Bywamy głupi

Bywamy głupi

Daniel Olbrychski (fot. MAREK HANYZEWSKI / newspix.pl) / Źródło: Newspix.pl
Tylko wspólny, zdecydowany, ale rozważny protest większości z nas może pomóc zatrzymać bezprawie i psucie demokracji – mówi Daniel Olbrychski, aktor.

Popiera pan ostatnie demonstracje przeciwko planowanym przez PiS zmianom w składzie Sądu Najwyższego?

Nie można ich nie popierać. To podstawowy obywatelski obowiązek każdego przyzwoitego Polaka.

Trzeba manifestować?

Uważam, że dziś manifestacja niezgody społecznej na sposób uprawiania polityki przez rządzących jest niezwykle ważna. To dobrze o nas świadczy. Ten proces się zaczął jeszcze podczas obrony trybunału i fantastycznie, że trwa. Trzeba protestować. Szkodnikom należy się kara.

Ale w międzyczasie skompromitował się KOD, na którego marsze pan chodził.

Nie ma większego znaczenia, czy to się będzie nazywać KOD, czy jakoś inaczej. Ważne, że ludzie się zbierają, bo chcą być razem przeciwko rządom, które niszczą kraj.

Duża część społeczeństwa myśli inaczej. Polacy są podzieleni.

Zawsze byli. Nie trzeba daleko szukać, nasza epopeja narodowa „Pan Tadeusz” to nie jest przecież laurka na cześć społeczeństwa. Przecież ci Horeszkowie, Soplicowie urządzają sobie takie piekło, że Matko Boska. Najmądrzej komentuje to Maciek Dobrzyński: „A głupi, wy głupi…!”.

Jesteśmy głupi?

Czasem bywamy. Odpowiem Norwidem: „Jesteśmy wielkim narodem, ale żadnym społeczeństwem”.

Dziś też?

Nie jestem specjalistą od tych spraw, ale jako artysta widzę, jak ludzie odbierają wielką literaturę. I wiem jedno: kiedy cytuję ludziom Norwida, kiwają ze zrozumieniem głowami. Bo chociaż – parafrazując Mickiewicza – bywamy głupi, to potrafimy się też przebudzić. Czytałem ostatnio książkę o stosunkach polsko-rosyjskich. Historyk, Rosjanin, bijąc się w piersi, przekonywał, że powodem konfliktów w Polsce była od stuleci polityka rosyjska. Tuż przed upadkiem niepodległej Polski ambasadorowie carycy Katarzyny stawali na głowie, żeby Polacy byli skłóceni.

Dziś też kłócimy się przez Rosjan?

Obawiam się, że ambasadorowie Kremla mogą dziś spać spokojnie i wydawać bankiety, bo sami Polacy robią wszystko za nich. Ta Polska, której nie lubią, Polska proeuropejska, która urwała się z łańcucha demoludów, była dla Rosji problemem. Natomiast dzisiejsza Polska, skłócona wewnętrznie i skonfliktowana ze światem, to dla nich zdecydowanie dobra wiadomość.

Jak temu zaradzić?

Musimy zawrócić z tej drogi. Ale dopóki mamy demokrację, nie chciałbym, żeby to ulica i wyrywane z bruku kamienie decydowały o tym, jak będzie wyglądał nasz kraj. PiS wygrał wybory i w tej chwili może tylko zapracować na to, że przegra następne.

Myśli pan, że przegra?

Nie mam takiej pewności. Mówię to ze smutkiem, bo nie jestem zwolennikiem partii, która jest u władzy. Uważam ich za szkodników, nie tylko Jarosława Kaczyńskiego czy Antoniego Macierewicza, ale też na przykład Piotra Glińskiego, który jest najgorszym ministrem kultury z czasów mojego, długiego już przecież życia.

Nie przesadza pan? Gliński gorszy niż ministrowie w PRL?

Gorszy. Ministrowie z czasów komuny potrafili stawać w obronie artystów. To, że filmy takie jak „Człowiek z żelaza” czy „Człowiek z marmuru” mogły powstać w tamtym systemie, to w znacznej mierze zasługa takich ludzi, jak minister kultury Józef Tejchma. A teraz wicepremier Gliński jest przeciwko artystom. Cóż, jak śpiewał Wojciech Młynarski, „róbmy swoje”.

Jest grupa artystów, którym dobra zmiana się podoba.

Bardzo nieliczna. Wśród tych, których znam i cenię, właściwie nie ma takich, którzy popieraliby PiS. Może poza Anią Chodakowską...

Z którą się pan pokłócił o politykę i zrezygnował z grania wspólnego spektaklu. To nie przesada?

Bardzo trudno jest robić próby do dwuosobowej sztuki i nie pogadać o tym, co się dzieje w kraju. Kilka razy między nami zawrzało, reżyser usiłował jakoś to ratować, manewrować, ale ja coraz bardziej czułem, że nie dam rady. Nie widziałem światełka w tunelu i uznałem, że trzeba zrezygnować.

