Prezydent na czerwonej kanapie

Prezydent na czerwonej kanapie

Robert Biedroń
Robert Biedroń / Źródło: Newspix.pl / Michał Fludra
Robert Biedroń rozpoczął intensywną kampanię wyborczą. Na razie na prezydenta Słupska, ale za dwa lata być może zechce powalczyć o prezydenturę Polski.

Gdy Robert Biedroń w 2014 r. rozpoczął rządy w słupskim ratuszu, na swojego asystenta zatrudnił chłopaka, który przychodził do pracy w szortach i bejsbolówce, a po korytarzach urzędu jeździł na deskorolce. Urzędnicy byli zszokowani. Dziś takie rzeczy już nie zdarzają się prezydentowi Słupska, ale dawni wyluzowani współpracownicy mają mu trochę za złe, że się od nich odwrócił.

Taniec z mediami

– Ostatnio duża polska korporacja szukała w Niemczech partnera do współpracy. Niemcy przyjechali do Polski i pierwsze, o co zapytali, to Słupsk i Robert Biedroń.

Mówili, że to taki otwarty prezydent i chętnie zainwestują w Polsce – opowiada senator Grzegorz Napieralski, były lider SLD. Takich historii o najbardziej medialnym prezydencie miasta w Polsce jest wiele. Ale słupszczanie są podzieleni w ocenie swojego włodarza. Dla jednych jest fajny, przyjazny i rozsławił Słupsk nawet za granicą. Dla innych jest politykiem, który nie zna się na samorządzie, a jego popularność jest wyłącznie medialną kreacją. Nie ulega wątpliwości, że media centralne, lewicowo-liberalne, kochają Biedronia. Prawicowe oczywiście nie, bo prezydent Słupska ma poglądy lewicowe i umiarkowanie antyklerykalne. Stawia na ekologię i rozdział Kościoła i państwa. Krytykuje PiS za przejęcie Trybunału Konstytucyjnego i rozprawę z sądami. Jednak to on jako pierwszy z lewicy powiedział, że pisowski program 500 plus jest dobry, bo przywrócił godność wielu rodzinom, i wtedy prawicowe media nosiły go na rękach. Za to lokalni dziennikarze patrzą na Biedronia niechętnie, lecz to nie oni kreują ogólnopolski wizerunek prezydenta Słupska, tylko TVN, Polsat, Onet czy wielkie rozgłoście radiowe. W ostatnich dniach Biedroń miał istny festiwal w mediach. Wywiad z nim opublikowano na stronie internetowej „Vogue’a” w dniu ukazania się pierwszego numeru polskiej edycji. Później były rozmowy w Radiu Zet, w TOK FM, na Onecie. Wszędzie Biedroń odpowiadał na pytania o plany polityczne, w tym o możliwe kandydowanie na urząd prezydenta Polski. Bo w środowisku lewicy coraz głośniej słychać, że najsłynniejszy polski gej będzie walczył o ten urząd. On sam jednak za każdym razem ucieka od jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. W rozmowach z dziennikarzami zachowuje się tak, jakby tańczył kontredansa – kroczek do przodu, kroczek do tyłu, obrót, ukłon. Przykładowo w Radiu Zet powiedział, że dziś nie kandyduje na prezydenta Polski, co nie jest żadną odpowiedzią, bo wybory prezydenckie odbędą się w Polsce dopiero w 2020 r. A na Onecie ogłosił, że nie będzie walczył o prezydenturę Polski. – To po co wrzucasz na swój profil badania, które dają ci drugie miejsce w tym wyścigu? – zapytał prowadzący rozmowę Jarosław Kuźniar. – Bo jest mi miło – odparł Biedroń, który chwilę wcześniej przekomarzał się z prowadzącym, że skoro nie chce na niego głosować w wyborach na prezydenta Polski, to więcej do jego audycji nie przyjdzie.

