Walka i maskarada

Walka i maskarada

Tydzień temu zmarł ks. Henryk Jankowski. Był legendą. Nie tylko piękną.
Siedemnastego sierpnia 1980 r. ksiądz Henryk Jankowski odprawił dla  strajkujących robotników Stoczni Gdańskiej mszę. Wielu strajkujących wtedy opowiadało później, jak to było dla nich ważne, jak bardzo pomagało wytrwać. Bo przecież 17 sierpnia wytrwanie aż do zwycięstwa nie  było wcale pewne. To był prawdopodobnie najważniejszy dzień w życiu księdza Henryka Jankowskiego. Później został kapelanem „Solidarności", często pośredniczył w kontaktach hierarchów katolickich (w tym prymasów – Wyszyńskiego oraz Glempa) z Lechem Wałęsą.

Po wprowadzeniu stanu wojennego plebania kościoła św. Brygidy w Gdańsku stała się bastionem „Solidarności" – ściganej przez wojsko, ZOMO i SB, zdziesiątkowanej, a  jednak niepokonanej. Nie będzie dużo przesady w stwierdzeniu, że  „Solidarność" przetrwała dzięki Kościołowi, a szczególnie dzięki takim kapłanom jak Henryk Jankowski. Na swojej plebanii dawał on związkowcom, którzy opuścili obozy internowania lub więzienia, wikt i opierunek, wspomagał ich rodziny, nierzadko też pomagał ukrywać się tym, którzy działali w „konspirze” – nielegalnych strukturach podziemnej „Solidarności”.

Ci, którzy w tamtych latach odwiedzali plebanię, zapamiętali jej niezwykłą zasobność. Ciężkie gdańskie meble, srebrne zastawy, na ścianach mało gustowne obrazy, a na niektórych z nich sportretowany gospodarz, nadzwyczaj wystawna kuchnia. To było zaskakujące, przecież „Solidarność" wyrosła po trosze z ludzkiej biedy. Po latach zapytałem o to Józefę Hennelową, która w 1985 roku gościła u  prałata Jankowskiego. Powiedziała: „Byliśmy umówieni, że po mnie przyjadą – nagle zajeżdża mercedes z ochroniarzem. Wchodzę na plebanię, a tu wychodzą mi naprzeciw dwa dogi, bardzo sympatyczne, z tym że każdy z  nich dosięgnąłby do gardła dorosłemu człowiekowi. No i jeszcze ta  jadalnia z gdańskimi meblami. (…) Wtedy, po procesie toruńskim, to ta materialna zasobność, nawet przepych był – tak mi się wydawało – raczej świadectwem jego niezależności od komunistów. Tak jakby mówił: no i co mi zrobicie?". Innymi słowy, ks. Jankowski stworzył u św. Brygidy wyspę na komunistycznym morzu. Wyspę, która od siermiężnego socjalistycznego otoczenia odróżniała się także bogactwem.

Zanim nastała wolna Polska, jego plebania odegrała jeszcze jedną ważną rolę: nieoficjalnego biura Lecha Wałęsy. Po amnestii z 1986 roku, kiedy władza ludowa przestała już wsadzać opozycjonistów do więzienia, status Lecha Wałęsy był niejasny. Opozycja widziała w nim przywódcę „Solidarności", ruchu wprawdzie rozbitego i nieuznawanego w oficjalnym życiu publicznym, ale ruchu, który wciąż ucieleśniał dla milionów Polaków marzenie o lepszej Polsce. Władza traktowała Wałęsę jako politycznego bankruta. Jednak w sytuacji pełzającego kryzysu ekipa gen. Jaruzelskiego poszukiwała rozwiązań, które uwzględniały także uznanie jakiejś opozycji. Z tym że  Jaruzelskiemu i jego doradcom marzyła się opozycja, która odcina się od  „Solidarności", dlatego Wałęsę należało zmarginalizować.

