Jak zarobić na piłce

Jak zarobić na piłce

Walka o piłkę
Walka o piłkę / Źródło: Newspix.pl / Lukasz Grochala
Piłka jest okrągła, bramki są dwie, czyli gra jest prosta. Ale jak zarobić na klubie piłkarskim, to już nie jest takie oczywiste.

Miało być spektakularne przejęcie jednego z największych polskich klubów piłkarskich, a skończyło się widowiskowym skandalem i widmem procesu w sądzie. Polski futbol, mimo że z roku na rok staje się coraz bardziej profesjonalny, to wciąż daleko mu do standardów najlepszych lig Europy. W połowie czerwca Grzegorz Ślak, niegdyś bliski współpracownik Aleksandra Gudzowatego, a obecnie prezes konsorcjum Wratislavia-BIOdiesel SA, wygrał przetarg na zakup Śląska Wrocław. To klub z olbrzymimi tradycjami piłkarskimi, ale też olbrzymimi problemami finansowymi. Nadzieje kibiców na powrót do świetności szybko jednak prysły, bo negocjacje ze Ślakiem zakończyły się fiaskiem. Teraz Wrocław musi z kasy miasta ratować klub i zapowiada, że będzie się domagał 30 mln zł odszkodowania od biznesmena. Pikanterii dodają sprawie informacje, jakie o Ślaku ujawnił Sylwester Latkowski, były redaktor naczelny „Wprost”. Okazało się, że Ślak ma postawione zarzuty prokuratorskie o wielomilionowe nadużycia gospodarcze. Poza tym dziennikarz twierdzi, że Śląsk ma problemy finansowe i jeden z banków wymówił mu kredyt. Sam Ślak zaprzecza. W takich warunkach i w takiej atmosferze trudno jest jednak budować wielką piłkę.

Solorz też chciał

A to nie jest pierwsza przygoda klubu z Oporowskiej z milionerem, który chce zarobić na piłce. Kilka lat wcześniej pojawił się tutaj właściciel Polsatu, Zygmunt Solorz-Żak. Był jednocześnie i zbawieniem, i przekleństwem. Zbawieniem, bo doprowadził drużynę do największych jej sukcesów – mistrzostwa Polski, wicemistrzostwa i trzeciego miejsca. Ale gdy miasto nie zgodziło się przekazać mu gruntów pod galerię handlową, Śląsk stanął przed widmem bankructwa. Solorz z klubu się wycofał, a miasto zostało z olbrzymim stadionem do zapełnienia, drogimi piłkarzami do utrzymania i przede wszystkim trudnym biznesem. – Najpierw trzeba by usiąść i zlokalizować źródło problemu – uważa ekonomista Zbigniew Sulewski z Centrum im. Adama Smitha. – Bo rzeczywiście we Wrocławiu jest coś nie tak, że klub z takimi tradycjami, miasto z takim potencjałem, posiadające jeden z najnowocześniejszych stadionów w Polsce, nie może znaleźć inwestora, który zbuduje klasową drużynę na bardzo wysokim poziomie, na której mecze będą przychodziły tłumy – mówi. A owych tłumów niestety nie ma. Śląsk ma najniższy wskaźnik wypełnienia stadionu kibicami podczas meczu, który wynosi zaledwie 21 proc. To nieco ponad 9 tys. kibiców. To tyle, ile wynosi średnia dla całej polskiej Lotto Ekstraklasy, ale jednocześnie to fatalnie wygląda na tak dużym stadionie, który w 80 proc. jest pusty. – Z jednej strony problemem są właśnie zbyt duże stadiony, ale one były nam potrzebne na Euro 2012. Zresztą, duże stadiony powinny być w dużych miastach – dodaje Sulewski. – Skoro we Wrocławiu nie można go zapełnić, to w mniejszym mieście byłby jeszcze większy problem. Nie tylko Śląsk miał problemy z pozyskaniem strategicznego inwestora. Po aferze korupcyjnej z Korony Kielce wycofał się Krzysztof Klicki, twórca Kolportera, a klub przeszedł w ręce miasta. I prezydent przez kilka lat bezskutecznie szukał chętnego na zakup pakietu kontrolnego klubu. Gdy pojawił się Ibrahima Iyane Thiam, właściciel NSFC Football Academy z Senegalu, włodarz twierdził, że ufa mu w stu procentach. Tymczasem po przedłużających się negocjacjach okazało się, że inwestor z Afryki nie zamierza wykładać 2,5 mln zł. Po zakończonych pertraktacjach i dogadaniu się z Kielcami po prostu... nie przelał pieniędzy na konto miasta i już nigdy więcej nie odebrał telefonu z Polski. – W polskich realiach rzeczywiście bardzo często właścicielem klubu jest po prostu miasto, ale na dłuższą metę to nie może w taki sposób funkcjonować, bo utrzymanie drużyny na poziomie ekstraklasy jest niezwykle kosztowne i nadwyrężające finanse publiczne – dodaje Sulewski. A prywatni polscy inwestorzy sparzyli się na polskim futbolu już nieraz.