Tak się robi PR

O prezydencie Słupska wiadomo praktycznie wszystko. Opowiedział w mediach: o ciężkim dzieciństwie w rodzinie z problemem alkoholowym, o biciu przez ojca, o matce, która płakała, gdy dowiedziała się, że jest gejem, o szykanach z powodu orientacji seksualnej, o swoim partnerze i uciążliwej rozłące z nim. Można odnieść wrażenie, że dla Biedronia nie ma tematów zbyt osobistych. Być może dlatego, że jest on mistrzem PR-u. Korzysta z każdej okazji, żeby utrwalić swój wizerunek człowieka gotowego każdemu pomóc. Kiedyś w centrum handlowym zobaczył staruszkę, która się przewróciła. Rzucił się, żeby ją podnieść, po czym powiedział do współpracownika: „Tak się, k…, robi PR”. Inna historia w tym samym stylu: jeden z dziennikarzy umówił się z Biedroniem na przechadzkę po mieście i rozmowę. W pewnym momencie Biedroń zobaczył starszą kobietę z siatkami, powiedział do dziennikarza, że rozmowa może poczekać, i pomógł zanieść siatki z zakupami do mieszkania. Prezydent Słupska dba zresztą o każdy szczegół swojego wizerunku. Słynne były jego zdjęcia, gdy jedzie rowerem do pracy w słupskim ratuszu. To był jeden z powodów wychwalania Biedronia przez słupszczan – że taki oszczędny prezydent im się trafił. – A tak naprawdę mieszka tuż obok ratusza i wcale tym rowerem nie jeździ, tylko chodzi pieszo, a przy dłuższych wyjazdach tak jak inni włodarze korzysta z limuzyny – opowiada nasz rozmówca. Gdy PR-owcy powiedzieli mu, że świetnie wypada na czerwonym tle, Biedroń zaczął na spotkania z mieszkańcami wozić busem czerwoną kanapę, na której się rozsiadał, żeby pięknie się prezentować.

PrzYstanek Słupsk

Dbanie o dobry PR to jednak nic złego, jeżeli jest się jednocześnie dobrym gospodarzem miasta. A w tej sprawie zdania są podzielone. Biedroń, gdy nastał w Słupsku, dokonał bardzo ważnej rzeczy – postawił finanse miasta na nogi, m.in. dzięki wsparciu ówczesnej premier Ewy Kopacz. Deficyt Słupska w 2014 r. wynosił 20 mln zł. Dwa lata później, a więc na koniec 2016 r., w miejskiej kasie było już 28 mln zł nadwyżki, i to mimo regularnego spłacania zadłużenia miasta, opiewającego na 300 mln zł. Ale zaciskanie pasa ma swoje konsekwencje. – Nadwyżka budżetowa jest dlatego, że w mieście nie było żadnych większych inwestycji – ocenia Przemysław Woś z Radia Gdańsk. – W 2016 r. nie wyremontowano w Słupsku ani kawałka chodnika czy ulicy. Inny z naszych rozmówcówdodaje, że mieszkańcy Słupska mają za złe Biedroniowi, iż doprowadził do ruiny Czarnych Słupsk, pierwszoligowy klub koszykarski. Tak naprawdę to Biedroń nie zrujnował klubu, tylko nie pomógł mu wydobyć się z finansowych tarapatów, choć – zdaniem mieszkańców – mógł to zrobić. W styczniu tego roku klub ogłosił upadłość. Za to prezydent chwali się np. oddaniem 500 mieszkań komunalnych. I pewnie dla części mieszkańców jest to ważniejsze od koszykówki. Coś za coś. Jego krytycy twierdzą jednak, że tak naprawdę Słupsk nie jest jego miejscem docelowym, tylko przystankiem w karierze politycznej.

Brzydsza twarz prezydenta

Wśród słupskich dziennikarzy krąży powiedzenie, że popularność Roberta Biedronia jest wprost proporcjonalna do odległości od słupskiego ratusza – im dalej, tym bardziej ten polityk wynoszony jest pod niebiosa. – Nie znam nikogo, kto powiedziałby, że nie znosi Roberta – mówi Katarzyna Piekarska z SLD. – Jest powszechnie lubiany. Ona sama – jak mówi – lubi Biedronia m.in. dlatego, że ma poczucie humoru i traktuje siebie z dystansem. Pomorscy dziennikarze raczej nie podzieliliby tej opinii. – 90 proc. słupskich dziennikarzy jest przez niego zablokowanych w mediach społecznościowych – opowiada Woś. – Ale nie tylko oni. Zgłosiła się do mnie mieszkanka Słupska, która zapytała na Twitterze Biedronia, dlaczego jej córka nie dostała się do publicznego przedszkola, i też została zablokowana. Ci, którzy go popierają, traktują go jak świeckiego świętego, nie krytykują i nie zadają bardziej dociekliwych pytań. Lista zarzutów pod adresem prezydenta jest dłuższa. W ratuszu przed świętami Bożego Narodzenia zrobił awanturę, że postawiono stroik: „Co to za symbole chrześcijańskie?” – miał wykrzykiwać. Swoją orientację seksualną traktuje jak pałkę do okładania przeciwników.