Opozycja jednak słusznie zakładała, że Wałęsa jako symbol „Solidarności" jest jej największym atutem i trzeba umożliwić mu powrót na scenę polityczną. I  tu niebagatelna okazała się rola księdza Jankowskiego i jego wystawnej plebanii. Na niej bowiem spotykali się z Wałęsą pod koniec lat 80. zachodni przywódcy polityczni, tacy jak senator Edward Kennedy czy Margaret Thatcher. To budowało pozycję polityczną Wałęsy wobec komunistów.

Fiolety nie dla prałata

Po zdobyciu przez Lecha Wałęsę prezydentury w grudniu 1990 r. mogło się wydawać, że prałat Jankowski zostanie doceniony i nagrodzony. Mówiło się wtedy w korytarzach sejmowych, że jego ambicją jest zostać pierwszym, po  przywróceniu ordynariatu polowego Wojska Polskiego, biskupem polowym. Tak się nie stało.

Wydawało się rzeczą dość naturalną, że nowo wybrany prezydent zaproponuje swojemu – w najcięższych chwilach – protektorowi funkcję kapelana prezydenta RP. Tak też się nie stało.

Nie chcę przez to  powiedzieć, że księdzu Jankowskiemu te zaszczyty się należały. Bo, po  prawdzie, jego skomplikowana osobowość musiała przecież być dobrze znana w 1990 roku i biskupom polskim (od ich opinii zależała ewentualna nominacja papieska), i Lechowi Wałęsie. Musieli wiedzieć, że prałat od  św. Brygidy jest – powiedzmy to wprost – łasy na zaszczyty, a jest to  cecha, która właściwie dyskwalifikuje kandydata na jakiekolwiek wysokie urzędy. W każdym jednak razie jeżeli dzisiaj, po śmierci księdza Jankowskiego, zastanawiamy się, co się z nim takiego stało na początku wolnej Polski, musi się pojawić jako poważna hipoteza poczucie krzywdy, jakie prałat prawdopodobnie odczuwał. No bo jeśli człowiek, który był współtwórcą „Solidarności", ruchu – w swoim głównym nurcie – dalekiego od wszelkiej ksenofobii, przeistacza się w szybkim tempie w antysemitę, tropiciela spisków bezbożnej Brukseli pragnącej zawładnąć duszą narodu polskiego, to znaczy, że w jego życiu coś się stało. Bo też nieomal nie  było takiego publicznego głupstwa lat dziewięćdziesiątych i  dwutysięcznych, w które by się nie zaangażował proboszcz św. Brygidy. Obrona krzyża na żwirowisku w byłym obozie Auschwitz-Birkenau? Obecny! Liczenie Żydów w polskim rządzie? Obecny! Współpraca z Edwardem Moskalem, szefem Kongresu Polonii Amerykańskiej, który – poza wszystkim innym – oskarżył Jana Nowaka-Jeziorańskiego o współpracę z nazistami w  czasie okupacji? Obecny! Współpraca z Janem Kobylańskim, notorycznym antysemitą, szefem organizacji polonijnych w Ameryce Łacińskiej? Obecny! Współpraca z Leszkiem Bublem? Obecny! I tak dalej. Ksiądz Jankowski jakby uparł się udowodnić całemu światu, że jego walny udział w ruchu „Solidarność" był jakąś gigantyczną życiową pomyłką.

Był w tych latach postacią nadzwyczaj kontrowersyjną. Pisarz Paweł Huelle oskarżył go w  2004 roku o to , że przemawia jak „gauleiter, gensek, a nie jak kapłan" oraz o to, że jest łasy na dobra materialne, za które mógłby zamienić „polski paszport na paszport volksdeutscha, Rosjanina czy Irakijczyka". Ksiądz pozwał pisarza do sądu, ale ostatecznie przegrał. Był też ks. Jankowski zamieszany w skandal obyczajowy. Matka jednego z ministrantów oskarżyła go o molestowanie seksualne jej syna. Księdza oczyszczono z  zarzutów, ale przy okazji śledztwa wyszło na jaw, że proboszcz popełniał bardzo poważne błędy wychowawcze w stosunku do swoich ministrantów. W 2006 roku do opinii publicznej dotarły informacje, że w  czasie wizyty delegacji „Solidarności” w Watykanie w 1981 r. jeden z jej uczestników szczegółowo informował SB o jej przebiegu, jako kontakt operacyjny „Delegat”. Rozpoczęła się fala spekulacji, ksiądz Jankowski (który był w tej delegacji) stanowczo zaprzeczył, a nawet wskazał jako na potencjalnych donosicieli na Tadeusza Mazowieckiego, Andrzeja Celińskiego, Karola Modzelewskiego, Romualda Kukołowicza i jednego z  polskich księży pracujących w Watykanie.

