Wizy dla nas Rosjan to olbrzymi problem. W naszej polityce zagranicznej ma zadziwiająco niski priorytet. Choć prezydent Putin i minister Iwanow są mile widziani i często podejmowani na salonach całego świata - pełną swobodę poruszania tak naprawdę ma mała garstka Rosjan, a nasze paszporty zamiast otwierać - zamykają drzwi.
Tak było 20 lat temu, tak jest i dziś. Jeśli coś się zmieniło, to na gorsze: teraz bowiem bez wizy możemy "ot, tak sobie pojechać" nawet do Wilna czy Rygi.
Dla większości Rosjan obowiązek wizowy to olbrzymia dolegliwość. Oczywiście, mieszkaniec Moskwy czy Petersburga może pójść do konsulatu w przerwie obiadowej, ale co ma zrobić mieszkaniec Omska, który do Moskwy ma mniej więcej tyle samo co do Pekinu? Każdy rozsądny człowiek dziesięć razy się zastanowi czy warto kupować bilet i lecieć do stolicy, stać w kolejkach, płacić za przyjęcie wniosku który przecież może zostać odrzucony i to bez podania powodu. Każda prywatna wyprawa za granicę z powodu wiz kosztuje więcej. Bo nawet jeśli wizę można załatwić przez biuro podróży - pobiera ono prowizję. Zarabiają więc prawie wszyscy - biura podróży, państwo wydające wizę, państwo rosyjskie pobierające podatki od pośredników.
I chyba dlatego cały ten cyrk z wizami jest dalej utrzymywany. Bo nie po to, aby ograniczyć liczbę Rosjan pracujących na czarno w Europie, czy walczyć z międzynarodową przestępczością. Przestępcy, przemytnicy i ludzie zdeterminowani do pracy "na czarno" z problemem wiz doskonale sobie poradzą. Stracą natomiast zwykli Rosjanie.
Ale nie tylko. W tym roku Zakopane cieszyło się z dużej liczby rosyjskich turystów. W przyszłym - tegoroczni fani Zakopanego wybiorą jakiś rosyjski kurort lub Słowację (tam wiz nie trzeba), albo - Austrię, Szwajcarię, Włochy. Bo skoro i tak trzeba poświęcić czas i pieniądze na wizę, to czemu akurat polską?
Siergiej Greczuszkin
Tak było 20 lat temu, tak jest i dziś. Jeśli coś się zmieniło, to na gorsze: teraz bowiem bez wizy możemy "ot, tak sobie pojechać" nawet do Wilna czy Rygi.
Dla większości Rosjan obowiązek wizowy to olbrzymia dolegliwość. Oczywiście, mieszkaniec Moskwy czy Petersburga może pójść do konsulatu w przerwie obiadowej, ale co ma zrobić mieszkaniec Omska, który do Moskwy ma mniej więcej tyle samo co do Pekinu? Każdy rozsądny człowiek dziesięć razy się zastanowi czy warto kupować bilet i lecieć do stolicy, stać w kolejkach, płacić za przyjęcie wniosku który przecież może zostać odrzucony i to bez podania powodu. Każda prywatna wyprawa za granicę z powodu wiz kosztuje więcej. Bo nawet jeśli wizę można załatwić przez biuro podróży - pobiera ono prowizję. Zarabiają więc prawie wszyscy - biura podróży, państwo wydające wizę, państwo rosyjskie pobierające podatki od pośredników.
I chyba dlatego cały ten cyrk z wizami jest dalej utrzymywany. Bo nie po to, aby ograniczyć liczbę Rosjan pracujących na czarno w Europie, czy walczyć z międzynarodową przestępczością. Przestępcy, przemytnicy i ludzie zdeterminowani do pracy "na czarno" z problemem wiz doskonale sobie poradzą. Stracą natomiast zwykli Rosjanie.
Ale nie tylko. W tym roku Zakopane cieszyło się z dużej liczby rosyjskich turystów. W przyszłym - tegoroczni fani Zakopanego wybiorą jakiś rosyjski kurort lub Słowację (tam wiz nie trzeba), albo - Austrię, Szwajcarię, Włochy. Bo skoro i tak trzeba poświęcić czas i pieniądze na wizę, to czemu akurat polską?
Siergiej Greczuszkin