Szczyt zysków?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przy okazji warszawskiego szczytu gospodarczego zapomniano o tym, co dzięki temu Polska może zyskać. O organizację takich imprez zwykle zabiega wiele miast. To jest jak z igrzyskami olimpijskimi - każdy wystawia ofertę i stara się lobbować na rzecz własnego miasta.
Warszawę ogarnęła psychoza! Do stolicy zjechało już 20 tys dodatkowych policjantów, zamknięto już "szczytowe" strefy, wiele instytucji stawia ogrodzenia, witryny sklepowe zabijane są dyktą, a przed większymi biurowcami ustawia się metalowe barykady i rozwiesza specjalne siatki mające tłumić lecące w ich stronę kamienie. Miasto szykuje się na wojnę. Przeciwnik jest bowiem "trudny, przebiegły i doświadczony w ulicznych bojach".

W stołecznych mediach też nieciekawie - garstka antyglobalistów i alterglobalistów zapełnia całe kolumny. Powstają dramatyczne stories o "ruchu buntowników" - ten walczył w Seattle, tamten w Pradze, a jeszcze ktoś siedział w suce podczas rozruchów w Porto Alegre.

Ale dzięki szczytowi można też zarobić. Dziś bowiem o poziomie późniejszych inwestycji nie decydują wirtualne korzyści, tylko warunki do prowadzenia interesów. Nikt nie będzie inwestował dużych pieniędzy w miejscach, gdzie nie ma zaufania do władz. Stąd wizerunek kraju jest rzeczą kluczową. Duże spotkania, a europejski szczyt jest przede wszystkim spotkaniem gospodarczym, pomagają budować pozytywny wizerunek kraju. Przyjazd ponad tysiąca osobistości - łącznie z dziennikarzami - to jeden z elementów nakręcania koniunktury gospodarczej. Sam szczyt będzie się składał z kilkudziesięciu imprez różnego rodzaju i w wielu z nich będą elementy promocji Polski. Będzie okazja do przedstawienia polskiej tematyki podczas sesji, które poprowadzą przedstawiciele naszego kraju. Gdybyśmy chcieli wykupić w mediach reklamy w miejsca relacji ze szczytu, to kosztowało by to dużo więcej niż 25 mln wydanych na organizację imprezy.

Grzegorz Sadowski