– Gdy ktośgo krytykuje albo mówi coś, co Biedroniowi nie pasuje, natychmiast słyszy: „Jesteś homofobem” – opowiada pomorski polityk. Lokalne media i politycy zarzucają mu też, że traktuje Słupsk jak biuro podróży, bo więcej czasu spędza gdzieś w Polsce albo za granicą niż w mieście. – Bierze delegację i wyjeżdża na tydzień np. na spotkanie w ambasadzie niemieckiej, choć wystarczyłoby mu na to dwa dni – mówi pomorski dziennikarz. Przemysław Woś ma podobną opinię. – Można odnieść wrażenie, że Robert Biedroń okropnie męczy się w Słupsku i wykorzystuje każdą okazję, żeby z niego uciec. Przykładowo w ostatnim tygodniu pojawił się w ratuszu w poniedziałek o godz. 14, we wtorek zrobił konferencję prasową kompletnie o niczym, w środę pojechał do Gdańska, z którego już nie wrócił – wylicza Woś. I dodaje: „Na półmetku kadencji obliczyłem, że nie było go w Słupsku 210 dni roboczych. W kolejnym roku na 250 dni roboczych był w delegacjach 105 dni. Na dodatek nie ma większego pojęcia o samorządzie, grzęźnie przy każdym bardziej szczegółowym pytaniu”. Faktem jest też, że Biedroń nie otrzymał absolutorium z wykonania budżetu za 2016 r., a to oznacza, że ma silną opozycję w słupskim ratuszu. Jednocześnie ma trzech radnych na 21, dlatego z pozostałymi musi nieustannie się układać i jakoś sobie z tym wszystkim radzi. Gdy miasto realizowało ustawę o dekomunizacji ulic, przy nadawaniu nowych nazw Biedroń dogadał się ze wszystkimi opcjami politycznymi i każdej coś dał. – Mógłbym zrobić na złość PiS-owi i nie uhonorować ważnych dla nich osób, ale tak nie postąpiłem – mówił w Onet.pl – Dlatego swoją ulicę w Słupsku ma i Anna Walentynowicz, i Izabela Jaruga-Nowacka [obie zginęły w katastrofie smoleńskiej – red.].

Tęsknota lewicy

Dekadę temu Biedroń znany był przede wszystkim ze swojej działalności na rzecz gejów. Szansę na szersze zaistnienie dał mu Janusz Palikot, oferując w 2011 r. pierwsze miejsce na słupskiej liście Ruchu Palikota do Sejmu. Biedroń miał „wykosić” Leszka Millera, który startował w tym samym okręgu z listy SLD. To mu się nie udało, ale i tak odniósł sukces, bo były premier wyrażał się o swoim przeciwniku dość lekceważąco, ale go nie pokonał. Obaj zdobyli mandaty poselskie. Jednak dopiero wybory na prezydenta Słupska zrobiły z Biedronia pełnokrwistego polityka. – Gdy w nich wystartował, to przecież nie miał pewności wygranej – mówi jeden z naszych rozmówców. – Sukces go zbudował. Nie tylko w Słupsku, ale i w całym kraju. Rzeczywiście wtedy pojawiły się spekulacje, że najsłynniejszy polski gej mógłby zostać prezydentem Polski. – Ma cechy, które dziś są cenione, np. umiejętność dogadywania się. Poza tym z żadnym ugrupowaniem nie jest zbyt blisko związany i dlatego jest do przyjęcia dla wszystkich. Znam wiele osób 30-letnich i starszych, które chętnie by go poparły na prezydenta – mówi Piekarska. Nie ulega wątpliwości, że polska lewica potrzebuje kogoś, kto byłby do przyjęcia dla wszystkich i doprowadziłby do zjednoczenia przynajmniej części środowiska. A Biedroń wyróżnia się na tle innych lewicowych liderów – skłóconych, zużytych lub po prostu nieznanych. Trudno mu się jednak dziwić, że nie chce twardo zadeklarować startu w wyborach prezydenckich 2020. Najpierw musi wygrać tegoroczne wybory na prezydenta Słupska, w których – jak zapowiedział – będzie startował, a potem umiejętnie poruszać się na scenie politycznej, żeby nie stracić popularności. Do krajowych wyborów prezydenckich jest jeszcze dwa i pół roku, a w polskiej polityce to wieczność. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 9/2018
Więcej możesz przeczytać w 9/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0