Następcy tronów

Następcy tronów

Dzieci swoich rodziców – na razie tylko tyle można powiedzieć o większości potomków najbogatszych Polaków. Jednak niektórzy z nich już próbują własnych sił w biznesie. Spadkobiercy najbardziej znanych polskich milionerów odziedziczą majątek wart 100 mld zł.
To tak, jakby poprosić syna Johna Lennona o napisanie kilku hitów dla  Beatlesów. Nie sądzę, by Howard dorównał sukcesom inwestycyjnym ojca – w  ten sposób jeden z synów Warrena Buffeta skomentował wskazanie własnego brata na następcę legendarnego 79-letniego inwestora.

Przygotowanie gruntu pod sukcesję dla następców w taki sposób, by odbyła się ona bez zgrzytów, kłótni i skandali, to zmartwienie większości najbogatszych. Jak wynika z ostatniego raportu Capgemini i Merrill Lynch, na świecie żyje dziś 10 milionów dolarowych milionerów, z których aż co piąty majątek zawdzięcza spadkowi. W większości rozwiniętych gospodarek zamożność obywateli wypracowano właśnie dzięki pokoleniowej kumulacji kapitału.

Przygotowanie gruntu

Majątek Buffeta jest wyceniany na 47 mld dolarów. 55-letni syn Howard ma  zostać następnym przewodniczącym rady dyrektorów Berkshire Hathaway, spółki, za której pośrednictwem Buffet kontroluje m.in. 12 proc. American Express, 8,3 proc. Coca-Coli, 19,5 proc. koncernu Gillette oraz  pakiety udziałów w wielu korporacjach notowanych na Wall Street.

Chociaż polscy najbogatsi biznesmeni jeszcze nie dorobili się takich imperiów jak Warren Buffet, to też zaczynają już myśleć, komu przekazać pałeczkę. – Nie muszę myśleć o następcy, już go mam – mówi „Wprost" Jan Kulczyk, najbogatszy Polak (7,1 mld zł wg listy 100 najbogatszych naszego magazynu). Wprawdzie – zastrzega – szybko nie wybiera się na emeryturę, jednak jego syn Sebastian Kulczyk już przygotowuje się do roli przyszłego sukcesora. Coraz częściej słychać o jego przedsięwzięciach biznesowych. Jest udziałowcem firmy My Place Development inwestującej w  nieruchomości, funduszu Phenomind Ventures oferującego dofinansowanie innowacyjnych pomysłów nabiznes, współwłaścicielem poznańskiego e24  Internet Club, a także pracuje w radach nadzorczych spółek matki, Grażyny Kulczyk.

Niedawno do porządkowania swoich rodzinnych aktywów zabrał się Zbigniew Niemczycki, szef Curtis Group (1,15 mld zł, 20. pozycja w rankingu „Wprost"). Na jego majątek składa się m.in. fabryka obudów do sprzętu RTV koło Mławy (główny dostawca dla LG), fabryka leków Curtis Healthcare w Poznaniu, firma budowlana Curtis Development, spółka lotnicza General Aviation oraz hotel Bryza w Juracie. – Wprowadzam syna do kolejnych spółek, żeby w razie czego mógł od razu przejąć stery w  firmie – mówi Zbigniew Niemczycki. 63-letni przedsiębiorca deklaruje, że  zamierza nieco zwolnić tempo pracy, urządza właśnie posiadłość we  Francji i chce wraz z żoną więcej czasu poświęcać na korzystanie z  uroków życia.

