Przekręcone, pominięte, przemilczane

Przekręcone, pominięte, przemilczane

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wątpliwości na temat tego, co tak naprawdę powiedział Barack Obama w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, wywołały w Polsce prawdziwą burzę. I słusznie, bo od tego typu nieporozumień zaczęła się niejedna wojna.

Błędy w przekładach są tak stare jak kontakty ludzi należących do różnych kultur. Jeden z najstarszych, jaki znamy, dotyczy Biblii. Popełnił go Święty Hieronim, uważany za patrona tłumaczy. Na przełomie IV i V w. naszej ery, gdy Cesarstwo Rzymskie miało się jeszcze jako tako, Hieronim, znawca greki i hebrajskiego, zaczął tłumaczyć Biblię na łacinę. Chodziło o to, żeby uporządkować Słowo Boże, krążące dotąd w rozmaitych wersjach i przekładach z greki, nie zaś z hebrajskiego oryginału, co sprzyjało tworzeniu przekłamań i herezji. Wersja Hieronima, nazwana Wulgatą, a więc przekładem popularnym, obowiązywała w chrześcijaństwie przez następne tysiąc lat, mimo że nie była wolna od błędów. Za najpoważniejszy błąd uważa się przekład hebrajskiego słowa „krn”. Pomyłka Hieronima jest o tyle usprawiedliwiona, że w hebrajskim nie ma samogłosek, co oznacza, że słowo zapisane jako „krn” można przetłumaczyć zarówno jako karan (rogaty), jak i keren (promieniejący). Byłby to drobiazg, gdyby nie dotyczył opisu twarzy Mojżesza po otrzymaniu dziesięciorga przykazań. Pomyłka stała się potem pretekstem do przedstawiania Mojżesza z rogami na głowie, zamiast z promieniejącą twarzą, co z kolei miało się stać jednym ze źródeł średniowiecznego antysemityzmu. No, a potem było różnie: tragicznie i zabawnie – na skutek pomyłek tłumaczy ginęły tysiące ludzi, ale też – w szczęśliwszych przypadkach – tłumy miały powody do żartów.

Kanały na Marsie

W 1877 r. cały świat ogarnęła marsjańska gorączka. Włoski astronom Giovanni Schiaparelli ogłosił bowiem odkrycie na Marsie sieci kanałów będących wytworem zaawansowanej sztuki inżynieryjnej. Tak naprawdę teoria o ich sztucznym pochodzeniu wzięła się z nieprecyzyjnego tłumaczenia opisu jego obserwacji z włoskiego na angielski. Tam, gdzie mediolański astronom pisał po włosku o „canali”, jego tłumacze zamiast słowa „channel” oznaczającego kanał w znaczeniu geograficznym, jak kanał La Manche, użyli słowa „canal”, będącego terminem technicznym. W następnych latach rzesze astronomów zajęły się tworzeniem map sieci sztucznych kanałów irygacyjnych na Marsie i snuciem rozważań na temat marsjańskiej cywilizacji. Po latach amerykańska NASA zdemaskowała pomyłkę jako złudzenie optyczne, błędnie interpretujące efekty naturalnej erozji gleby. Po marsjańskiej gorączce z tamtych czasów została nam za to genialna powieść „Wojna światów” Herberta George’a Wellsa.

Jedno słowo i Hiroszima

W lipcu 1945 r. zwycięscy alianci wydali deklarację poczdamską, wzywającą Japonię do bezwarunkowej kapitulacji pod groźbą nieuchronnego zniszczenia. Hitler nie żył od dwóch miesięcy, a III Rzesza, główny sojusznik Cesarstwa Wielkiej Japonii, była kupą gruzów okupowanych przez Amerykanów i Sowietów. USA wypierały Japończyków z kolejnych regionów Pacyfiku, przygotowując się do inwazji na Wyspy Japońskie. Do wojny z Japonią gotowa była także Rosja, przerzucając dywizje z Europy na Daleki Wschód. Na wieść o ogłoszeniu ultimatum przez USA premier Japonii zareagował tak, jak zazwyczaj reagują politycy pod presją, gdy nie wiedzą, co powiedzieć. Kantarō Suzuki powiedział: „mokusatsu”.

W zapisie słowo to składa się z dwóch znaków: „moku” oznacza ciszę, a „satsu” – zabić. Zachodnie media szybko uznały więc, że premier Suzuki uważa ultimatum za niewarte odpowiedzi, podczas gdy w rzeczywistości premier użył tego zwrotu w znaczeniu „bez komentarza”. Rząd cesarski dopiero zastanawiał się wtedy nad reakcją na żądania aliantów. Jednak mleko się wylało. Dziesięć dni później Amerykanie zrzucili bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki, skutecznie zmiękczając niechęć do oferty poddania się bez walki.