Jednak wnikliwy badacz akt SB Grzegorz Majchrzak nie ma wątpliwości, że k.o. „Delegat" (a potem „Libella") to ks. Jankowski, a także co do tego, że udzielał on SB cennych informacji, a nawet wpływał na decyzje „Solidarności” w  kierunku, jakiego oczekiwali jego rozmówcy ze służb. Majchrzak pisze w  książce poświęconej całej sprawie: „Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy ks. Henryk Jankowski miał świadomość, że jest traktowany przez SB jako osobowe źródło informacji”.

Ksiądz z pewnością wiedział, z kim i o czym rozmawia. Jeśli rzeczywiście nie zdawał sobie sprawy, do czego posłużą esbekom jego wynurzenia, to chyba tylko dlatego, że wmówiono mu, iż w ten sposób odgrywa wielką dziejową rolę, ratuje Polskę przed klęską etc. Takie przypadki zdarzały się ludziom cierpiącym na manię wielkości.

Z proboszczem jak z jajkiem

Osobną sprawą jest angażowanie Kościoła w dziwaczne przedsięwzięcia ideowe księdza Jankowskiego. Najbardziej spektakularne były aranżacje Grobu Pańskiego w kościele św. Brygidy, a szczególnie dwie: jedna głosząca antysemityzm, druga ostrzegająca Polskę przed bezbożną Unią Europejską. Oczywiście każdemu w wolnym kraju wolno głosić dowolnie ekscentryczne poglądy. Ale ksiądz Jankowski robił to w kościele, a tym samym jak gdyby głosił te poglądy w imieniu Kościoła. Rzecz jest trochę skomplikowana o tyle, że w szerokich rzeszach katolików w Polsce takie poglądy są obecne i – mniemam – nie tylko na wąskim marginesie. Niemniej Kościół hierarchiczny zasadniczo się od takich poglądów odżegnuje i np. przed 2004 r. popierał, mimo pewnych obaw, wejście Polski do UE.

Jest oczywiste, że gdyby takich ekscesów dopuszczał się pierwszy lepszy proboszcz, zostałby szybko odwołany. W przypadku księdza Jankowskiego naradom, rozmowom, ostrzeżeniom nie było końca. Jego kanoniczny zwierzchnik, abp Tadeusz Gocłowski potrzebował na to około 10 lat. Ponieważ proboszcz od św. Brygidy był sprawcą ciągle nowych skandali i  nie rokował poprawy, abp Gocłowski odwołał go w 2004 roku z funkcji proboszcza. Odbyło się to jednak w rękawiczkach: biskup nie wydał wprost decyzji o odwołaniu, lecz wezwał go do ustąpienia z urzędu. W obronie księdza Jankowskiego utworzył się społeczny komitet poparcia (wśród obrońców prałata był m.in. Leszek Bubel), ksiądz pojechał po pomoc do  Watykanu, ale nie został przyjęty przez Jana Pawła II.

