Mike „Bestia" Tyson. Bokserska legenda wagi
ciężkiej. Na 58 stoczonych
walk wygrał 50, w tym aż 44 przez nokaut. Jednemu z przeciwników
próbował odgryźć ucho, innemu połamać ręce, a jeszcze innego bił, gdy
ten – już znokautowany – leżał na deskach. Przy okazji dostało się
też
sędziemu. Znany też z tego, że siedział w więzieniu za gwałt na
18-latce, nie stronił od narkotyków, a swoim wielomilionowym majątkiem
zarządzał tak, że musiał ogłosić bankructwo. Teraz, mając 45 lat, już na
bokserskiej emeryturze, od czasu do czasu wywołuje skandale
kontrowersyjnymi wypowiedziami, spuszcza manto natrętnym fotoreporterom
i grywa epizody w filmach.
– Włożymy mu
kapelusz, biały garnitur i
przedstawimy go jako dżentelmena. Mike Tyson jest rozpoznawalny na całym
świecie, jest idealnym symbolem buzującej energii. Dzięki niemu mój
Black będzie marką globalną – snuje plany w rozmowie z
„Wprost" Wiesław
Włodarski, właściciel firmy Food- Care, producent napoju
energetyzującego Black. Tyson właśnie został twarzą marki.
Biznes wart jest mszy
Babci Włodarskiego, Rozalii, pewnie nawet przez myśl nie przeszło, by
mały Wiesio miał w przyszłości zadawać się ze skandalistami. Wiesio miał
być księdzem. – Nie chciałem służyć w kościele, więc babcia płaciła mi
za służenie po 50 zł od mszy. Chodziłem dwa razy dziennie. To był mój
pierwszy biznes w życiu. Dzięki ministranturze poznałem nawet Jana Pawła
II, gdy był jeszcze kardynałem – wspomina 49-letni krakowski biznesmen.
Za pieniądze „zarobione" na byciu ministrantem uprawiał
hazard ze
szkolnymi kolegami.
– Wszystkich ogrywałem, więc straciłem kolegów
–
śmieje się Włodarski.
W 1981 r., już jako 19-latek, Włodarski
dorabiał
sprzątaniem lodziarni i zastanawiał się, co dalej w życiu robić. Doszedł
do wniosku, że skoro zatrudniający go lodziarze jeżdżą mercedesami, to
opłaca się robić lody. Kupił za 8 tys. zł maszynę do lodów i
wystartował. Wkrótce odkrył, że opłaca się produkować też pachnące gumki
dla uczniów i – od 1984 r. – galaretkę. Wtedy właśnie w
podkrakowskim
Zabierzowie powstała jego firma Gellwe. Na początku rozwijać biznes było
trudno – Włodarski wyglądał bardzo młodo, wręcz chłopięco, a w PRL-
-owskiej rzeczywistości to nie było atutem. Żeby załatwić potrzebne
dostawy, musiał wyglądać poważnie i budzić zaufanie socjalistycznych
dyrektorów – zapuścił więc wąsy.
Z wąsem pod nosem przywitał
1989 r. Był
już wtedy prawdziwym galaretkowym potentatem. Pod marką Gellwe oprócz
galaretek produkował również kakao, czekoladę pitną, polewy, kremy,
dodatki do pieczenia. I pewnie dotąd byłby bohaterem gospodyń domowych,
gdyby w 2002 r. nie urządził sobie wycieczki do Wiednia. Powrót do
Polski ma dla niego rangę objawienia. – Na stacji paliw kupiłem Red
Bulla. Pomyślałem: dlaczego w Polsce on nie ma konkurencji? Wypuściłem
na rynek Tigera. Przez pierwsze dwa lata sprzedaż szła słabo, mimo że do
współpracy zaangażowałem Dariusza Michalczewskiego. Polecono mi go.
Teraz wiem, że to był błąd. Dopiero gdy oparliśmy strategię na zabawie,
seksie i sportach ekstremalnych, sprzedaż ruszyła.
Igranie z tygrysem
Dariusz
„Tiger" Michalczewski. Waga półciężka. 50 walk, 48 zwycięstw, 40
przez nokaut. Jak Tyson – sportowy emeryt. A także biznesmen i
filantrop. Ma swoją fundację – Równe Szanse. W 2003 r. został twarzą
głównego produktu FoodCare – napoju energetyzującego Tiger. Na 50 lat
podpisał z Włodarskim umowę na wykorzystanie swojego wizerunku – m.in.
zdjęcia i podpisu. Tantiema w wysokości1,5 proc. od przychodów dawała mu
kilka milionów złotych rocznie. Do czasu, gdy wywiązał się spór, do kogo
należy marka. Według Michalczewskiego Włodarski przestał mu płacić za
licencję i chciał „wycyckać” z interesu. Według Włodarskiego
Michalczewski chciał renegocjować kontrakt i dostawać nie 1,5 proc.,
lecz 5 proc. przychodów, na co ten się nie zgodził. Stąd pretensje. –
Tiger należy do mnie. Nie pozwolę, by ktoś ukradł moją własność! –
wściekał się rok temu Tiger na łamach „Wprost”. W końcu dogadał się
z
wadowickim Maspeksem. Teraz to ten koncern – znany m.in. z marki Kubuś
–
produkuje Tigera.
