Kilka godzin po nocnym ataku Rosji na Ukrainę polskie służby potwierdziły, że nad terytorium naszego kraju pojawił się niezidentyfikowany obiekt. Ślady wskazują, że obiekt spadł w rejonie Tarnawy-Kolonii na Lubelszczyźnie.
Do sprawy odniósł się szef ukraińskiej dyplomacji Andrij Sybiha, który przekazał, że podczas rosyjskiego zmasowanego ataku na Ukrainę polską przestrzeń powietrzną naruszył rosyjski pocisk manewrujący Ch-101.
Podobną ocenę przedstawił premier Donald Tusk. – Byliśmy gotowi do zestrzelenia rakiety, w przypadku, gdyby kontynuowała swój lot. Wszystko wskazuje, że mamy do czynienia z pociskiem balistycznym Ch-101, rosyjskim, ale nie wyprzedzamy efektów szczegółowego badania. Oczywiście jest za wcześnie na szczegółowy raport i na wszystkie okoliczności tego zdarzenia – podkreślał polityk.
Czym jest rosyjski pocisk Ch-101?
Ch-101 należy do najgroźniejszych pocisków manewrujących wykorzystywanych przez rosyjskie lotnictwo strategiczne. Odpalany jest przede wszystkim z bombowców Tu-95MS oraz Tu-160 i służy do precyzyjnego rażenia celów oddalonych nawet o kilka tysięcy kilometrów.
Jak podaje branżowy serwis „Missile Threat”, pocisk może dolecieć nawet na odległość około 4 tys. km. Lecąc bardzo nisko nad ziemią korzysta jednocześnie z nawigacji inercyjnej, systemu GLONASS oraz cyfrowego odwzorowania terenu, dzięki czemu jest znacznie trudniejszy do wykrycia przez systemy obrony przeciwlotniczej.
Standardowo przenosi konwencjonalną głowicę bojową ważącą około 400–450 kg. Wariant Ch-101 nie jest przystosowany do przenoszenia broni jądrowej – taką możliwość ma jego odpowiednik Ch-102. Od początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie rakiety Ch-101 są jednym z podstawowych środków wykorzystywanych przez Rosję do przeprowadzania ataków dalekiego zasięgu.
Tarnawa- Kolonia. Ekspert o możliwych scenariuszach
Porucznik rezerwy Maksymilian Dura zwrócił uwagę, że obiekt spadł około 40 kilometrów od granicy z Ukrainą. – Z tego, co przekazało ministerstwo obrony, dystans od granicy pokonał w 6 minut, więc musiał lecieć z prędkością powyżej 400 km/h. Teoretycznie mógł to być też dron z silnikiem odrzutowym, bo i takie są stosowane do ataków na Ukrainę. Natomiast z całą pewnością nie był to dron kamikadze typu Gierań czy Shahid, bo te latają z prędkością 200 km/h – zauważył ekspert w rozmowie z PAP.
Według wojskowego jest mało prawdopodobne jest, by pocisk zboczył z kursu wyłącznie wskutek działania ukraińskich systemów walki elektronicznej.
– Używane przez Rosjan rakiety manewrujące mają możliwość tzw. mapowania terenu. Orientują się nie tylko na podstawie GPS-u, ale też na podstawie różnych innych systemów. Zakłócanie GPS-u z poziomu ziemi, jest zakłóceniem idącym do odległości horyzontalnej. Oznacza to, że promień systemu zakłócającego wynosi ok. 30 km. Rakieta, po wyjściu z obszaru zakłócenia wraca na swój tor – wyjaśnił Dura.
Maksymilian Dura wskazał dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze: pocisk mógł zostać uszkodzony przez ukraińską obronę przeciwlotniczą albo celowo skierowany nad terytorium Polski.
– Biorąc pod uwagę desperację Rosjan i to, w jak trudnej są obecnie sytuacji, może być tak, że oni po prostu nas punktują. Takie przypadki będą się zdarzały – podkreślił.
– Rosjanie uzbrajają je różnie. Pamiętajmy, że im większy ładunek, tym mniejszy zasięg rakiety. W tym przypadku można stwierdzić, że przenosiła głowicę bojową, kilkaset kilogramów ładunku. Gdyby była nieuzbrojona, wbiłaby się po prostu w ziemię, jak w grudniu 2022 r. pod Bydgoszczą – dodał.
Czytaj też:
Rosyjski pocisk spadł w Tarnawie-Kolonii? Były szef BOR zabrał głos Czytaj też:
Ogromny huk nad Lubelszczyzną. „Wystraszyłam się bardzo. Nie było żadnych alertów”
