większość chińskich firm,
ma powiązania z chińskimi władzami – szef firmy jest wysokiej rangi
funkcjonariuszem Komunistycznej Partii Chin. Po drugie, bardzo wyraźnie ujawniło
się zupełnie odmienne od zachodniego podejście do mediów i opinii publicznej.
Chińczycy traktują media jak zło konieczne. Po trzecie wreszcie, sprawa związków
zawodowych. W Chinach nie maja one większego znaczenia, a w Stalowej Woli
Chińczycy przeszli ze związkowcami prawdziwa gehennę.
Następna w
kolejce jest polska energetyka. I tu zaczynają się naprawdę ogromne pieniądze,
bo Chińczycy startują do przetargów, których łączna wartość przekracza 30 mld
zł. Na tyle opiewają już dziś znane kontrakty na budowę bloków energetycznych, w
których startować będą chińskie firmy. Chodzi miedzy innymi o elektrownie w
Jaworznie, Kozienicach i Ostrołęce.
Polski rok chiński
Wraz z inwestycjami do Polski
ciągną tysiące Chińczyków ze Słowacji, Czech i Austrii. Świadczy o tym sukces
Jaworzna, w którym pojawiły się setki Chińczyków. Od listopada 2011 r. działa
tam Chińskie Centrum Handlu Hurtowego, które po planowanych właśnie rozbudowach
będzie największym takim centrum w Europie Środkowej.
Ci ludzie
przynoszą z sobą modę na chińszczyznę: przeglądy chińskich filmów, wystawy
malarstwa, prelekcje o zielonej herbacie. Coraz częściej tłumy Polaków świętują
chiński Nowy Rok. Niezależnie od imigrantów zarobkowych kulturę chińska w Polsce
promują cztery Instytuty Konfucjusza – w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu i
Opolu.
– Fascynacja rośnie stopniowo – twierdzi Piotr
Czerwiński z Akademii Henhao. – Cześć osób zaczyna się uczyć chińskiego, a
później zdaje na sinologie lub wyjeżdża do Chin, by tam kontynuować naukę.
Wsiąkają w Chiny, nawet nie wiedza kiedy.
W jednej ze szkolnych
ankiet 69 proc. uczniów uznało, iż język chiński jest tak trudny, jak zakładali.
31 proc. – ze jednak łatwiejszy. Nie było nikogo, kto uznał, ze język
chiński jest trudniejszy, niż przypuszczał. To świetna perspektywa. Bo jeśli
plany Pekinu wobec Polski się powiodą, możemy być pierwszym europejskim krajem z
chińskim jako językiem biznesu. A jak powiedział grecki minister finansów
Philippos Sachinidis: „I tak prędzej czy później czeka to cała
Europe".