Dlaczego dzieci ciągle obwiniają swoich rodziców? Natalia de Barbaro: Na bólu się nie kończy

Dlaczego dzieci ciągle obwiniają swoich rodziców? Natalia de Barbaro: Na bólu się nie kończy

Dodano: 
Natalia de Barbaro
Natalia de Barbaro Źródło: Archiwum prywatne
Łatwiej jest kierować złość wobec matki, bo jest to „bezpieczniejsze”. Także w bardzo dosłownym sensie. Dziecko uczy się, że wobec ojca złość może być bardziej ryzykowna, więc te uczucia znajdują inne ujście. Efekt jest do przewidzenia – mówi Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, twórczyni warsztatów dla kobiet, autorka wydanej niedawno książki „Przejścia”.

Krystyna Romanowska: Czy jesteśmy w momencie, w którym uznaliśmy, że zwalanie na rodziców całej winy za swoje niepowodzenia życiowe, jest nieskuteczne?

Myślę, że następuje w tej sprawie jakaś istotna zmiana. Co najlepiej leczy nas z krytyki wobec własnych rodziców? Fakt bycia rodzicem swoich dzieci! Nie znam lepszego ćwiczenia na „odpuszczenie win” matce i ojcu. Kiedy zostajemy rodzicami, codziennie sami dostarczamy sobie materiału dowodowego na to, że to trudne i skazane na liczne błędy zadanie. To bardzo pożyteczne odkrycie, ponieważ przybliża nas do prawdy o złożoności świata i o tym, że warto postrzegać go z różnych perspektyw. I, że ta nasza, wcale nie musi być jedyna i najwłaściwsza.

Natalia de Barbaro: Dostrzega pani tę zmianę na warsztatach?

Tak. Chociaż robię warsztaty dla kobiet, myślę, że podobne historie usłyszałabym także na warsztatach dla mężczyzn. Uczestniczki opowiadają: „Myślałam, że miałam szczęśliwe dzieciństwo, a potem poszłam na terapię”. Dalej toczy się historia np. o niewidzialności w rodzinie: o tym, że ta dorosła dziś kobieta była „niewidzialną dziewczynką”, dlatego teraz wchodzi na palcach do każdego pokoju konferencyjnego i unika wystąpień publicznych. Oczywiście, może to być także historia „silnej dziewczynki”, która za wcześnie przejęła odpowiedzialność i dziś nie potrafi tej odpowiedzialności, „nadodpowiedzialności” wyłączyć ani prosić o pomoc, kiedy sama jej potrzebuje. Albo historia „grzecznej dziewczynki”, która nauczyła się tłumić siebie i teraz unika konfliktów i mówi „tak”, choć chce powiedzieć „nie”.

W dobrej terapii klientka zobaczy ten mechanizm i wejdzie w kontakt z bólem tamtej dziewczynki, ale na tym bólu się nie skończy. Bo gdyby zatrzymała się na etapie „to wszystko wina rodziców”, pozostałaby w roli skrzywdzonego dziecka i w jakimś sensie nie zdecydowała się na własną dorosłość. Dlatego ważne jest, żeby pójść krok dalej: uznać, że ten ból był prawdziwy, ale też zobaczyć, że nasi rodzice mieli swoje ograniczenia i własne trudności. A potem, z tej dorosłej perspektywy, zdecydować, co dalej z tym robimy i jak nie powielać tego, co było dla nas trudne.

Zatrzymanie się w pozycji ofiary może być dosyć korzystne. Pozostawanie w tej opowieści, przypisywanie całej winy rodzicom, czasem zrywanie z nimi kontaktu albo trwanie w stałym konflikcie i poczuciu krzywdy, nie wymaga pracy nad sobą. Działa unieruchamiająco, bo w gruncie rzeczy niczego więcej nie trzeba już robić. Przecież „prawda” o sobie została odkryta.

Źródło: Wprost