Rok temu 29-letni Michał Niemczycki wprowadził się do  biura sąsiadującego z gabinetem ojca. Od tego czasu zdobywa praktyczne doświadczenie w biznesie jako jego prawa ręka. Prowadził część interesów Curtis Group w USA, organizował logistykę przedsięwzięć w Polsce, pracuje dla spółki Lake View, która niedaleko Mikołajek buduje osiedle ekskluzywnych domów. Realizuje też własny pomysł na biznes: jego firma Watertoys zajmuje się importem luksusowych jachtów motorowych z USA. –  Zarządzanie firmą działającą w tak wielu branżach to ogromny nawał obowiązków. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, dlaczego ojca tak często nie było w domu, kiedy byłem mały. Praca staje się główną pasją i  priorytetem, często zabierając czas, który mógłbym spędzić z  przyjaciółmi lub na siłowni – mówi Michał Niemczycki.

Przyznaje, że  jeszcze do niedawna nie chciał angażować się w rodzinny biznes i  próbował działać na własną rękę. Dojrzał jednak do tej decyzji i  postanowił na poważnie związać swoją przyszłość z firmą ojca. Dziś nie  przypomina już beztroskiego studenta kalifornijskiej filmówki UCLA. Ubrany w elegancką niebieską koszulę i dżinsy wypowiada się konkretnie i  z rozwagą. Na ścianach jego biura wiszą dyplomy amerykańskich uczelni, m.in. North Carolina School of the Arts i Ohio University.

– Kiedyś chciałem za wszelką cenę udowodnić, że potrafię sam od podstaw stworzyć coś własnego. Unikałem jak ognia sytuacji, w których ktoś mógłby mi zarzucić, że miałem coś podane na tacy przez rodziców. Z biegiem czasu zrozumiałem, że utrzymanie tego, co oni zbudowali, jest nie lada wyzwaniem i wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Nie uciekam już od  niej i przyjmuję wyzwanie – opowiada.

Formalnym udziałowcem części rodzinnego Bartimpeksu już jest 36-letni Tomasz Gudzowaty, syn 72-letniego Aleksandra Gudzowatego. Zapewne odziedziczy dużą część z  wartej dziś 1,5 mld zł fortuny ojca (12. miejsce na liście „Wprost").

Największą do tej pory sukcesją w Polsce było odziedziczenie majątku przez rodzinę Jana Wejcherta (1,6 mld zł), zmarłego w październiku 2009  roku współzałożyciela Grupy ITI (w jej skład wchodzą m.in. TVN, Onet, sieć kin Multikino, klub piłkarski Legia Warszawa). Najwięcej obowiązków spadło na syna zmarłego przedsiębiorcy, Łukasza Wejcherta, prezesa Onet.pl (ma jeszcze dwie siostry i brata). Aldona Wejchert, wdowa po  Janie, w rozmowie z „Wprost" mówi, że rodzina wspólnie podejmuje najważniejsze decyzje i pracuje w zarządach i radach nadzorczych spółek Grupy ITI. W podobnej sytuacji życiowej znalazł się dużo młodszy od  Łukasza Wejcherta syn Mariusza Łukasiewicza, zmarłego nagle w 2004 roku twórcy Lukas Banku oraz Eurobanku. Edgar Łukasiewicz nie ma jeszcze 18  lat. Sześć lat temu stał się właścicielem m.in. akcji dających 75 proc. głosów w Eurobanku. Rok później kupił je francuski bank Société Generale. Dziś pieniędzmi z tej transakcji (obecnie ok. 600 mln zł ) ulokowanymi w papierach wartościowych zarządza Janusz Pajka, przyjaciel rodziny.

– O trwałości budowanych przez pokolenia imperiów finansowych przynajmniej w części decyduje właśnie sposób dziedziczenia oraz to w  jaki sposób wyłania się sukcesorów – uważa prof. Krzysztof Obłój, ekonomista, dyrektor Międzynarodowego Centrum Zarządzania na  Uniwersytecie Warszawskim. I dodaje, że już teraz widać, iż kilku największych polskich przedsiębiorców buduje zespoły menedżerów związanych emocjonalnie z ich firmami. – Gdy ojcowie założyciele odejdą na emeryturę, stery ich firm nadal będą we właściwych rękach, niezależnie od tego, kto zostanie spadkobiercą – mówi Obłój.