SPEKTAKULARNE PORAŻKI

Z Listy 100 najbogatszych Polaków „Wprost” wielu już próbowało swoich sił w piłce i wielu na tym poległo. Wystarczy wspomnieć Bogusława Cupiała, właściciela Telefoniki, który w Wisłę Kraków wpompował ponad 100 mln zł i nie wszedł do upragnionej Ligi Mistrzów. Zdobywał co prawda tytuły mis trza Polski, ale to kompletnie nie przekładało się na kwestie finansowe. Jeszcze gorzej w tym przypadku wypadł Janusz Wojciechowski, szef J.W. Construction, który przejął Polonię Warszawa i chciał stworzyć wielką piłkę w stolicy. Przeszedł jednak do historii futbolu jako rekordzista: prezes, który zwolnił największą liczbę trenerów pierwszej drużyny. Wprowadził szalony model prowadzenia klubu, gdzie piłkarze zarabiający po kilkaset tysięcy złotych rocznie grali w rezerwach albo wręcz trenowali w parku. Ostatecznie doprowadził do całkowitej degrengolady klubu. Polonia w tym sezonie występować będzie w III lidze (czyli de facto IV, bo najpierw jest Ekstraklasa, a później I liga) razem z takimi zespołami jak Huragan Morąg czy Olimpia Zambrów. „Wspólnymi siłami prezes Józef Wojciechowski i warszawscy politycy zrobili to, co nie udało się nawet Niemcom w trakcie wojny, czyli zniszczyli Polonię” – mówił o działalności piłkarskiej prezesa J.W. Construction Michał Listkiewicz, były prezes PZPN. Niemal identycznie skończył Widzew Łódź pod sterami Sylwestra Cacka, właściciela sieci restauracji Sphinx. Obiecywał europejskie puchary i porównywał Widzew do Realu Madryt. „Nie mamy się czego wstydzić. Real to przede wszystkim bardzo wysoki poziom sportowy i głównie tym oraz skalą organizacji się różnimy. Jeśli chodzi o działalność samego klubu, wielkich różnic nie ma, oczywiście zachowując proporcje. Real robi to samo, tylko na większą skalę” – mówił w 2010 r.

Na słowach jednak się skończyło, bo zespół z Łodzi niemal przestał istnieć, a biznesmen z Piaseczna do dziś jest znienawidzony przez kibiców. Inni kibice potrafili dać się we znaki Radosławowi Osuchowi. On z kolei chciał stworzyć wielki futbol w Bydgoszczy. Zdobył nawet z nią Puchar Polski i grał w europejskich pucharach (z marnym skutkiem oczywiście). Popadł jednak w poważny konflikt ze środowiskami kibicowskimi. Do tego stopnia, że ci przygotowali mu jego własną trumnę, którą zostawili na terenie klubu. Innym razem wybili mu okna w jego prywatnej posesji. W takiej atmosferze polski menedżer piłkarski dał sobie spokój i zostawił Zawiszę, która całkowicie zniknęła wówczas z mapy polskiego futbolu.

