Lewica (nie) wstaje z kolan

Lewica (nie) wstaje z kolan

Robert Biedroń
Robert Biedroń / Źródło: Newspix.pl / GRZEGORZ KRZYZEWSKI / FOTONEWS
W sondażach SLD wysunął się na pozycję trzeciej siły. Coraz głośniej też o nowej inicjatywie Roberta Biedronia. Ale odrodzenie lewicy na polskiej scenie politycznej to ciągle daleka wizja.

Gdy kilka dni temu „Wiadomości” TVP ogłosiły, że Sojusz z 10-procentowym poparciem wskoczył na podium w rankingu partii politycznych, zajmując trzecią pozycję, Marek Jakubiak z klubu Kukiz’15 żachnął się, że media narodowe z nieznanych powodów pompują tę partię. Irytacji posła od Kukiza trudno się dziwić, bo to właśnie ta formacja od upadku Nowoczesnej w 2017 r. aż do marca tego roku zajmowała trzecią pozycją w rankingu partyjnym. Ale umacnianie się Sojuszu nie jest na rękę nikomu – ani PiS, który przejął część elektoratu socjalnego Sojuszu, ani PO dążącej do zdominowania opozycji od lewa do centrum, ani innym środowiskom lewicowym. Te ostatnie są złe, że Sojusz ciągle trzyma się mocno na scenie politycznej i zajmuje miejsce młodej lewicy.

Między niebem a piekłem

Dzisiejsza lewica to środowisko małe, pełne złych emocji, cieszące się z niepowodzeń innych lewicowych ugrupowań. Gdy SLD nie zebrał podpisów pod projektem referendum w sprawie aborcji, działacze stowarzyszenia Barbary Nowackiej nie kryli satysfakcji.

Gdy partii Razem nie udało się zebrać podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o siedmiogodzinnym dniu pracy, ucieszyli się z tego działacze Sojuszu. W sondażach ogólnopolskich przed wyborami samorządowymi liczy się właściwie tylko SLD. Ale przedział, w ramach którego porusza się lider Sojuszu Włodzimierz Czarzasty, jest bardzo wąski. – Jeżeli zdobędziemy więcej niż 8 proc., to będzie nasz sukces i nadzieja na wejście do parlamentu – mówi Andrzej Szejna, wiceszef SLD. – Ale jeżeli w tegorocznych wyborach samorządowych nie przekroczymy 5 proc., to będzie znaczyło, że projekt nie ma przyszłości i całe kierownictwo partii powinno podać się do dymisji.

A więc różnica między niebem a piekłem wynosi zaledwie 3 punkty procentowe. To czyni z tegorocznych wyborów samorządowych prawdziwy hazard. – Na zachodzie Polski rzeczywiście poparcie dla lewicy jest na bardzo dobrym poziomie, ale wschód i południe wyglądają fatalnie – mówi Waldemar Witkowski, lider Unii Pracy, który za kilka dni podpisze porozumienie wyborcze z SLD. W kwietniu tego roku, gdy Sojusz zabiegał o wspólny start w wyborach samorządowych z PSL, obie partie zamówiły porządny sondaż ogólnopolski, w którym przepytano o preferencje wyborcze 16 tys. osób. To właśnie z tego badania wyszło, że tam, gdzie są jeszcze radni SLD (wielu z nich odeszło na przestrzeni lat), są szanse na mandaty w tegorocznych wyborach. Do koalicji jednak nie doszło. Dlatego Sojusz postanowił nakłonić byłych posłów, by wystartowali na radnych. Nie wszystkich udało się namówić, ale Tadeusz Iwiński, wieloletni poseł, ma startować na radnego w Warmińsko-Mazurskiem. Startować też mają m.in. Leszek Aleksandrzak, były sekretarz generalny Sojuszu w Wielkopolsce, Stanisław Wziątek, były przewodniczący sejmowej komisji obrony narodowej w Zachodniopomorskiem, Jerzy Wenderlich, były wicemarszałek Sejmu w Kujawsko-Pomorskiem. Nie wiadomo, czy te zabiegi coś dadzą, ale pewne jest, że Sojusz nie ma wyjścia, musi powalczyć samodzielnie o jak najlepszy wynik, skoro wszystkie pomysły na zawarcie koalicji upadły. Komitet wyborczy zarejestrowała też partia Razem, która chce startować do sejmików. Przy czym główną motywacją młodych ludzi jest obniżenie szans Sojuszu na mandaty. Tak to wygląda na lewicy.

Starość górą

Patrząc chłodnym okiem na sytuację SLD, można zobaczyć ogrom problemów. Sojusz jest partią, od której na przestrzeni lat odeszły tysiące działaczy, a więc utraciła swoje osławione struktury. Najlepiej widać to po wspomnianej nieudanej akcji zbierania podpisów pod referendum aborcyjnym. Po drugie, jest formacją dosyć starą.