Chruszczow grzebie Zachód

Przemówienie, w którym sowiecki przywódca obiecał, że pogrzebie kapitalizm, wygłoszone zostało w 1956 r. w ambasadzie PRL w Moskwie. Wiktor Suchodriew, tłumacz genseka, zdecydował się wzmocnić nieco w tłumaczeniu rosyjski zwrot „my was pochoronim”, którego znaczenie sprowadza się do „będziemy obecni na waszym pogrzebie”, czyli po prostu „przeżyjemy was”, tworząc jedno z najmocniejszych stwierdzeń zimnej wojny. W tamtych czasach widmo nuklearnej zagłady, pogrzebania Zachodu pod gruzami miast zniszczonych w atomowym uderzeniu było na tyle realne, że nikt nie zawracał sobie głowy lingwistycznymi subtelnościami. Stało się jasne, że Związek Radziecki nie zmienił się wraz ze śmiercią Stalina i że Chruszczow, mimo oznak liberalizowania życia za żelazną kurtyną, nie będzie dla Zachodu łatwym graczem. Zresztą sam Chruszczow był bardzo zadowolony z zamieszania, jakie wywołała nieprecyzyjna interpretacja jego wypowiedzi. Poprawił ją dopiero siedem lat później podczas wystąpienia w Jugosławii.

Pretekst do wojny, którego nie było

Dwa incydenty zbrojne w Zatoce Tonkińskiej, gdzie północnowietnamskie jednostki zaatakowały okręty US Navy, stały się pretekstem do eskalacji wojny wietnamskiej i amerykańskiej interwencji na pełną skalę. Po latach jednak ówczesny szef Pentagonu Robert McNamara przyznał, że incydent był tylko jeden. Jego efektem była jedna dziura po kuli karabinu maszynowego, która utkwiła w burcie niszczyciela USS Maddox. Drugi atak okazał się wymysłem amerykańskich tłumaczy, którzy przez pomyłkę przekręcili podsłuchane meldunki wroga. Na kolejnych szczeblach dowodzenia nikt nie wyprostował błędu, przeciwnie, starano się ukryć tę wpadkę, przekazując sprawę dalej. W efekcie na zasadzie zabawy w głuchy telefon do Waszyngtonu dotarły meldunki o dwóch atakach na jednostki amerykańskie. Jeden można było uznać za przypadkowy incydent. Dwa to już był powód do mocnego zaangażowania militarnego, który prezydent Lyndon Johnson skrzętnie zresztą wykorzystał. Tłumacze popełnili błąd, który kosztował życie 1,3 mln ludzi i na zawsze zmienił samą Amerykę.

Mędrzec Zhou Enlai

Spośród wielu anegdot dotyczących historycznej wizyty prezydenta Richarda Nixona w Chinach w 1972 r. najzabawniejsza wydaje się ta dotycząca chińskiego premiera Zhou Enlaia. Uważany za subtelnego intelektualistę i przeciwnika politycznego Mao Tse-tunga premier, zapytany o ocenę rewolucji francuskiej, odpowiedział: „Za wcześnie jeszcze, żeby coś powiedzieć”. Taka deklaracja w stosunku do wydarzeń sprzed prawie 200 lat poczytana została za wyraz wyjątkowej roztropności i przenikliwości starego chińskiego komunisty. Ugruntowała także wizerunek chińskiego przywództwa jako zbiorowości ludzi myślących długofalowo, a nie tylko perspektywą cyklów wyborczych rządzących zachodnią demokracją.

W rzeczywistości Zhou, choć rzeczywiście wyróżniający się swoim gruntownym, odebranym na Zachodzie wykształceniem, nie był wcale tak błyskotliwy. Odpowiedź dotyczyła bowiem nie rewolucji francuskiej, tylko paryskiej rewolty studenckiej z maja 1968 r. W 1972 r. jej efekty rzeczywiście nie były jeszcze tak oczywiste jak obecnie.

