Po pierwsze - aktywność popłaca. Ale nie ta związana z czczą gadaniną na wiecach. Żeby kogoś przeciągnąć na swoją stronę, trzeba się zainteresować jego życiem, porozmawiać, wczuć w sytuację, uścisnąć dłoń. Liczą się takie osobiste gesty, a nie mentorski sposób prowadzenia kampanii. Ludzie chcą być przez polityków traktowani jak partnerzy. Chcą czuć, że jest ktoś, komu zależy na ich losie.
Drugi wniosek z I tury kampanii - prawdziwi liberałowie to rzesza prawie pół miliona ludzi, zazwyczaj młodych, odważnych i inteligentnych, oczekujących od państwa tylko tego, by się do ich życia prywatnego i gospodarczego nie wtrącało. Choć Janusz Korwin-Mikke twierdzi, że to i tak słaby (a być może zafałszowany) wynik, to jednak jego czwartego miejsca w I turze nie należy bagatelizować. Daje ono solidne podstawy do tego, by wrócić do wielkiej polityki parlamentarnej.
Trzeci wniosek - albo Pawlak jest słabym kandydatem, albo powoli umiera idea partii klasowej. Może być też tak, że obie te tezy są prawidłowe. Szef PSL nie tylko nie był zbyt wyrazisty, ale też kompromitował się w sprawach gospodarczych, mimo, że to w końcu jego teka ministerialna. Jego dziwne wypowiedzi na temat poszukiwania gazu łupkowego w Polsce oraz szacunki opłacalności jego wydobycia wzięte z kosmosu budzą solidne zastrzeżenia. Poza tym przegrana PSL to być może także wypadkowa braku jakichkolwiek emocji w toku ich kampanii. A w Polsce wybory bez gry na uczuciach nie istnieją.
I ostatnia refleksja - w zasadniczych sprawach nic się nie zmienia. Po spokojnym początku znowu rozszaleje się wojna Polski Solidarnej (która jest taką tylko z nazwy) z Polską Liberalną (która też jest taką tylko z nazwy). Czy można jednak tym samym trikiem wygrać drugie wybory prezydenckie pod rząd? Różnica jest niewielka, więc nie jest to wykluczone. Aby tak się stało wyborcy lewicy musieliby wybaczyć Kaczyńskiemu śmierć Blidy i IV RP. Dawniej bardziej prawdopodobne byłoby zlodowacenie w piekle, dziś PIS kusi przyszłą koalicją rządową. Czy to będą przysłowiowe Inflanty, obiecywane za te kilkanaście procent?
Michał Cierpiała