Dlaczego prezydent Bush - nie zważając na pomruki niezadowolenia europejskich sojuszników - uparcie mówi o "osi zła" i ostrzega Irak, Iran i Koreę Północną przed rozwijaniem broni masowej zagłady i popieraniem terrorystów?
Nie sądzi chyba, że pod wpływem jego gróźb Phenian pieniądze wydawane na program badań nad budową broni jądrowej przeznaczy na dożywianie głodujących dzieci. Nie spodziewa się pewnie też, że reżim ajatollahów w panice wypędzi z Iranu wszystkich islamistów i poda się do rytualnej dymisji. Wydaje się wielce prawdopodobne, że nie liczy także na to, że pod wpływem jego słów Saddam Husajn ogłosi demokratyczne wybory i zdradzi, gdzie ukrywa się Osama.
Bush nie chciał też w ten sposób przekonać Europejczyków o potrzebie ostatecznego rozprawienia się z państwami hultajskimi. Zresztą Stany Zjednoczone nie potrzebują już Europy do realizacji swoich celów geostrategicznych. W trakcie ostatniego przemówienia prezydenta o stanie narodu ani razu nie padł wyraz Europa czy NATO. Amerykańskie wydatki na obronność przekraczają fundusze obronne piętnastu kolejnych państw razem wziętych - i ciągle rosną.
Mówiąc o potrzebie walki z "osią zła", Bush kierował swe słowa do swoich rodaków. Amerykańska polityka zagraniczna od początków istnienia USA oscyluje między izolacjonizmem a zaangażowaniem (imperializmem - jak mówią złośliwi). Jeszcze przed rokiem prezydent Bush zdecydowanie skłaniał się ku tej pierwszej strategii. Wydarzenia z 11. września i ich następstwa sprawiły, że konieczna stała się gruntowna przebudowa doktryny. Podkreślając znaczenie przeciwstawienia się "osi zła", prezydent zdradza Amerykanom, jakie są jego priorytety, wyraża przekonanie, że o bezpieczeństwo amerykańskich miast walczyć trzeba daleko od Ameryki.
Z różnych źródeł wynika, że atak na Irak (o ile w ogóle dojdzie do skutku) by był skuteczny powinien rozpocząć się w maju.
Tomasz Wojciechowski
Nie sądzi chyba, że pod wpływem jego gróźb Phenian pieniądze wydawane na program badań nad budową broni jądrowej przeznaczy na dożywianie głodujących dzieci. Nie spodziewa się pewnie też, że reżim ajatollahów w panice wypędzi z Iranu wszystkich islamistów i poda się do rytualnej dymisji. Wydaje się wielce prawdopodobne, że nie liczy także na to, że pod wpływem jego słów Saddam Husajn ogłosi demokratyczne wybory i zdradzi, gdzie ukrywa się Osama.
Bush nie chciał też w ten sposób przekonać Europejczyków o potrzebie ostatecznego rozprawienia się z państwami hultajskimi. Zresztą Stany Zjednoczone nie potrzebują już Europy do realizacji swoich celów geostrategicznych. W trakcie ostatniego przemówienia prezydenta o stanie narodu ani razu nie padł wyraz Europa czy NATO. Amerykańskie wydatki na obronność przekraczają fundusze obronne piętnastu kolejnych państw razem wziętych - i ciągle rosną.
Mówiąc o potrzebie walki z "osią zła", Bush kierował swe słowa do swoich rodaków. Amerykańska polityka zagraniczna od początków istnienia USA oscyluje między izolacjonizmem a zaangażowaniem (imperializmem - jak mówią złośliwi). Jeszcze przed rokiem prezydent Bush zdecydowanie skłaniał się ku tej pierwszej strategii. Wydarzenia z 11. września i ich następstwa sprawiły, że konieczna stała się gruntowna przebudowa doktryny. Podkreślając znaczenie przeciwstawienia się "osi zła", prezydent zdradza Amerykanom, jakie są jego priorytety, wyraża przekonanie, że o bezpieczeństwo amerykańskich miast walczyć trzeba daleko od Ameryki.
Z różnych źródeł wynika, że atak na Irak (o ile w ogóle dojdzie do skutku) by był skuteczny powinien rozpocząć się w maju.
Tomasz Wojciechowski