Czy Polacy są innowacyjni?

Czy Polacy są innowacyjni?

Pod względem innowacyjności i liczby patentów zajmujemy piąte miejsce w Europie. Tyle że od końca. Na milion mieszkańców przypada u nas jedynie 71 patentów, podczas gdy we Francji 405, a w Niemczech nawet 650. Tak wynika z raportu Komisji Europejskiej „European Innovation Scoreboard”. Nie chce nam się myśleć, nie jesteśmy kreatywni czy może nie mamy za co myśleć?
Film Tony’ego Gilroya „Gra dla dwojga" to historia wojny dwóch potężnych korporacji. Jedna z nich ogłasza publicznie dokładną datę i godzinę prezentacji rewolucyjnego produktu. Ma on sprawić, że „nic już nie będzie takie samo". Na wieść o tym konkurencyjna firma postanawia ów tajemniczy produkt wykraść. W tym celu zakłada specjalną jednostkę wywiadowczą, w której zatrudnia zawodowych szpiegów. Ta komedia o korporacyjnych Jamesach Bondach znakomicie pokazuje znaczenie innowacyjnych produktów dla biznesu.

Według badań BRE Banku aż 47 proc. polskich firm inwestujących w innowacje zanotowało w pierwszej połowie 2009 roku znaczny wzrost sprzedaży. Dla ogółu przedsiębiorstw ten współczynnik wynosi jedynie 17 proc. – Najlepiej zarabia się na tym, czego nikt poza nami nie ma, a co wszyscy mieć by chcieli. Może to być rewolucyjny wynalazek, tajemnica szybkiej i taniej produkcji, oddziałująca na wyobraźnię marka, wzór chemiczny, rysunek, mapa, unikalna procedura czy technika – mówi „Wprost" Paul Romer, ekonomista ze Stanford University. Twierdzi on, że innowacja nie tylko sprzyjarozwojowi, lecz także stanowi jego rdzeń, jednak tylko wtedy, gdy prawo patentowe nie chroni nadmiernie innowatorów. – Jeśli jest zbyt restrykcyjne, tworzą się monopole i zamiera konkurencja – zwraca uwagę Romer. Tak było pod koniec XVIII wieku, gdy James Watt, wynalazca maszyny parowej, uzyskał ochronę patentową od londyńskiego parlamentu. Chroniony przed wścibską konkurencją, zamiast swój wynalazek ulepszać, po prostu z dużym zyskiem i powolutku go komercjalizował. To opóźniło rozwój przemysłu o 30 lat. Według Romera za współczesny odpowiednik Watta śmiało można uznać Billa Gatesa i jego Microsoft.

Czy gdyby Ryszard Seruga, właściciel firmy Plastex Composite, opatentował swoje kajaki sportowe, które dzięki specjalnej konstrukcji kadłuba rozwijają rekordowe prędkości, stałby się bezwzględnym monopolistą? Czy zostałby polskim Chesterem Carltonem, który na opatentowaniu (choć nie wynalezieniu) kserokopiarki zarobił 150 mln dolarów? Wątpliwe, bo choć polskie prawo patentowe jest restrykcyjne, to dochodzenie roszczeń jest bardzo trudne. Brak realnego zabezpieczenia wraz z długotrwałymi procedurami urzędowymi odbiera wynalazcom motywację do zgłaszania patentów. To tłumaczy dlaczego – jak wynika z danych Światowej Organizacji Własności Intelektualnej – w 2007 roku Urząd Patentowy RP udzielił jedynie 1216 patentów (na 2487 wniosków). Tylko trzy razy więcej niż w Czechach, osiem razy mniej niż w liczącej 7 mln mieszkańców Szwajcarii i 80 razy mniej niż w Korei Południowej, uznawanej za jednego z liderów innowacyjności. Nie dziwi więc, że Seruga patentu nie ma. Specjalną technikę produkcji kajaków szybko skopiowały od niego zagraniczne firmy, a sen o zyskach prysnął.

Problemem polskich wynalazców i małych innowacyjnych firm są oczywiście pieniądze. Najpierw na badania, a potem na uzyskanie patentu, który – jeśli ma obowiązywać także poza Polską – może kosztować nawet kilkadziesiąt tysięcy euro. Mogliby je pozyskać co prawda od specjalnych firm inwestycyjnych albo dużych korporacji, ale te uważnie pilnują swoich portfeli. Z danych Komisji Europejskiej za 2008 rok wynika, że podczas gdy czeska Škoda inwestuje w badania i rozwój ponad 70 mln euro rocznie, to zeszłoroczny polski rekordzista – BRE Bank – jedynie 20 mln euro.