Łatwo przyszło, łatwo poszło?

Dzisiejsze fortuny najbogatszych nie gwarantują wcale wielopokoleniowej ciągłości biznesowych imperiów Kulczyków, Solorzów i Czarneckich. Quentin J. Fleming, wykładowca University of Southern California i  badacz problemów zarządzania firmami rodzinnymi, twierdzi, że tylko jedna trzecia z nich jest w stanie przetrwać na rynku tak długo, że  przechodzi w ręce kolejnego pokolenia. Z tej zaś grupy zaledwie co 10. firma doczeka sukcesji i przejęcia przez trzecie pokolenie. Według Fleminga firmy rodzinne najczęściej zabija konflikt między hierarchią rodzinną i hierarchią w firmie, kłótnie z krewnymi oraz wybujałe oczekiwaniabogatych rodziców wobec karier ich dzieci.

– Do przekazania firmy potomnym powinno dojść, zanim jeszcze jej założyciel stanie się dla niej balastem. Choćby ze względu na brak sił czy niezrozumienie zmieniających się realiów rynku – mówi prof. Obłój.

Rodzina Henry’ego Forda, założyciela imperium motoryzacyjnego, była bliska ubezwłasnowolnienia go, gdyby nie zgodził się na przekazanie kontroli nad 25-procentowym pakietem akcji firmy.

Zagrożenia związane z sukcesją wcale też nie maleją, kiedy majątek przechodzi „sprawiedliwie" na więcej niż jedno dziecko. Współpracować nie potrafili z sobą na przykład bracia Adolf i Rudolf Dassler ze znanej niegdyś Gebruder Dassler Shuhfabrik produkującej obuwie sportowe. W efekcie rodzinna firma została podzielona na dwie rywalizujące z sobą do dziś spółki Adidas i Puma. Podobnie było ze słynnym imperium winiarskim rodziny Mondavi z  Kalifornii. Gdy w latach 60. zmarł założyciel firmy Cesare Mondavi, jego synowie przez 40 lat procesowali się o każdy akr ziemi, wyposażenie winnic, a nawet futra w szafie.

Takich spektakularnych przykładów na  razie na własnym gruncie nie mamy, nasz wolny rynek jest jeszcze zbyt młody. Ale mamy firmę, która bardzo dobrze zdała egzamin z procesu dziedziczenia. To cukiernia A.Blikle działająca od 1869 roku, dziś prowadzona już przez piąte pokolenie. – Sukcesja to problem prawny, finansowy, organizacyjny i wreszcie psychologiczny. Nie zawsze jest tak, że aktualni właściciele chcą firmę przekazać, a następcy chcą i potrafią ją przejąć – mówi Andrzej Blikle, obecny prezes firmy.

Sam też wcale nie  został namaszczony przez rodzinę na kontynuatora cukierniczej tradycji. Usłyszał od ojca, że powinien wybrać sobie zawód, który zapewni mu byt niezależny od niepewnej koniunktury rynkowej. Choć wybrał studia matematyczne, to i tak los pokierował go z powrotem do rodzinnej firmy. Zdarza się też, że firmy nie ma komu przekazać. Tak było z hotelowym imperium Hiltonów, które rozkwitało tylko do drugiego pokolenia. A i to dlatego, że Barronowi Hiltonowi udało się unieważnić testament ojca Conrada Hiltona, który życzył sobie, by majątek spieniężyć i przeznaczyć na pomoc biednym. Ostatecznie 83-letni Barron Hilton także uznał, że nie ma godnych następców – sprzedał firmę w 2007 roku, a następnie wydziedziczył spadkobierców, przekazując prawie całą sumę fundacji charytatywnej.

Jak mawia Warren Buffet: – Dzieciom należy zostawić tyle, żeby mogły robić, co chcą, a nie tyle, żeby mogły nic nie robić.

Okładka tygodnika WPROST: 30/2010
Więcej możesz przeczytać w 30/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także