Europosłowie, czyli jedyni deputowani, jacy jeszcze zostali partii, wszyscy są w wieku emerytalnym. Po trzecie, partia wypadła z parlamentu krajowego, co utrudnia działalność i ogranicza możliwości obecności w mediach. – Gdy zostałem wiceprzewodniczącym partii po przegranych wyborach w 2015 r., żona mnie spytała, czy zwariowałem, czy po prostu nie mam nic ciekawszego do roboty – mówi Andrzej Szejna, wiceszef SLD, który w czasach świetności lewicy był europosłem. – A ja uważam, że Sojusz ma potencjał. Ostatni sondaż, który tak zachwycił „Wiadomości” TVP, oszacował ów potencjał na 10 proc. poparcia. Ale w to nawet Szejna nie wierzy. – Gdybyśmy w wyborach samorządowych zdobyli 10 proc. głosów w skali kraju, to byłby cud, ale 8-9 proc. jest osiągalne – mówi. Rzecz w tym, że już nieraz tak bywało, iż sondaże na rok przed wyborami pokazywały optymistyczny wynik dla SLD, ale nad urnami Polacy zmieniali zdanie i osiągnięty wynik był gorszy. Przyczyny tego stanu rzeczy są doskonale znane. Polacy nie lubią marnować głosów, a więc gdy dochodzi do aktu wyborczego, chętniej popierają duże formacje. Poza tym w sondażach uwzględniane są obecnie dwie partie: SLD i partia Razem – ale w wyborach swoje listy rejestrują również inne formacje lewicowe. Głosy wyborców się rozkładają i po balu. Właśnie dlatego w środowiskach lewicowych na dwa miesiące przed wyborami samorządowymi panuje grobowy nastrój. – Sytuacja na lewicy jest gorzej niż zła – słyszymy od jednego z lewicowych polityków.

Pompowanie sojuszu?

Nasz rozmówca, niegdyś działacz SLD, uważa, że nie ma żadnych powodów, żeby Sojusz miał 10 proc. poparcia, skoro ta partia w terenie prawie nie istnieje. – Mam wrażenie, że ktoś ich pompuje po to, żeby wepchnąć w ramiona PO, a potem mówić o zjednoczonej opozycji, że to są komuniści i złodzieje – mówi. Problem polega na tym, że żadnej alternatywy dla Sojuszu nie widać.

Lewica jest dzisiaj w sytuacji prawicy z początku lat 90. – rozdrobniona i skłócona. Tyle że prawica najpierw zasiadła do rozmów w słynnym Konwencie św. Katarzyny (rozmowy odbywały się w podziemiach kościoła św. Katarzyny w Warszawie), a gdy z tego nic nie wyszło, uznała przywództwo Mariana Krzaklewskiego, przewodniczącego Solidarności, i zasiliła Akcję Wyborczą Solidarność. Lewica też próbowała tej sztuczki. W 2015 r. chciała, żeby rozmowy o porozumieniu odbywały się pod patronatem szefa OPZZ Jana Guza. Ale najwyraźniej nic dwa razy się nie zdarza – to, co na prawicy okazało się udanym eksperymentem, na lewicy skończyło się fiaskiem. Być może Jan Guz ma za mały autorytet, żeby pod jego patronatem doszło do konstruktywnych rozmów, a być może lewica nie dojrzała wówczas do porozumienia. Tak czy inaczej zamiast do konsolidacji doszło do dalszego rozdrobnienia. Po wyborach powstało stowarzyszenie Barbary Nowackiej Inicjatywa Polska, a teraz krążą intensywne pogłoski o kolejnej partii – Roberta Biedronia – która może pojawić się na scenie politycznej. Gdy doda się do tego SLD i partię Razem, to już jest czworo chętnych do lewicowego elektoratu, który dziś można oszacować na 10-12 proc.

Słupsk to za mało

Robert Biedroń, który zakłada (lub nie) nową partię Kocham Polskę (albo pod jakąś inną nazwą), jest dziś jedną z najciekawszych postaci po lewej stronie sceny politycznej. W 2011 r. zdobył mandat poselski z okręgu Gdynia-Słupsk, mimo że były premier Leszek Miller, który startował z tego samego okręgu, był przekonany, że zje Biedronia na śniadanie. W 2014 r., gdy lewica chyliła się ku upadkowi, Biedroń w brawurowym stylu wygrał wybory na prezydenta Słupska i stał się ulubieńcem mediów krajowych i zagranicznych. Mógłby ponownie walczyć o prezydenturę miasta i miałby szansę na reelekcję, ale wszyscy widzą, że Słupsk to dla niego za mało. Jak rzadko który prezydent miasta często bywa w Warszawie i gości w stołecznych mediach. Te zaś chętnie obsadzają go w roli kandydata lewicy na prezydenta Polski w 2020 r. Niezależnie od tego pojawiły się pogłoski, że Biedroń zarejestruje po wyborach samorządowych własną partię, która szlify polityczne będzie zdobywała w przyszłorocznych wyborach do europarlamentu.

