Hollande spoliczkował urzędującego szefa państwa.
Politycznie. Choć
wygrał pierwszą turę nieznacznie (28,63 proc. głosów wobec 27,18
Sarkozy’ego), to jednak wystarczyło, by pierwszy raz w dotychczasowej
historii V Republiki prezydent ubiegający się o drugą kadencję nie
wygrał pierwszej tury. Wydawało się dotąd, że ma to niejako
zagwarantowane z urzędu. Hollande dowiódł, że Sarkozy na podobną
gwarancję nie zasłużył, bo na najwyższym urzędzie całkowicie zawiódł.
Kapitan wodnego
roweru
Został kandydatem Partii Socjalistycznej, jak mówili złośliwi,
„z
castingu", po upadku Dominique’a Straussa-Kahna. Początkowo Hollande
nie
uchodził za faworyta. Wątpliwości budził jego brak doświadczenia w
rządzie i obycia na międzynarodowych salonach. Pokpiwano, że to tylko
niezgułowaty aparatczyk, na którym nigdy nie będą dobrze leżeć
prezydenckie szaty. Obśmiewano go nie tylko z prawej strony. Nawet lider
skrajnej lewicy Jean-Luc Mélenchon stwierdził, że kapitan roweru wodnego
podczas kryzysowego sztormu nie powinien chwytać za stery krążownika.
Szydercy nie brali pod uwagę jednego: Nicolas Sarkozy i jego rząd
wmówili rodakom, że kryzys Francji nie nadwyręży właśnie dlatego, że nie
dopuścili do tego Nicolas Sarkozy i jego rząd. Niby argumentacja dla
prezydenta korzystna – okazała się fatalna; dla socjalistów –
politycznie wymarzona. Obywatele zinterpretowali ją bowiem tak: świat
się nie wali, możemy więc przykładać do tych wyborów zwykłe miary.
W
rezultacie, w przekonaniu większości Francuzów tegoroczne wybory nie
tyle mają służyć wybraniu dobrego prezydenta na trudną drogę, ile
zagrodzeniu złemu prezydentowi utartego szlaku do władzy. Christian
Salmon, autor książki „Storytelling", uważa wręcz, że francuskie
głosowanie ma charakter impeachmentu wobec prezydenta, który uchybił
funkcji tak dalece, iż stracił zdolność do jej dalszego pełnienia.
Hollande swoją narrację poprowadził wyśmienicie. – Wskazywany
przez
sondaże jako jedyna wiarygodna alternatywa wobec Sarkozy’ego
konsekwentnie opowiadał siebie jako anty-Sarkozy’ego, czyli polityka
jednoczącego, spokojnego, o stałych i spójnych poglądach – mówi Salmon.
300 razy dookoła Ziemi
Franćois Hollande wykonał gigantyczną pracę. Przywiązywanie znaczenia
jedynie do zmian fizycznego wizerunku (że schudł, że dobrał lepsze
oprawki okularów itp.) jest kolejnym uproszczeniem w tłumaczeniu jego –
jak dotąd – udanej wspinaczki na szczyt.
Faktycznie
rozpoczął kampanię
już dwa lata temu. Kilometraż jego podróży na spotkania z wyborcami
odpowiada – co z dumą komunikują sztabowcy z Partii Socjalistycznej
–
300 okrążeniom Ziemi. Przed kilkoma tygodniami, kiedy Sarkozy zaczął
szybko się piąć w sondażach, lewicowy dziennik „Liberation"
wydrukował
zdjęcie Hollande’a w wagonie pociągu, pochylonego nad papierami, bez
okularów – i wyraźnie zmęczonego. Wielu jego sympatyków uznało tę
publikację za błąd, jeśli nie zgoła za dywersję.
Tymczasem
fotografia
Hollande’owi nie zaszkodziła. Przeciwnie, bo Francuzi dostali opowieść o
człowieku, który nie wstydzi się zmęczenia, a szkoda mu teraz czasu na
zabiegi regeneracyjne czy inny jogging (znowu: anty-Sarkozy). Hollande
pokazał spokojną siłę, mitterrandowską „la force tranquille", dzięki
której wygrywa się wybory. – Jestem szczęśliwym Syzyfem – wyznał na
jednym z wieców. Jakby czuł, że już wkrótce wepchnie głaz na szczyt. Nie
chce się po drodze potknąć, toteż nie podejmuje wyzwania Sarkozy’ego na
aż trzy telewizyjne debaty przed 6 maja. Godzi się – bo tak
każe tradycja – na jedną. Nie ma potrzeby wdawać się w ryzykowne
pojedynki słowne, w których rywal ma znacznie większą wprawę.
– Jest
niedaleko i niczego w swym postępowaniu nie musi zmieniać przed drugą
turą wyborów – uważa Gérard Grunberg z Centrum Badań Francuskiego Życia
Politycznego (CEVIPOF). – Teraz Hollande jednoczy nie tylko lewicę, bo
puszcza oko i do centrystów, wspominając o drogiej im „przykładnej
Republice", państwie bezstronnym. Natomiast kampania Sarkozy’ ego
–
zdaniem Grunberga – była katastrofą. Opowiadając się rzekomo po stronie
„ludu” przeciwko „elitom”, Sarkozy otworzył faktycznie
szeroką aleję
przed Marine Le Pen, przywódczynią tak zwanej prawicy narodowej, a
zraził do siebie elektorat lidera centrowego MoDemu – Franćois Bayrou.