Jeśli chodzi o przyszłość kraju, jest pan optymistą czy pesymistą?

Jestem spokojnym realistą. Chciałbym wierzyć, że tego skoku cywilizacyjnego, którego dokonała Polska w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, nie da się już zatrzymać ani cofnąć, że są to zmiany nieodwracalne. Chociaż to, co robią od dwóch lat rządzący, nie tylko mnie napawa zgrozą. Ale pisowski elektorat wydaje się być poczynaniami rządu zachwycony, więc być może ta część społeczeństwa zasługuje na kompletną izolację Polski w Europie i na świecie, tak, jak znaczna część społeczeństwa XVIII-wiecznej Polski zasługiwała na rozbiory. Wtedy nawet Kościuszko i powstanie nie pomogły. Zgadzam się z profesorami takimi jak Samsonowicz czy Tazbir, że to, co się w Polsce wydarzyło po 1989 r., nie ma w naszej historii precedensu. Można to ewentualnie porównać z czasami Kazimierza Wielkiego. W obliczu tego, co osiągnęliśmy, nie wolno nam lekceważyć niczego, co psuje osiągnięcia ostatnich dziesięcioleci. Ciągle wierzę, że pomóc zatrzymać bezprawie i psucie demokracji może tylko wspólny, zdecydowany, rozważny protest większości z nas. Ale niezależnie od tego, co się dzieje teraz, uważam siebie za niebywałego szczęściarza. Doczekałem końca komunizmu, choć nie wierzyłem, że to się uda. I to bez jednego wystrzału!

Czyli zachowuje pan spokój?

Próbuję. Choć uważam, że to nie jest czas na przeczekanie czy bezczynność. Wiele lat pracowałem i mieszkałem we Francji. W latach 80. tamtejszy minister kultury Jack Lang proponował mi nawet przyjęcie francuskiego obywatelstwa jako drugiego. W pierwszej chwili pomyślałem, że to dobry pomysł, wiele by mi to ułatwiło, bo Polacy wtedy potrzebowali wszędzie wiz. Ale potem zrezygnowałem. Powiedziałem: „Jack, my w tej chwili jesteśmy w innych sojuszach militarnych. Może się zdarzyć, że wybuchnie wojna NATO z Układem Warszawskim i wtedy ja, będąc Polakiem i Francuzem jednocześnie, nie wiedziałbym, jaki mundur zakładać rano”. Przyjął to z uśmiechem, spytał tylko, czy tę odpowiedź może powtórzyć prezydentowi Franćois Mitterrandowi. Wiele osób mi się wtedy dziwiło. Ale minęło kilka lat i dotrwałem do czasów, kiedy z polskim paszportem czy dowodem osobistym mogę podróżować swobodnie po całej Europie.

To może opozycja przesadza w straszeniu PiS-em?

Nie przesadza. PiS sam codziennie pracuje w pocie czoła na jak najgorszą opinię. Ja zdecydowanie wolałbym mieć inteligentniejszego ministra kultury, mądrego ministra spraw zagranicznych czy skutecznego i logicznie myślącego szefa MSWiA. Jednak suweren wybrał inaczej. Nie ma co panikować, trzeba po prostu zrobić wszystko, żeby w następnych wyborach naprawił swój błąd.

Musiałby mieć jakąś dobrą alternatywę. Tymczasem opozycja nie może wyjść z kryzysu.

Niewątpliwie Platforma, której byłem zawsze zwolennikiem, nie ma dziś tak wyrazistego przywódcy, jakim był Donald Tusk.

Nie tylko Platforma. Cała opozycja nie ma przywódców.

Kilka osób rozsądnych jednak jest. Charyzmatyczną i silną postacią jest na pewno Władek Frasyniuk, myślę, że on mógłby stanąć na czele jakiegoś mądrego ruchu. Fantastyczną robotę robi Robert Biedroń. Bardzo też lubię Rafała Trzaskowskiego, który jest synem moich przyjaciół. Przyglądam mu się z dużą sympatią, z przyjemnością słucham, gdy zabiera głos, i bardzo mu kibicuję.

Zagłosowałby pan na niego w wyborach na prezydenta Warszawy?

Nie wiem, czy on będzie chciał kandydować. Oczywiście, najlepsza byłaby Hanna Gronkiewicz-Waltz, ale jeśli ona nie będzie chciała, to Rafał Trzaskowski byłby godnym następcą...

Naprawdę, ciągle popiera pan Hannę Gronkiewicz-Waltz? Po aferze reprywatyzacyjnej?

Ależ ona była wspaniałą prezydent stolicy!

Jest pan chyba ostatnim człowiekiem, który tak uważa…

Jestem pewien, że nie. Przecież w ciągu tych kilku kadencji stolica rozkwitła! Każdemu można coś wytknąć, na każdego znaleźć jakieś haki, ale ona była przez lata fantastycznym prezydentem i to jest najważniejsze.

Przez lata ciepło mówił pan też o lewicy.

