Hit w obrazkach

Hit w obrazkach

Jeśli wideoklip jest głupi, to znaczy, że artysta też jest głupi
Teledysk można wyprodukować za grosze. Dlaczego więc oglądamy tak mało interesujących klipów? Bo filmowcom brakuje po prostu pomysłów. Tegoroczny XVI Yach Film Festiwal – najważniejszy w Polsce festiwal wideoklipów – pokazuje, że muzycy zaczynają wreszcie na planie używać głowy. Nie tylko kamery.

Etiuda za grosze
Nowoczesna kamera HD, która daje obraz porównywalny z kinowym, kosztuje 1000 dolarów. A wynająć ją można za grosze. Profesjonalny zestaw montażowy każdy może mieć w domowym komputerze. Niedrogie oprogramowanie daje możliwość uzyskania hollywoodzkich efektów. Najbardziej deficytowy jest bank pomysłów, głównie tych wizualnych, jak w „Murach" Jacka Kaczmarskiego, wykonywanych przez zespół Habakuk. Jedyną scenografią są tu gazetowe kolaże, nawiązujące luźno do politycznego przesłania słynnego songu.
Do nakręcenia klipu wcale nie trzeba kamery! Wystarczy aparat fotograficzny. Jak w klipie „Motorek" Grzegorza Turnaua, który jest sekwencją kilku tysięcy zdjęć, zrobionych przez Tomasza Sikorę. „Era retuszera" Nosowskiej rozgrywa się bezpośrednio w automacie do robienia fotek legitymacyjnych. Jeżeli taka animacja zostanie ciekawie zmontowana w komputerze, teledysk staje się małym dziełem sztuki. Jak w wypadku imponującego pomysłowością klipu „Dziwny jest ten kraj" zespołu Pink Freud. Wideoklipy są często pracami dyplomowymi czy etiudami młodych filmowców. Stąd ich wysoki poziom artystyczny.
Prawdziwi artyści techniki nie nadużywają. Wolą kadry surowe, ujęcia minimalistyczne. W nich łatwiej przebija się pomysł na piosenkę. W „Can’t Cook" zespołu The Car Is On Fire dziwnym trafem zawsze coś zasłania twarz bohatera. Domyślamy się: może nim być każdy. W „Sympathy For The Devil" zespołu Sweet Noise demoniczny wokalista, idący przez pustynię, okazuje się tytułowym diabłem. W „Santa Maria Loei" Macieja Maleńczuka oglądamy sceny biblijne na ulicach współczesnych miast.
Interesujące teledyski najczęściej można znaleźć w Internecie. W tym sezonie wymagających fanów zaspokoi zapewne filmik do „Jesteśmy na wczasach" w wykonaniu zespołu Raz Dwa Trzy. Uwagę przykuwa oryginalny pomysł z okulistycznymi planszami do badania wzroku. Akcja rozgrywa się w okulistycznym wzierniku. Nie ma literek, są piktogramy. Jest „panna Krysia", czyli piktogram z damskiej toalety, która tańczy „z panem Mietkiem, co się tuż przed chwilą przysiadł", symbolizowanym przez myśliwego. Jest też oczywiście „kontrabasista", czyli miś z Krupówek. Wszystko w cztery minuty, w zawrotnym tempie.

Pamięci Waldemara Koconia
Jaki jest sens organizowania festiwalu wideoklipów, choć większość z nich nigdy nie trafi do telewizji? Sztuka dla sztuki? Niekoniecznie. Bo artyści przechodzą do historii nie tylko dzięki muzyce, która szybko się starzeje, ale dzięki teledyskom. Ci, którzy teraz przegrywają w rankingach popularności z rozmaitymi Dodami i Mandarynami, na dłuższą metę wygrają. Przetrwają właśnie w wideoklipach. Tak było zawsze. Kto pamięta piosenki zespołu Happy End, Edwarda Hulewicza, popularnych w swoim czasie Waldemarów Koconiów, Jacków Lechów, Andrzejów i Eliz czy Iren Jarockich? A przecież to oni byli niegdyś uwielbiani przez tłumy. Dziś wracamy do nich tylko dlatego, że nakręcili klipy. Więcej – oni sami nas nie interesują. Oglądamy modę, śmiejemy się z ówczesnych kroków tanecznych, bawią nas fryzury.
Wideoklip znajduje się na wierzchołku show-biznesu. Choć firmy fonograficzne nie zarabiają na nim. Ale muzycy wiedzą – „jeżeli cię nie ma w telewizji, to cię po prostu nie ma". Więc pieniądze wyłożone na wideoklip okazują się trafioną inwestycją. Wideoklip mówi o piosence i wykonawcy sto razy więcej niż bełkotliwy wywiad czy erudycyjna recenzja. Zgodnie z zasadą: kiedy ktoś mówi coś trudnego, odruchowo patrzysz mu na usta, by lepiej zrozumieć. Jeżeli nie ma nic do powiedzenia, ruchomy obrazek też mu nie pomoże.
Okładka tygodnika WPROST: 42/2007
Więcej możesz przeczytać w 42/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także