Zajrzeć do snu

Zajrzeć do snu

W hitowej "Incepcji" Leonardo di Caprio wkrada się w cudze sny. To oczywiście tylko efektowna fikcja. Ale czy zupełnie pozbawiona naukowej podbudowy? – pytamy psychoterapeutę Andrzeja Ledera.
Małgorzata Minta: "Incepcja" Christophera Nolana to nowy kinowy przebój. Bohaterem jest szpieg wchodzący w cudze sny, by wykradać ukryte tam tajemnice. To trochę jak praca psychoanalityka, który próbuje odczytać sny pacjenta… Czy znamy jakieś sposoby na „zobaczenie" tego, co czuje albo myśli człowiek podczas snu?

Andrzej Leder: Najprościej jest go o to zapytać (śmiech). A na przykład rezonans magnetyczny mózgu, który jakoby pokazuje stany poznawcze? Oczywiście nauka dysponuje takimi technikami jak funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI), który pozwala na zbadanie aktywności mózgu, zobaczenie, które grupy neuronówsą aktywne w danym momencie. Jednak na  pewno nie pozwalają one na odczytanie konkretnych myśli czy obrazów! O  ile dana rzecz jest powtarzalna – np. u wielu osób ta sama emocja powoduje uaktywnienie tego samego fragmentu mózgu i wówczas można próbować przypisać mu określoną funkcję – o tyle w przypadku bardziej szczegółowych spraw, choćby wyobrażania sobie określonych figur, sprawa się komplikuje. Między innymi dlatego, że ludzki mózg jest bardzo plastyczny, wzory aktywności neuronalnej mogą podlegać zmianom.

Co jeszcze w filmie było dalekie od prawdy naukowej?

Choćby pigułka wprowadzająca w szczególny sen pozwalający na  współśnienie. Zdarza się, że niektórzy ludzie twierdzą, że mieli taki sam czy bardzo podobny sen, że śnili coś razem, ale to tylko ich odczucie. Zagadką jest również urządzenie, którym posługuje się Cobb –  nie wiemy, w jaki sposób ono działa – oraz środki farmakologiczne, których ekipa używa do wprowadzania się w sen. Obecnie nie znamy środków, które mogłyby modulować nasze marzenia senne. Owszem, są substancje narkotyczne, halucynogenne, ale wówczas i tak to, co nam się śni, a raczej przywiduje na jawie, jest pochodną tego, co w nas siedzi –  można mieć zarówno „good trip", jak i „bad trip”. Są też bardzo silne leki nasenne, które powodują, że w ogóle nie mamy marzeń sennych, faza snu znika. Ale na dłuższą metę tak się nie da – sny są nam potrzebne i  takich leków nie można długo zażywać. 

Po co nam w ogóle sny?

Sny mają dla nas olbrzymie znaczenie. W psychologii klinicznej uważa się, że sny pomagają nam zachować równowagę, przetrawić emocje, wydarzenia. Gdyby chcieć mówić o tym językiem neurologii czy  neuropsychologii, powiedzielibyśmy, że podczas śnienia mózg stara się uporządkować informacje, jakie zgromadził w trakcie dnia. Ale dzięki temu także jest w stanie zachować stan równowagi. Przy czym ważne są zarówno te dobre sny, jak i koszmary. Jednak tak naprawdę nasza wiedza o  snach – o tym, jak się rodzą, jak mózg je wytwarza – jest nadal dość mała.

Freud uważał, że sny to nasze tłumione pragnienia, uczucia…

Podzielam to przekonanie. Podczas snów wiele rzeczy – nie tylko pragnienia – których na co dzień sobie nie uświadamiamy lub które chcemy głęboko schować, wychodzi na wierzch. Tak jak wspomnienie żony Cobba, Mal, wobec której miał poczucie winy, wracało do niego w snach i dało spokój dopiero wówczas, gdy pozwolił jej umrzeć. Wiedzę o sensie tego, co pojawia się w snach, wykorzystuje się podczas psychoterapii. Rzadko zresztą pytamy pacjenta wprost o to, co mu się śniło, zwykle sam zaczyna o tym mówić. To, co ciekawie pokazano w „Incepcji", to mechanizmy obronne strzegące dostępu do podświadomości. W pracy psychoterapeuty często najtrudniejsze jest właśnie przejście przez te mechanizmy – nie  tyle ich zniszczenie, jak to czynił Cobb i jego ekipa za pomocą karabinów, ile raczej rozbrojenie, uświadomienie.

A świadome śnienie, zdawanie sobie sprawy z tego, że się śni?

Pewnie każdemu z nas choć raz zdarzyło się odkryć w czasie snu, że  przecież właśnie śni i że w każdej chwili może się wybudzić. Jednak moim zdaniem stanowi to element fabuły snu. Śni nam się, że zdajemy sobie sprawę z tego, że śnimy. To, co w filmie było wyolbrzymione, to możliwości kontrolowania tego, co się z nami dzieje w trakcie śnienia.