LEGIA MA BYĆ WIELKA

Nie najlepiej z kibicami układało się także właścicielom ITI, którzy wykupili Legię Warszawa. Tam inwestycje w Wojskowych poszły w ponad 100 mln zł. Bojkot Legii przez kibiców i ciągła z nimi walka doprowadziły włodarzy koncernu medialnego do decyzji o sprzedaży Legii. I w taki sposób właścicielami stołecznego klubu zostali Dariusz Mioduski, Bogusław Leśnodorski i Maciej Wandzel, czyli trójka wizjonerów, którzy po raz pierwszy od przeszło 20 lat doprowadziłi polski klub do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Coś, co powinno stać się początkiem wielkiego pasma sukcesów, skończyło się jednak kłótnią wspólników, której niedawnym efektem było wykupienie przez Mioduskiego udziałów należących do pozostałych współwłaścicieli klubu. Mioduski zapowiada zmiany, ale jak sam mówi, nie rewolucję. Przed Legią gorący okres. Wojskowi muszą szukać wzmocnień przed ligą i eliminacjami Ligi Mistrzów. Priorytetem jest nowy napastnik. Co ciekawe, to właśnie Mioduski, dawny współpracownik Jana Kulczyka, może być pierwszym biznesmenem, któremu uda się osiągnąć sukces w świecie polskiej piłki. Już teraz Legia jest uważana za najlepiej zorganizowany klub w Polsce. Według raportu „Piłkarska liga finansowa”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, przychody Wojskowych za 2016 r. wyniosły ponad 200 mln zł i były wyższe aż o 150 mln od drugiego Lecha Poznań. Do tego Legia może się pochwalić najwyższą frekwencją na stadionie, która wyniosła średnio ponad 20 tys. kibiców na mecz. Co jednak najistotniejsze, ma niezwykle zbilansowaną strukturę wydatków na pensje dla piłkarzy i wynoszą one jedynie 47 proc. całego budżetu (najniższy wskaźnik w całej Ekstraklasie). Dla przykładu, w Wiśle Płock jest to 109 proc., a jeszcze rok temu było 227 proc.! – Rzeczywiście, to absurdalne, gdy klub „osiąga” takie wyniki w finansach – tłumaczy Sulewski. – Musimy jednak pamiętać o tym, że zarówno Legia, jak i Wisła Płock są na tym samym rynku. I jeden, i drugi klub rywalizują o piłkarzy. I o ile bogaci mogą sobie pozwolić na wysokie wynagrodzenia bez uszczerbku dla budżetu, o tyle ci najmniejsi, żeby móc z nimi rywalizować, wręcz się zapożyczają. Co jest oczywiście bardzo niekorzystne, bo może prowadzić nawet do bankructwa – tłumaczy.

ŁATWO STRACIĆ

Jak jednak pokazują statystyki firmy Deloitte, polska piłka rozwija się i z roku na rok w polskich klubach jest coraz lepiej. Frekwencja na stadionach rośnie, podobnie jak same przychody finansowe. Chociaż trzeba przyznać, że nie same pieniądze w piłce grają, ale również umiejętne ich wydatkowanie. Legia Warszawa ze swoimi 200 mln zł do ostatniej kolejki walczyła o mistrzostwo Polski z biedną Jagiellonią Białystok, której przychody wyniosły zaledwie 15 mln i z takim wynikiem finansowym była dopiero 12. klubem. Ale w lidze zajęła drugie miejsce i gra w europejskich pucharach. – Cena za zdobycie jednego punktu jest chyba najniższa w całej lidze w przypadku Jagiellonii – wylicza Mariusz Jurczewski, były szef marketingu drużyny z Białegostoku. – I to świadczy o tym, że obecne władze klubu doskonale wiedzą, co robią. Od lat ściągają zdolnych piłkarzy niemal za darmo lub promują wychowanków, by później z dużym zyskiem ich sprzedać. Jurczewski uważa też, że polska piłka klubowa będzie się tylko rozwijać i osiągać coraz lepsze wyniki mimo wcześniejszego złego zarządzania przez milionerów. – Większość z nich nie znała się na futbolu. Uważała, że wystarczy przenieść model biznesowy ze swoich poprzednich spółek do sportu i wszystko pójdzie zgodnie z planem. A wcale tak nie jest, bo wystarczy jedno potknięcie na murawie w kluczowym meczu i cały roczny biznesplan można wyrzucić do kosza – dodaje. Twierdzi też, że z powodu braku wiedzy o modelach zachowań menedżerów sportowych, piłkarzy i trenerów polscy milionerzy byli wręcz oszukiwani i wykorzystywani. – Cupiał ciągle liczył na awans do Ligi Mistrzów – tłumaczy. – To trochę jak z ruletką. Skoro włożyłem już tyle pieniędzy, to może następnym razem się uda i się odkuję, jak dołożę jeszcze trochę. A to wykorzystywali ludzie, którzy w szybki sposób chcieli się dorobić i niekoniecznie działać na rzecz dobra klubu. Polska piłka zaczęła już grę o wielkie pieniądze, bo takie są właśnie w Lidze Mistrzów. Jeżeli Legia Warszawa trafi na słabe drużyny w eliminacjach i znowu zagra w elicie europejskiej, to może ziścić się marzenie Mioduskiego o wielkim futbolu w stolicy. I jako pierwszy z polskich tuzów będzie mógł szczycić się tym, że jemu w końcu się udało. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 30/2017
Więcej możesz przeczytać w 30/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0