Zawsze uważałem, że lewica jest niezbędna. Darzę sympatią Leszka Millera, uważam, że Włodzimierz Cimoszewicz to nadzwyczajny człowiek. Szkoda, że ograniczył się do roli komentatora. Lewicowe poglądy ma też Andrzej Celiński, którego niezwykle szanuję. Bardzo lubię Jerzego Wenderlicha, cenię Ryszarda Kalisza. Problem w tym, że oni jako formacja się rozpierzchli. Boleję nad tym, że nie ma ich w parlamencie. Muszą się pozbierać.

Dadzą radę?

Muszą! Przecież poza parlamentem wylądowali na własne życzenie, a nawet żądanie. Tuż przed wyborami byłem na spotkaniu w gabinecie marszałka Wenderlicha…

Co pan tam robił?!

To były konsultacje wicemarszałka Sejmu ze środowiskiem artystycznym. Tłumaczyliśmy pani Barbarze Nowackiej, żeby w swoich kolejnych wystąpieniach próbowała jeszcze inteligencją i spokojem zyskać nowych zwolenników. Nie chciała słuchać. Była pewna wygranej i wyraźnie zlekceważyła radę, żeby nie dzielić skóry na niedźwiedziu. Uważała, że wynik dwucyfrowy jest pewny. Nie miała racji. Pycha, pycha… O kryzysie tej formacji świadczył już zresztą Kongres Lewicy w roku 2013.

Był pan tam gościem honorowym.

Miałem być i nawet przyjechałem na Stadion Narodowy, gdzie spotkanie miało miejsce. Po kilkudziesięciu minutach pozowania do zdjęć z lekko wczorajszymi uczestnikami kongresu po prostu stamtąd uciekłem. Zadzwoniłem do Millera i przeprosiłem: „Leszku, sorry, ale uciekam od tej twojej czeredy!”. Później nawet mi się go zrobiło żal. Pomyślałem: „on to ma dopiero orkę na ugorze!”.

A może na lewicę w Polsce nie ma już miejsca? Wśród młodzieży coraz częściej odzywają się tendencje nacjonalistyczne.

Widocznie spotykam inną młodzież, bo ta, którą znam, ma dobrze poukładane w głowach. Ale, oczywiście, pewnych rzeczy nie doceniają, bo urodzili się już w normalnej Polsce. Kilkanaście lat temu na dzień dziecka zabrałem swoje wnuki na zakupy do Galerii Mokotów, żeby sobie coś wybrali na prezent. Nie potrafili! Powiedzieli, że niczego nie ma. Zdziwiłem się: „Rany Boskie, czy wyście zwariowali? Przecież tu wszystko jest! Za moich czasów w sklepach na półkach był tylko ocet!”. W odpowiedzi usłyszałem: „Dziadek, co ty? W całej Galerii Mokotów tylko ocet?!”.

Wróćmy do spraw artystycznych. Podoba się panu bojkot festiwalu w Opolu?

Piosenkarze to z definicji środowisko indywidualistów. W zasadzie nawet trudno ich nazwać środowiskiem. Ten zawód jest szalenie egoistyczny i taki musi być. I to, że koleżanki i koledzy solidarnie odmówili przyjazdu do Opola, to fenomen.

W końcu festiwal się odbędzie, tyle że we wrześniu.

Lubię festiwale, więc nie potępiam tych, którzy tam wystąpią. Myślę jednak, że to, co się już wydarzyło, powinno być znakiem ostrzegawczym dla kierownictwa TVP. „Wiadomości” od dawna nie oglądam, bo momentami przypominają telewizję słusznie minionej epoki, a nawet stanu wojennego.

Pan współpracował przecież z TVP.

Wiele razy, przy różnych projektach. Ostatnio przy serialu „Klan”. Ale w pewnym momencie zawieszono mój wątek, nawet mnie o tym nie powiadamiając. Dziwne to było, bo producenci przez lata namawiali mnie do udziału w tym serialu, a ja się mocno ociągałem. W końcu się zgodziłem, nie było zastrzeżeń. I nagle po wyborach już mnie „do tańca” nie zaproszono. Zastanawiam się, czy na tę decyzję nie miał wpływu fakt, że nie kryję swoich poglądów na temat „dobrej zmiany”…

Teraz pan nie ma żadnych propozycji ze strony TVP?

Janek Englert zaproponował mi udział w „Teatrze Telewizji”. Ze względu na jego talent reżyserski z przyjemnością będę z nim współpracował. Ale to nie zmienia mojej opinii o szefostwie TVP.

Rzeczywiście, nie lubi pan „dobrej zmiany”…

Bo wszystko, co robią obecnie rządzący, przywodzi na myśl najgorsze przykłady z PRL. W skrzyżowaniu z pseudokatolicyzmem wyznawców Tadeusza Rydzyka daje to mieszankę zła nieznanego w historii naszego kraju. Pozwólcie, że jako aktor zacytuję klasyka: „Niech się rojami podli ludzie plemią… Nie będę z nimi”. To Słowacki. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 30/2017
Więcej możesz przeczytać w 30/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także