Zatem nie ma sposobu na to, by sobie zaplanować sen, z góry ustalić, o  czym chcemy śnić, zaprojektować jego scenerię tak, jak robiła to filmowa Ariadne?

Nie ma żadnej określonej techniki planowania snów, sposobu, w jaki można by się tego nauczyć. Niektóre osoby twierdzą, że potrafią coś takiego robić, ale nie jest to wiarygodne.

Wróćmy do filmu, do zaszczepiania pomysłów w cudzych umysłach. W jaki sposób można by to zrobić?

Nie znamy takiej techniki i chyba na szczęście, bo pewnie dochodziłoby do jej poważnych nadużyć. Choć oczywiście jest jeden sposób – mowa, język, bezpośrednie oddziaływanie jednego człowieka na drugiego. Zresztą taka dziecinna popkulturowość tego filmu polega na fascynacji technikami, których nie ma, przy lekceważeniu najsilniejszego środka oddziaływania – słowa. I nie mówię tu o praniu mózgu. W takim przypadku człowieka praktycznie się niszczy i dopiero wtedy zasiewa nowe koncepcje. Mnie chodzi o codzienne wykorzystywanie emocji jednych ludzi przez innych, oparte na prawie magicznej sile słowa. To dotyczy polityków – znamy wiele przykładów historycznych – ale dotyczy też bezpośrednich relacji w miłości, przyjaźni, pracy…

A hipnoza?

W filmach science fiction można też czasem zobaczyć, jak złoczyńcy wprowadzają swoje ofiary w stan hipnozy i wówczas zaszczepiają im w  głowie różne pomysły. Ale w praktyce – choć hipnoza jest faktycznie czasem wykorzystywana w psychoterapii – raczej nie da się z jej pomocą człowieka przekonać do rzeczy, których nigdy by nie zrobił. Zaszczepienie komuś pomysłu, który byłby w zupełnej opozycji do jego przekonań, poglądów, emocji, jest praktycznie niemożliwe. Zresztą nawet w filmie jest to dość sprawnie przedstawione. Gdyby Cobb podszedł do  osieroconego syna milionera i powiedział mu wprost, że ma doprowadzić do  rozkładu imperium, ten pewnie nigdy by go nie posłuchał. Stąd plan Eamesa, że trzeba dojść do uczuć, które siedzą w Fischerze, do jego relacji z ojcem, do uczuć, jakimi darzył rodzica, i to umiejętnie wykorzystać, potraktować jako punkt wyjścia. Eames wykazał się tu imponującą intuicją z zakresu z psychologii.

Aby zaszczepić pomysł Fischerowi, Cobb schodzi na kolejne piętra snu, coraz głębiej do jego podświadomości. Najniżej – tam gdzie dotarł tylko on i Saito – było coś, co nazwano w filmie „limbo".

Ten piętrowy układ, kolejne poukładane poziomy to wymysł twórców filmu. Choć faktycznie, starając się opisywać ludzką psychikę, mówimy, że coś jest bardziej na wierzchu lub głębiej, bardziej schowane. Te najgłębiej ukryte, nieuświadomione myśli czasem mogą nami zawładnąć – dzieje się tak w przypadku niektórych zaburzeń psychotycznych. Zresztą tak stało się z żoną Cobba, Mal. Gdyby wyjąć z „Incepcji" scenę, w której Mal siedzi na parapecie i chce się rzucić z gzymsu hotelu, można by ją spokojnie umieścić w dramacie opowiadającym o kobiecie z ciężką psychozą. To, jak spokojnie odpowiadała na pytania męża, to, że miała gotową odpowiedź na każdy jego argument, że była przekonana, iż  otaczający ją świat nie jest rzeczywisty – wszystko można by opisać jako efekt takiego zaburzenia.

A sam pomysł z limbo? Czy w naszym śnie jest podobny poziom – gdzie nasza tożsamość zupełnie się rozpada, ostatecznie tracimy świadomość samych siebie?

Niewiele o tym wiemy. To, co wiemy, to to, że psychika czasem wchodzi w  stan głębokiej psychozy i to jest stan, w którym się rozpada, ale  pozostaje psychiką.

Nawet Cobb chwilami tracił poczucie tego, co jest rzeczywiste. Czy było coś, co było dla niego prawdziwe?

Tak, wypowiedział to sam – realna była tęsknota za dziećmi. Ona była prawdziwa, niezależnie, czy spał, czy był obudzony. Myślę zresztą, że  było to najpoważniejsze zdanie tego filmu.

Andrzej Leder jest filozofem kultury, psychoterapeutą, wykłada w  Instytucie Filozofii i Socjologii PAN

Okładka tygodnika WPROST: 33/2010
Więcej możesz przeczytać w 33/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Mariusz IP
    Badacze tacy jak LaBerge od 35 lat dowodzą, że świadomy sen jest możliwy, m.in za pomocą wolicjonalnych ruchów gałek ocznych, a Pan Leder w jednym wywiadzie olał sobie 35 lat badań