20-tysięczna publiczność (połowę stanowili polscy kibice),
zgromadzona w hali United Center, miała prawo czuć się
usatysfakcjonowana poziomem konfrontacji Adamka z Briggsem. Obaj
wykazali się niesamowitym hartem, odwagą i nieustępliwością, a
pojedynek kończyli bardzo zmęczeni i porozbijani.
Adamek wykorzystał życiową szansę, mimo że werdykt sędziów
(115:113, 117:113, 114:114) do samego końca był wielką niewiadomą.
Brązowy medalista mistrzostw Europy z 1998 roku zadawał więcej
ciosów, ale nie były one tak efektowne i nie miały takiej siły,
jak te wyprowadzane przez Briggsa.
REKLAMA
Polak starał się realizować założenia trenera Sama Colonny -
boksować na dystans, wykorzystując większy zasiąg ramion, i
wyprowadzać lewe proste. Zbyt często jednak nisko trzymał gardę,
co skrzętnie wykorzystywał Briggs. Wielokrotnie na głowę Polaka
spadły piekielnie mocne uderzenia, po których parę razy się
zachwiał.
Adamek, jak przystało na góralski charakter (mieszka w
Gilowicach niedalko Żywca), przetrzymał chwile słabości. W
trudnych momentach umiejętnie próbował klinczować.
Parę razy Briggs słownie prowokował Polaka, ale ten nie reagował
na zaczepki. W innym przypadku walka mogłaby przerodzić się w
ringową bójkę, do czego dążył Australijczyk i w której
bezwzględnie miałby większe szanse.
Adamek jest kolejnym polskim bokserem, po Dariuszu
Michalczewskim, który zdobył tytuł w kategorii półciężkiej.
Zawiódł Gołota, który w walce o tytuł WBO przegrał w
kompromitujący sposób z Brewsterem. W ciągu 53 sekund zawodnik
pochodzący z Warszawy aż trzykrotnie, po lewych sierpowych,
lądował na "deskach".
Przegrana z Brewsterem oznacza koniec sportowej przygody 37-
letniego Gołoty. Cztery razy boksował o pas MŚ, za każdym razem
bezskutecznie. Kolejnej szansy od swego promotora Dona Kinga już
nie otrzyma.
ks, pap