– Biedroń już jakiś czas temu zapowiedział swoim współpracownikom, że będzie budował partię i że mają czekać na sygnał – opowiada polityk lewicy. – Gdy „Gazeta Wyborcza” napisała o nowej partii Kocham Polskę, oni uznali, że to jest właśnie ten sygnał i na Twitterze zaczęli składać Biedroniowi gratulacje. Prezydent Słupska najwyraźniej jednak się waha. Zwołał konferencję prasową, na której zaprzeczył, jakoby podjął już decyzję o porzuceniu samorządu dla ogólnopolskiej sceny politycznej. Dlaczego tak się stało? – Wie pani, jak to jest – w fazie przygotowań dziennikarze są zachwyceni i namawiają do aktywności, ale w fazie realizacji kończy się miesiąc miodowy, a zaczyna krytyka – mówi nasz rozmówca. – Biedroń świetnie to rozumie, dlatego ciągle się zastanawia, co zrobić. Pewne jest, że pojawienie się jego inicjatywy jeszcze bardziej skomplikuje sytuację na lewicy. Lewicowi publicyści czekają, aż coś się urodzi na lewicy. Ewentualna partia Biedronia już została obsypana komplementami. Wcześniej nadzieją była partia Razem, ale jej poparcie ustabilizowało się na poziomie 1,5 proc., co nie wystarczy nawet do utrzymania finansowania z budżetu. Scena polityczna jest pełna takich formacji, które nigdy nie zbliżają się do progu umożliwiającego wejście do Sejmu. Razem najwyraźniej kroczy tą drogą. Barbara Nowacka, która po wyborach w 2015 r. założyła własne stowarzyszenie, jest w jeszcze trudniejszej sytuacji. Ludzie, którzy zasilili Inicjatywę Polską, to głównie samorządowcy. Chcieliby startować w wyborach lokalnych, a nie bardzo mają skąd. Wielka zjednoczona opozycja nie powstała, z Sojuszem nie mogą się dogadać.

Dla niektórych z nich otwiera się tylko jedna możliwość – przytulenie się do PO. – Pojawiły się pogłoski, że np. Dariusz Joński zamierza startować do sejmiku łódzkiego z listy PO, a Nowacka jest zainteresowana startem do europarlamentu z tej samej formacji – mówi Szejna. – Gdyby tak się stało, to nie mógłbym uważać ich za swoich kolegów [Joński był kiedyś rzecznikiem SLD – red.]. Joński jednak zaprzecza tym plotkom. – Marzeniem Barbary jest wprowadzenie do krajowego Sejmu prawdziwie lewicowych ludzi – mówi. – A jeżeli chodzi o start członków naszego stowarzyszenia w tegorocznych wyborach samorządowych, to dopiero za kilka dni podejmiemy decyzję w tej sprawie. Co do Biedronia, Szejna jest przekonany, że w przyszłym roku – niezależnie od tego, czy założy on nową partię, czy nie – dogada się z SLD. Kłóci się to całkowicie z informacjami z otoczenia Biedronia. Z naszych rozmów wynika, że nie chce on wiązać się z ludźmi, którzy kiedyś działali w partii, bo boi się, że polityczni wyjadacze, sprawni w partyjnych bojach, po prostu go zdominują. Te same obawy ma partia Razem, która również niechętnie rozmawia z byłymi działaczami innych partii. – W Razem jest wielu ludzi przekonanych, że nie da się rozmawiać z nikim, kto był w innej formacji – twierdzi nasz rozmówca z lewicy. Wszystkich zaś uwiera Włodzimierz Czarzasty, obecny szef Sojuszu. – Prowadzi politykę dosadnego słownictwa i niedotrzymywania zobowiązań – uważa polityk lewicy. Ale Witkowski chwali Czarzastego za pracowitość. – A co do niedotrzymywanych zobowiązań, to mnie to nie spotkało – zaznacza szef Unii Pracy. – Czarzasty jest trudnym partnerem, czasami sam się na niego denerwuję – przyznaje Szejna. – Ale to, co osiągnęliśmy, będąc poza parlamentem, jest wręcz niewyobrażalne. Z całą pewnością lewica chciałaby, żeby z nieba spadł jej lider, który wszystkich pogodzi i wprowadzi do parlamentu, tak jak to zrobił w 2001 r. Jarosław Kaczyński, gdy zaczął budować potęgę PiS. Na razie jednak nikogo takiego nie widać na horyzoncie. Dlatego Szejna powtarza, że inne ugrupowania lewicowe powinny nabrać realizmu politycznego. – Chcecie się sprawdzić, proszę bardzo, zróbcie to. Zetrzyjmy się w wyborach samorządowych. Jeżeli inne ugrupowania uzyskają godny wynik, pochylę czoła. A jeżeli nie, to niech pójdą po rozum do głowy i zaczną z nami rozmawiać – mówi Szejna, jakby nie przyjmując do wiadomości, że niezależnie od wyniku, jaki osiągnie Sojusz w wyborach, w młodej lewicy nie będzie miał partnera. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 34/2018
Więcej możesz przeczytać w 34/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0