Wino Monsignore, woda Jankowski i inne

Wydaje się, że był to drugi przełomowy moment w jego życiu. Odkąd stracił parafię (zachowując prawo do mieszkania tam jako rezydent), jeszcze bardziej zdziwaczał. Wpadł też w towarzystwo młodych ludzi (często działaczy Młodzieży Wszechpolskiej) tyleż radykalnych, co  cynicznych. Założył z nimi instytut i fundację swojego imienia oraz  podjął wiele przedsięwzięć biznesowych. Wydaje się,że jego współpracownicy, podsuwając mu te ekscentryczne pomysły (lub nie  odradzając mu ich stanowczo), żerowali i na jego biznesowej ignorancji, i na chorej ambicji. Ta ambicja nie ostrzegła go w porę, że produkcja wina Monsignore, wody mineralnej Jankowski, ozdobionych jego wizerunkiem, a w końcu budowa popiersia dla uczczenia, już za życia, jego zasług – że to wszystko są kroki dowodzące kolosalnych zasobów próżności oraz bezguścia. Ksiądz Jankowski, legenda „Solidarności", wypracował sobie w ten sposób status kościelno-politycznej osobliwości. Czy miał tego świadomość?

Biznesy nie wypaliły, z pomnika ksiądz w końcu zrezygnował, instytut i fundacja zostały zlikwidowane (w 2009 r. nowy metropolita gdański, abp Sławoj Leszek Głódź nakazał mu wycofać się z  działalności w fundacji). W końcu podupadł też na zdrowiu. Jeszcze jako proboszcz trafił do szpitala z objawami cukrzycy, później zapadał się coraz bardziej. W ostatnich latach bardzo się zmienił fizycznie. Robił wrażenie człowieka ciężko chorego – i taki był.

To, co go zbawi

Ksiądz Jankowski lubił pokazywać się w luksusie. Biały mercedes, biały frak, biała laseczka – tak lubił paradować. Lubił też pozować do  portretów w mundurze kontradmirała (ten stopień nadał mu samozwańczy prezydent RP na uchodźstwie Juliusz Sokolnicki) i z Orderem św. Stanisława (nadanym przez tegoż Sokolnickiego). Ta infantylna maskarada dawała mu jakąś (jaką?) satysfakcję.

A jednak w 2008 r. podobno sprzedał dwa swoje mercedesy oraz kilkanaście fraków i surdutów, a  uzyskanie ze sprzedaży pieniądze przeznaczył na cele charytatywne. Później nie prowadził już wystawnego życia. Przez wiele lat, także wtedy, gdy pławił się w dostatkach, pomagał potrzebującym – osobom prywatnym i instytucjom (szpitalom, domowi dziecka). Miał gest.

Pan Bóg miłosierny wybierze z tego pozakręcanego żywota to, co najlepsze. Myślę (choć wiem, że nam, śmiertelnikom, nic do tego), że księdza Jankowskiego nie zbawią białe mercedesy ani mundur kontradmirała; nie zbawią go  aranżacje Grobu Pańskiego ani wyliczanie, ilu Żydów mamy w rządzie; nie  zbawi go też wino Monsignore ani woda Jankowski. Ale może zbawią go trzy rzeczy: obecność w Stoczni w sierpniu 1980; wierność „Solidarności" w  stanie wojennym, kiedy wielu opuściło ręce, oraz dyskretna pomoc potrzebującym.

Okładka tygodnika WPROST: 30/2010
Więcej możesz przeczytać w 30/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 8
  • pgolla@gmx.de IP
    Nie tylko byl ks. ale posredniczyl nie tylko pomedzy solidarnoscia ale i handlem samochodami czy na 
    • sprawiedliwy IP
      Moze order pedofila bialego.albo narcyza bialego
      • sprawiedliwy IP
        Nie byl on taki swiety zarzucano mu pedofilie i zycie ponad stan, na swoje szaty wydawal bajonskie sumy.Za cos przeciez byl odsuniety z parafii
        • Ewa Paprot IP
          Bardzo dziękuję za wyważony artykuł, przypominający całą prawdę, i dokonania i winy. Miałam dosyć wybielania biografii, urąganiu rzeczywistości, kpinie z inteligencji i pamięci - tego aż nadto ostatnio doświadczyłam. Raz jeszcze dziękuję.
          • intern. IP
            Ks. Henryk Jankowski zasłużył napewno na nagrodę i wierzę, że otrzyma ją tam do kąd się udał. Tam jest prawdziwa nagroda a nie jakieś tam MARNOŚCI ŚWIATOWE.

            Czytaj także