Carter i jego pożądanie

W 1977 r. do Polski przyjeżdża prezydent USA Jimmy Carter. Historyczną wizytę epoki odprężenia w stosunkach USA z blokiem sowieckim trudno nazwać udaną, mimo że ówczesny doradca prezydenta Zbigniew Brzeziński bardzo się napracował nad nadaniem jej wyjątkowego wymiaru. Wszystko rozbiło się o Stevena Seymoura, oddelegowanego przez Departament Stanu do tłumaczenia wystąpień prezydenta. Seymour urodził się w Rosji i był cenionym tłumaczem poezji rosyjskiej, polskiej, a także francuskiej. Jego przekonanie o bliskości języków polskiego i rosyjskiego oraz biegłość w posługiwaniu się językiem XIX- -wiecznych poetów stały się powodem dyplomatycznej katastrofy. Gdy Carter mówił „wyleciałem z USA dziś rano”, Seymour przetłumaczył to jako „porzuciłem USA dziś rano”. PRL-owscy aparatczycy najpierw chichotali, ale potem zaczęli łapać się za głowy. Carter stwierdził bowiem, że jest gotów zapoznać się z pragnieniami Polaków dotyczącymi przyszłości, ale po polsku brzmiało to jako „pożądam Polaków”. Wizyta Cartera przeszła więc do historii, ale nie jako dyplomatyczny sukces, lecz źródło kpin mediów po obu stronach żelaznej kurtyny. Steven Seymour został pod koniec pobytu prezydenta USA w Polsce odsunięty od tłumaczenia, a po powrocie do USA zajął się tym, na czym znał się najlepiej, czyli przekładami rosyjskiej poezji, głównie swojej żony Wiery Pawłowej.

Wymazywanie Izraela

Jest rok 2006. Znany z wojowniczego nastawienia prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad wzywa do wymazania Izraela z mapy. Nie jest to groźba nowa, bo od czasu zwycięstwa rewolucji islamskiej w Iranie kraj ten uważa Izrael za największego obok USA wroga. Jednak słowa Ahmadineżada nabierają nowego znaczenia jako groźba realna, a nie tylko zwrot retoryczny. Iran intensywnie pracuje w tamtym czasie nad stworzeniem własnej broni atomowej, która byłaby przeciwwagą dla potencjału atomowego Izraela. Biuro prezydenta Ahmadineżada protestuje przeciwko cytatowi, twierdząc, że wypowiedź została zniekształcona w tłumaczeniu z perskiego. Irański przywódca miał mówić o „reżimie okupującym Jerozolimę, który powinien zniknąć z kart historii”, a to już był zupełnie inny kaliber wypowiedzi. Nikogo to tłumaczenie nie przekonało. Słowa o wymazywaniu Izraela z mapy wywołały międzynarodową burzę, której efektem było zaostrzenie sankcji gospodarczych wobec Iranu. Ich skutkiem były polityczny upadek Ahmadineżada i zwycięstwo irańskich reformatorów, którzy w zamian za zniesienie sankcji zrezygnowali z budowy własnej bomby atomowej. Groźba, która wyrosła z przekręconych słów prezydenta, stała się w ten sposób niemożliwa do realizacji.

Chińczycy poprawili Obamę

Inauguracyjne wystąpienie nowego prezydenta USA Baracka Obamy zostało w 2009 r. ocenzurowane przez Chińczyków. Kontrolowane ściśle przez partię media transmitowały jego wystąpienie na żywo. Jednak w momencie, gdy prezydent USA zaczął mówić o przezwyciężaniu totalitaryzmu faszystowskiego i komunistycznego, stacja rządowa CCTV najpierw pospiesznie wyciszyła tłumacza symultanicznego, a potem wyłączyła transmisję, przenosząc program do studia, gdzie wyraźnie zaskoczona prezenterka próbowała zapełnić czas pytaniami zadawanymi równie zaskoczonym komentatorom. Wzmianki o komunizmie wycięto także z tłumaczeń dostępnych w języku chińskim. Oryginalne słowa Obamy zachowano tylko na anglo­języcznych stronach internetowych chińskich mediów. Te jednak docierają do znikomej części społeczeństwa. W ten sposób zakończył się nieudany eksperyment z wejściem Chin w światowy obieg wolnych mediów na świecie.

Tłumaczka, pierwsza po Bogu

Na koniec choć jeden na pozór krzepiący przykład. Chodzi o La Malinche, indiańską tłumaczkę i nałożnicę hiszpańskiego konkwistadora Hernána Cortésa. Dziewczyna, która urodziła Cortésowi syna, znała języki Majów, Azteków i bardzo szybko nauczyła się hiszpańskiego. – Zaraz po Bogu Marina była główną sprawczynią tego sukcesu – powiedział Cortés, używając chrześcijańskiego imienia Indianki. Dla niego osobiście i dla korony hiszpańskiej podbój Meksyku był gigantycznym osiągnięciem, które na wiele stuleci zapewniło pomyślność gospodarczą i polityczną Hiszpanii. Jednak nie da się ukryć, że z punktu widzenia Azteków tłumaczka Cortésa wykonała prawdziwie krecią robotę.

Okładka tygodnika WPROST: 29/2016
Więcej możesz przeczytać w 29/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0