Zawodzą także fundusze unijne, i to mimo że na badania i rozwój w latach 2007-2013 Bruksela przeznaczyła ponad 32 mld zł. Tylko w ramach programu „Innowacyjna gospodarka" podpisano już umowy z ponad 2 tys. firm na łączną kwotę ponad 15 mld zł. Ale w tym wypadku problem nie leży w pieniądzach. – Prawdziwy innowator nie ma serca do procedur, przez które trzeba przejść, starając się o dotację. Pieniądze dostają nie ci, którzy powinni, ale ci, którzy znają się na „papierologii" – uważa prof. Krzysztof Rybiński, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej.

Na inwestycje w badania i rozwój w Polsce wydaje się rocznie ok. 0,6 PKB, podczas gdy średnia europejska wynosi 2,3 proc. PKB. Jedną z przyczyn, dla których polskie firmy nie chcą inwestować w branżę R&D(z ang. research & development – badania i rozwój), jest prawo. – W Polsce nie wiadomo, kto tak naprawdę jest właścicielem wynalazków: naukowcy czy uniwersytety, na których prowadzone są badania. To rodzi problemy z komercjalizacją patentów. W Szwecji wynalazek należy do wynalazcy, a to sprawia, że tych problemów nie ma – mówi Stan Mikułowski, menedżer pracujący w szwedzkim funduszu private equity LinkMed AB. Firma inwestuje w dobrzerokujące projekty badawcze z zakresu medycyny i farmacji. W Polsce czekałoby ją zbyt dużo absurdalnych formalności. Takich jak te, które spotkały naukowców z Uniwersytetu Wrocławskiego przy próbie uzyskania certyfikatu dla ich wynalazku: lnu, który leczy. – Choć udowodniliśmy, że opatrunki z niego nie są szkodliwe dla człowieka, musieliśmy udowodnić też, że nie są szkodliwe dla zwierząt, choć ich leczyć nie zamierzamy – mówi prof. Jan Szopa-Skórkowski, koordynator badań. Dodaje, że nie powinniśmy się dziwić, iż oczy inwestorów zwracają się w stronę innych krajów, choćby Wielkiej Brytanii. W 2008 roku supermiotłę ogrodową opatentowało tam… pięcioletnie dziecko.

Liczba patentów nie jest jedynym miernikiem innowacyjności gospodarki. Wielu rzeczy po prostu nie sposób opatentować. W Unii Europejskiej prawo nie uznaje za wynalazki odkryć i teorii naukowych, metod działalności intelektualnej lub biznesowej, a także… programów komputerowych. Niestety, według raportu KE także po wzięciu pod uwagę wszystkich innowacji, które wytwarza dana gospodarka, jesteśmy poniżej średniej. – Dobrej nauki w Polsce jest mało, ale mimo to prowadzi się wiele ciekawych badań. Robią to np. optyczne laboratorium FAMO w Toruniu, pracownie Marka Cieplaka czy Andrzeja Sobolewskiego w Instytucie Fizyki PAN, nasze „Pi of the Sky" [projekt, którego celem jest poszukiwanie błysków optycznych towarzyszących wybuchom promieniowania gamma w kosmosie] albo metalurdzy z AGH w Krakowie – mówi prof. Łukasz Turski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN. To jednak, jak dodaje, wciąż chlubne wyjątki.

Oprócz prawa demobilizującego zarówno inwestorów, jak i badaczy mamy inny poważny problem – szkolnictwo wyższe. Jeślidla gospodarki USA słynny Massachusetts Intistute of Technology to wylęgarnia inżynierów i noblistów, to nasze szkoły wyższe są dla Polski jedynie finansowym ciężarem i skansenem. Przy przyznawaniu grantów nie liczy się wartość badań, lecz dobre stosunki z przełożonymi. Ci często od kilkudziesięciu lat nie napisali żadnej istotnej pracy cytowanej w prestiżowych czasopismach. Nie mówiąc już o ich skrajnym braku inwencji – dotowany przez nas wszystkich PAN zgłosił tylko 1,5 proc. wszystkich patentów w 2008 r.

– Gdyby uzdrowić system przyznawania grantów badawczych i oprzeć go na zdrowej merytorycznej konkurencji, to nasi młodzinaukowcy nawet z zawiązanymi oczami doszliby na Marsa – przekonuje prof. Łukasz Turski. Dodaje, że sztywną strukturę polskich uczelni mógł rozbić system grantów wprowadzony zaraz po 1989 roku, oparty na podobnym do amerykańskiego modelu konkurencji. Wraz z końcem rządów premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego zaczął być jednak psuty. W efekcie brak perspektyw zniechęca młodzież do studiowania kierunków ścisłych. Jedynie 7 proc. absolwentów studiów to inżynierowie. Tymczasem średnia unijna wynosi 14 proc. Eksperci przewidują, że już za pięć lat będzie nam brakować prawie 80 tys. inżynierów z różnych dziedzin.