– Najpierw pojawiły się produkt i marka.
Michalczewski doszedł dopiero
później. Energetyk Tiger to marka, którą stworzyłem od zera – zżyma się
szef FoodCare.
Spór o prawa do produkcji Tigera trafił do sądu.
Włodarskiemu zakazano produkcji napoju z użyciem wizerunku boksera do
czasu rozstrzygnięcia sporu. – To nie do pomyślenia, by twórca marki nie
mógł jej produkować – ubolewa Włodarski. Ale nie ma tego złego, teraz
jest Black. Nowy napój. – Minęło dopiero 15 miesięcy od jego
wprowadzenia, a już wyprzedził Tigera – chwali się milioner.
Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, który z napojów obecnie jest
liderem rynku. Statystyki pokazują, że napoje idą łeb w łeb, ale
Włodarski przekonuje, że pokazują one nieprawdziwy obraz rynku.
Dlaczego? Pomiędzy Tigerem a Blackiem Włodarski produkował napój o
nazwie Tiger Black. – Wciąż jest w dystrybucji, a statystyki łączą go z
Tigerem, stąd mylne wrażenie, że Tiger sprzedaje się lepiej niż Black –
tłumaczy.
Przy okazji niesnasek z Tigerem Włodarski poróżnił się
również
z dwoma swoimi wieloletnimi menedżerami – Dariuszem Gałęzewskim i
Dominikiem Dolińskim. Odeszli od niego, założyli firmę produkującą napój
izotoniczny Oshee i… zaprosili Michalczewskiego do współpracy.
Zawiedziony Włodarski na odchodnym zadeklarował, że da im dwa koce. –
Żeby się mieli czym okryć, gdy będą spać pod mostem – tłumaczył. Na
razie śpią wygodnie, Oshee radzi sobie nieźle.
No to Frugo i w świat
Włodarski – kopiując pomysł Red Bulla na napój energetyzujący –
udowodnił, że jest kopistą genialnym. Sprzedaż Tigera przebiła sprzedaż
rynkowego pioniera. Z tym samym zadaniem poradził sobie również Black.
To pierwszy taki przypadek na świecie, żeby Red Bull wywiesił białą
flagę przed lokalnym producentem. Teraz Włodarski chce udowodnić, że
umie też ożywiać umarłe marki.
Frugo, rynkowy hit stworzony przez
Alimę
Gerber w 1996 r., popularny wśród nastolatków, dostał się w ręce firmy
Krynica Zdrój. Ta zbankrutowała. Włodarski od razu zaczął się
interesować napojem, był skłonny zapłacić za markę nawet 30 mln zł, ale
ubiegli go szefowie farmaceutycznego Aflofarmu. Okazało się jednak, że
nie mają pomysłu na rewitalizację marki, zaczęli więc szukać nabywcy.
Bez skutku. Dowiedział się o tym Włodarski i kupił Frugo. Już nie za 30
mln zł, ale za… 1 mln euro, czyli niewiele ponad 4 mln zł. Inwestycja
zwróciła mu się już w dwa tygodnie od rozpoczęcia sprzedaży. Częściowo
dlatego, że powrócił do starych sprawdzonych haseł reklamowych haseł,
m.in. „No to Frugo!" – Polacy są sentymentalni! W tym roku
sprzedamy ok.
250 mln butelek Frugo. Ten napój, tak jak Black, ma potencjał globalny.
Sprzedajemy go już w USA, Anglii, Czechach i wielu innych krajach. Marką
Frugo chcemy firmować też lody czy żelki… W całej Europie chcemy też
rozwijać markę Fitella, czyli dietetyczne musli, a wkrótce także mrożone
herbaty. No i oczywiście Gellwe – o planach podboju świata Włodarski
opowiada nam w Krakowie, zaraz przy Rynku Głównym. Na parterze cicha
restauracja, na piętrach butikowy hotel – Pałac Bonerowski. 15
apartamentów. Najdroższe nawet 2,5 tys. zł za noc. Należą do
Włodarskiego. 700-letnią kamienicę kupił i odrestaurował. – Chciałem,
żeby w Krakowie coś po mnie zostało. Włożyłem w to serce i 20 mln zł –
uśmiecha się Włodarski.
Po renowacji kamienica warta jest 20 mln euro.
–
Miałem już potencjalnych nabywców, ale nie sprzedam. Mam pomysł, żeby w
moich ulubionych miejscach w Europie i w Polsce powstały takie hoteliki.
Nad Bałtykiem, ale też na Sardynii czy w Toskanii. Chcę mieć wszędzie
własny kąt, bo w obcych hotelach nocować nie lubię. Będę rozwijał tę
sieć prawdopodobnie pod marką The Bonerowski. Kiedyś siecią zarządzać
będzie młodsza córka, a starsza pokieruje FoodCare– zapowiada Włodarski.
FoodCare, czyli firmą dającą 465 mln zł przychodów (w tym roku mają
wzrosnąć do 650 mln zł) i zatrudniającą 1200 osób. Córka się ucieszy.