Barokowa fasada Bazyliki św. Apolinarego wyrasta
niedaleko rzymskiego
Piazza Navona. W kryptach kościoła spoczywają kości męczenników i
świętych, dostojników Kościoła i uczonych. Wśród nich znalazł się wielki
sarkofag z białego marmuru, a na nim znane większości Włochów nazwisko:
Enrico De Pedis.
Jeden z najokrutniejszych kryminalistów współczesnych
Włoch, szef Bandy z Magliany, specjalizującej się w zabójstwach na
zlecenie, handlu narkotykami, wymuszaniu haraczy, został w 1990 r.
zastrzelony podczas mafijnych porachunków na placu Campo di’ Fiori. Jego
zwłoki przez miesiąc spoczywały na rzymskim cmentarzu Campo Verano, by w
końcu, w najgłębszej tajemnicy, znaleźć się w bazylice. I spoczywałyby
tam spokojnie do dzisiaj,gdyby w 1997 r. komuś nie wypsnęło się zdanie o
tym szczególnym grobie w obecności dociekliwych dziennikarzy telewizji
RAI 3. We Włoszech zawrzało. Kryminalista pochowany w watykańskiej
bazylice?!
Szybko się okazało, że miejsce pochówku zostało
zaakceptowane
m.in. przez rektora kościoła Pietra Vergarę, który niejasno tłumaczył,
że De Pedis „okazał skruchę i zajął się dobroczynnością". Prasa była
jednak przekonana, że dobroczynność polegała zapewne na pokaźnych
donacjach na rzecz Kościoła.
Nie od dziś Banda z Magliany
posądzana jest
o liczne powiązania ze skandalami finansowymi Stolicy Apostolskiej.
Czyżby więc De Pedis został uhonorowany tym szczególnym pochówkiem w
zamian za swoje zasługi? Mnożą się kolejne hipotezy, tym liczniejsze, im
wytrwalej milczy Stolica Apostolska. A że milczy programowo, nazbierało
się trochę niewyjaśnionych wątków.
Wątek pierwszy: pewna nastolatka
22 czerwca 1983 r.
15-letnia Emanuela Orlandi wychodzi z domu na lekcję
muzyki. Mieszka w Watykanie, gdzie jej ojciec jest wysokim urzędnikiem
prefektury w Domu Papieskim. Szczupła, ciemnowłosa, niewysoka, o uroczym
uśmiechu. Już nigdy nie wróci do domu. Jej zniknięcie stanie się jedną z
największych zagadek współczesnych Włoch. Ostatni raz widziano ją w
towarzystwie szczupłego, łysiejącego mężczyzny średniego wzrostu, gdy
wsiadała z nim do bmw.
Portret pamięciowy mężczyzny sporządzony na
podstawie zeznań świadków przypomina... Enrica De Pedisa. Policja jednak
nie podejmuje tropu, twierdząc, że mafioso w tym czasie ukrywał się za
granicą.
Jan Paweł II zwraca się do porywaczy o wypuszczenie
watykańskiej obywatelki. Rodzice obwieszają Rzym plakatami z wizerunkiem
córki. Zaczyna do nich wydzwaniać mężczyzna z angielskim akcentem, obiecując,
że Emanuela zostanie zwolniona w zamian za wypuszczenie z więzienia
Mehmeta Alego Agcy, który dwa lata wcześniej próbował zabić papieża. Na
kilkunastu telefonach jednak kontakt się kończy. Kto dzwonił? Gang
Szarych Wilków, do którego należał Agca? KGB albo Stasi, które podobno
stały za zamachem?
Zdaniem niektórych śledczych portret
psychologiczny
osoby, która wydzwaniała do Orlandich, pasuje do arcybiskupa Paula
Marcinkusa, ówczesnego szefa watykańskiego banku, dla niepoznaki zwanego
Instytutem Dzieł Religijnych.
Zdaniem innych nawet jeśli dzwonił
Marcinkus, nie chodziło wcale o zwolnienie Agcy, lecz o odwrócenie uwagi
policji od istotnego wątku sprawy: watykańskich finansów. Któryś z
niezidentyfikowanych rozmówców doniósł bowiem policji, że Emanuela
została porwana, żeby jej ojciec milczał. Podejrzewano, że trafił na
delikatne dokumenty, które wiązały Instytut Dzieł Religijnych z praniem
pieniędzy mafii, m.in. dla kierowanej przez De Pedisa Bandy z Magliany.
Wątek drugi: wielkie pieniądze
W 1896 r. pewien przewidujący signore założył katolicki bank, który od
patrona Mediolanu, św. Ambrożego, nazwał Banco Ambrosiano. Instytucja
szybko się rozrastała, aż stała się drugim co do wielkości prywatnym
bankiem Italii. Przez lata kandydaci do pracy w tym banku musieli
okazywać świadectwo chrztu.
W 1981 r. wieloletni szef Banco
Ambrosiano,
Roberto Calvi, zostaje znaleziony powieszony pod mostem Blackfriars w
Londynie. W każdej kieszeni ma po jednej cegle. Szybko okazuje się, że
to nie było samobójstwo. Calvi znalazł się w Londynie tydzień wcześniej,
gdy zgoliwszy wąsy i załatwiwszy sobie fałszywy paszport, z pomocą
członków Bandy na styku kościoła i mafii.