Na wieść o wynikach pierwszej tury Martine Aubry, pierwsza sekretarz
Partii Socjalistycznej (i potencjalna premier), stwierdziła, że oto
trzech na czterech Francuzów powiedziało Sarkozy’emu: nie! Jakby wyrok w
procedurze impeachmentu już zapadł. Arnaud Montebourg (potencjalny
socjalistyczny minister) dodał, że Sarkozy jest nie tylko zwyciężony,
ale na dodatek osamotniony. Nie ma żadnego zapasu głosów na drugą turę.
Nikt z pokonanych nie wezwie swoich wyborców do przeniesienia poparcia
na Sarozy’ego 6 maja.
Front za socjalistą
To
prawda. Nie zrobi tego ani Marine Le Pen (17,9 proc. głosów w
pierwszej turze; historyczny rekord Frontu Narodowego), ani Bayrou (9,1
proc.; klęska). Naturalnie Sarkozy podejmie się politycznej
ekwilibrystyki – nie takie rzeczy robił – i będzie kusił wyborców
Frontu, zabiegając jednocześnie o względy centrystów. Według ocen
instytutów badania opinii może liczyć na 40-60 proc. głosów Frontu
Narodowego i 30 proc. MoDemu, co jednak raczej nie wystarczy, by pokonać
Hollande’a.
Ten bowiem – choć też już się zwraca do
narodowców jako do
„wyborców zagubionych" – nie musi o nic prosić. Te same
badania opinii
wskazują, że nawet wśród elektoratu Frontu Narodowego (FN) – wrogiego z
definicji socjaliście, jakby się mogło wydawać – Hollande zyska liczące
się poparcie (podobnie opowie się za nim zapewne jedna trzecia
centrystów). Front, tak jak sobie tego życzyła Marine Le Pen, i
wcześniej jej ojciec, będzie arbitrem drugiej tury francuskich wyborów
prezydenckich. Arbitrem stronniczym.
Przewodnicząca FN zaleci
niechybnie, by nie głosować na żadnego z pary „braci syjamskich",
jak
nazywa Sarkozy’ego i Hollande’a. Nieoficjalną dyrektywą może być
poparcie kandydata lewicy. Le Pen zakłada bowiem – i wcale się z tym nie
kryje
– że porażka obecnego prezydenta doprowadzi do rozpadu jego partii UMP.
Wtedy zaś, jeszcze przed czerwcowymi wyborami parlamentarnymi, ona –
Marine Le Pen – stworzy „nową prawicę”. Front Narodowy może
nawet
zmienić nazwę (tak jak ona sama odmieniła demoniczne, ojcowskie oblicze
partii), by przyjąć pod swoje sztandary całe hufce z UMP.
Rozczarowanych
autorytarnymi rządami Sarkozy’ego w tym stronnictwie nie brak. –
Tak oto
dokona się zamknięcie epoki powojennej we francuskiej polityce. Po
obumarciu partii komunistycznej następnym fenomenem będzie przyjęcie
Frontu Narodowego do rodziny klasycznej prawicy – przewiduje Gérard
Grunberg. Skądinąd do polityki wpuścił FN w latach 80. mentor Hollande’a
– Franćois Mitterrand, by ową klasyczną prawicę osłabić.
Teraz
kandydat
socjalistów przekonuje, że za wysoki wynik wyborczy narodowców podwójnie
odpowiedzialny jest Nicolas Sarkozy. Po pierwsze, w ostatnich miesiącach
otwarcie przejął ich tezy, czyli „zbanalizował zawarte w nich zło".
Po
wtóre, u kresu kadencji doprowadził we Francji do niebywałego
skumulowania frustracji, gniewu i poczucia zagrożenia.
Postrach Europy
Hollande obiecuje tę bombę rozbroić w 60 ruchach. Z tylu punktów składa
się jego program syzyfowych prac. Prawicowi krytycy uznają go za
nierealny i nieodpowiedzialny (podwyżki minimalnych wynagrodzeń, 60 tys.
nowych miejsc pracy w oświacie, 75-proc. podatek od dochodów powyżej
miliona euro rocznie). Co więcej, straszą komunizmem, który może
wpełznąć do rządu prezydenta Hollande’a za sprawą Jeana-Luca Mélenchona
i jego rewolucyjnej nienawiści do bogaczy.
Dlatego Hollande tak
mocno
podkreśla, że głosy aliantów z ugrupowań lewackich (oraz ekologów)
przyjmie w drugiej turze jako naturalny dowód jedności lewicy, jednak
nie przewiduje za to żadnych politycznych koncesji dla sojuszników. Ta
deklaracja ma przede wszystkim uspokoić rynki finansowe: Hollande chce
być postrzegany jako stonowany socjaldemokrata, a nie antykapitalista.
Jego otoczenie temperuje również zastrzeżenia pod adresem paktu
fiskalnego, a także Europejskiego Banku Centralnego – skądinąd
podchwycone w ostatniej fazie kampanii przez Sarkozy’ego, który w ten
sposób zaryzykował nawet przyjaźń z Angelą Merkel. Berlin, jak głoszą
dyplomatyczne niedyskrecje, ma już przygotowany plan B na wypadek
zwycięstwa Hollande’a.