Jedną z nielicznych polskich firm, której mimo wszystko udaje się współpracować z polskimi uczelniami, jest Comarch. To według „Rzeczpospolitej" największy polski innowator, który inwestuje w badania i rozwój ok. 15 proc. przychodu rocznie. Od początku taka taktyka przynosi efekty, bo opracowane przez sztab naukowców oprogramowanie sieci teleinformatycznych dało Comarchowi pozycję światowego lidera. Na jego programach działają takie sieci jak T-Mobile czy Vodafone. – Obecnie nad 45 projektami pracuje dla nas zespół 1100 osób. Współpracujemy z polskimi uczelniami, m.in. krakowską AGH. Nie sądzę, by badania uniwersyteckie były owocne bez współpracy z prywatnymi firmami. Zawsze będzie albo problem pieniędzy, albo zbyt małego zespołu. Thomas Edison nie wymyślił żarówki sam, pomagała mu grupa tysiąca osób. Trzydziestoosobowa drużyna jest przy dzisiejszym skomplikowaniu procesów badawczych skazana na niepowodzenie – mówi prof. Janusz Filipiak, prezes Comarchu.

Na razie Polska nie może pod względem innowacyjności równać się nawet z Chinami, dotychczas uchodzącymi za gospodarkę, która jedynie kradnie i kopiuje. – To, że Chiny nie są twórcze, to mit. Inwestują w naukę, szkolnictwo wyższe, mają coraz więcej międzynarodowych publikacji i w rezultacie udzielają coraz większej liczby patentów. Aż 30 proc. ich eksportu stanowią produkty innowacyjne. W Polsce to jedynie ok. 5 proc. – mówi prof. Krzysztof Rybiński. Według Światowej Organizacji Własności Intelektualnej chińskie wydatki na badania i rozwój rosną rocznie o 40 proc. i w tym czasie zgłaszanych jest przeciętnie prawie 130 tys. nowych wynalazków (inna sprawa, że tylko 15 proc. z nich zostaje opatentowanych). Chińczycy zaczynają dominować zwłaszcza na rynku „sprytnych" artykułów do domu. Produkują bezprzewodowe wiertarki, kwiatki, których nie trzeba podlewać, albo urządzeniado ozonowania wody. Znamienne jest też to, że nowe azjatyckie potęgi gospodarcze wprowadzają innowacyjne rozwiązania także na poziomie administracyjnym. W Singapurze na przykład można wyrobić sobie paszport u fotografa. Fotograf po zrobieniu zdjęcia przesyła potrzebne dane do urzędu drogą elektroniczną. To działa, w przeciwieństwie do naszego „jednego okienka".

– Z innowacjami w polskiej gospodarce nie jest tak źle. Polscy przedsiębiorcy nie wymyślili co prawda czegoś równie przełomowego jak koło, ale czasami ważniejsze są małe z pozoru usprawnienia, które mogą przynieść duże oszczędności. W tym zakresie Polacy nie ustępują nikomu – twierdzi prof. Janusz Filipiak. To właśnie tego typu innowacje, którymi nikt się nie chwali, pozwalają Polakom produkować i sprzedawać taniej. Na przełomowe wynalazki podobno przyjdzie jeszcze czas. – Dla gospodarek rozwijających się naturalne jest, że korzystają z już istniejących pomysłów. To motywuje bardziej rozwinięte kraje do tworzenia nowych wynalazków i stymuluje wzrost. USA są dzisiaj światową potęgą w dziedzinie nowych technologii, bo jeszcze przed II wojną światową zainwestowały mnóstwo pieniędzy w stypendia dla studentów nauk ścisłych i inżynierów – twierdzi Paul Romer. I zachęca, byśmy spróbowali pójść tym tropem. – Wtedy szybko uda się wam wspiąć wyżej po drabinie rozwoju – dodaje.

Jedną z jaskółek zwiastujących taką zmianę jest centrum badawczo-rozwojowe, które w 1999 roku wybudował w Gdańsku potentat na rynku procesorów – Intel. Wyznaczył polskim informatykom (pracuje ich tam ponad 400) ambitne cele. Jednym z nich jest aż dziesięciokrotne zwiększenie wydajności układów grafiki zintegrowanej do 2010 roku. Najwyższy czas, by zwiększyła się także wydajność „układów" uniwersyteckich i biznesowych. 




Okładka tygodnika WPROST: 50/2009
Więcej możesz przeczytać w 50/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • skrzat IP
    Ze swojego zycia Wam powiem, moja innowacyjnosc sprzedaje
    na pienku. Czasu, zdrowia i pieniedzy szkoda tracic jak
    odrazu sie je bierze. Szkoda zachodu sobie robic, ze sie
    traci? Nie, nastepny sie robi, umysl nie moze byc w stagnacji.
    • podatnik z garbem od roboty IP
      Śmiech na sali! Jak mamy być innowacyjni i konkurencyjni, jeśli rząd odcina kasę od badań? W budżecie zaś przeznaczył, full wypas, 0,06 % na: edukację (rozumianą jako całość: przedszkole i studia) i kulturę - w jednym!!!! Na wojny i stale rosnące długi, za to nigdy nie brakuje.