Były szef Instytutu Dzieł Religijnych arcybiskup Paul Marcinkus i
„władca Rzymu" Enrico De Pedis z Magliany uciekł z
Włoch w trakcie śledztwa w sprawie malwersacji finansowych Banco
Ambrosiano. Kilka dni po jego śmierci bank ogłasza bankructwo.
Wierzyciele zaczynają domagać się zwrotu pieniędzy, wielu przedstawia
listy gwarancyjne sygnowane przez Watykan. Media szaleją.
Śledztwo
wykazuje, że Instytut Dzieł Religijnych był nie tylko udziałowcem Banco
Ambrosiano, lecz także współpracował z nim przy licznych interesach,
m.in. przy finansowaniu fikcyjnych spółek zarejestrowanych na Panamie.
Arcybiskup Marcinkus, szef Instytutu od 1971 r., deklaruje, że spłaci
część zobowiązań Banco Ambrosiano, pod warunkiem że udział Watykanu w
sprawie nie będzie analizowany. To podwójne zabezpieczenie, bo na mocy
traktatów laterańskich Marcinkus, mieszkający w Watykanie, nie musi
odpowiadać karnie przed włoskimi władzami. I nie odpowiada. Spokojnie
prezesuje Instytutowi aż do 1989 r., kiedy wyjeżdża na emeryturę do
Chicago.
Może i lepiej, że Instytut Dzieł Religijnych zdystansował
się
od sprawy, bo właśnie się okazuje, że Banco Ambrosiano uczestniczył
również w spekulacjach związanych z mafijnymi pieniędzmi, że prowadził
interesy dzięki poparciu potężnej włoskiej loży masońskiej Propaganda
Due, której Calvi był aktywnym członkiem. Co prawda finansował również
zbożne dzieła, np. polską „Solidarność", lecz pieniądze wpływały i
wypływały stamtąd tajnymi kanałami.
Zabójstwa Calviego nie
wyjaśniono do
dziś, tropy prowadzące do mafii i do masonerii okazały się nieprawdziwe.
Wątek trzeci: tajemniczy purpurat
Co jakiś czas jak refren w sprawie De Pedisa powraca
nazwisko
arcybiskupa Marcinkusa. Po raz kolejny pada ono z ust Sabriny Minardi,
wieloletniej kochanki herszta mafii, która zeznaje policji w 2008 r., że
to właśnie na rozkaz Marcinkusa De Pedis porwał Emanuelę. Kobieta, która
jest świadkiem koronnym w tej sprawie, zeznała, że wraz z narzeczonym
przekazali dziewczynę wysokiemu urzędnikowi kościelnemu, który
przyjechał na spotkanie mercedesem z tablicami rejestracyjnymi Watykanu.
Jej zdaniem ów urzędnik podobny był do Marcinkusa. Według Minardi
niedługo potem De Pedis poderżnął Emanueli gardło, zapakował jej ciało
do plastikowego worka i zalał betonem gdzieś w miejscowości Torvaianica.
Zdaniem Minardi właśnie w podziękowaniu za to porwanie i morderstwo De
Pedis został uhonorowany miejscem spoczynku w kościele watykańskim.
Znowu więc stoimy przy tym grobie. Jednak to jeszcze nie koniec.
Wątek czwarty: co kryje się w grobie?
W lipcu 2005 r. ktoś dzwoni do programu „Chi
l’ha visto", odpowiednika
polskiego „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. „Jeśli
chcecie wiedzieć,
co się stało z Emanuelą, zajrzyjcie do grobu De Pedisa” – mówi.
Zaczynają się domysły. Czyżby szczątki porwanej znajdowały się w trumnie
porywacza?
Kościół jest przeciwny otwieraniu grobu. Zmarłych nie
powinno
się niepokoić, zwłaszcza opierając się na anonimowych doniesieniach.
Zaczyna się ogólnowłoska dyskusja, w której musi wypowiedzieć się każdy.
Kościół to przychyla się do pomysłu przenoszenia zwłok Renatina w mniej
prestiżowe miejsce, to się wycofuje.
– Trzeba to wyjaśnić
– stwierdza
papież Benedykt XVI tuż przed Wielkanocą 2012 r. Kilka dni temu jego
wypowiedź tłumaczył dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej,
ksiądz Federico Lombardi: – Jeśli prowadzące dochodzenie organa śledcze
uznają za przydatne lub konieczne złożenie wniosku w Watykanie o
przeprowadzenie nowych przesłuchań, mogą to uczynić w każdej chwili,
spotkają się z odpowiednią współpracą. Zaraz jednak dorzuca: – W
Watykanie nie ma żadnych sekretów do ujawnienia.
Na czym więc
stoimy?
Watykan w porozumieniu z władzami włoskimi twierdzi, że jeśli żadna ze
stron się nie rozmyśli, do końca maja ciało De Pedisa spocznie na
cmentarzu Prima Porta, a zawartość jego grobu zostanie sprawdzona. Co
uda się tam znaleźć?
Dziennikarz Pino Nicotri przekonuje, że
Emanuela
została wykorzystana seksualnie przez wysoko postawioną osobę z
Watykanu, a potem zamordowana. Żeby zatuszować sprawę, Watykan miał
kierować uwagę mediów i śledczych na inne tory. Właśnie te związane z
zamachem na papieża i te dotyczące gangstera De Pedisa.
Włochy
zamarły w
oczekiwaniu.