Samo w sobie

Samo w sobie

Dodano:   /  Zmieniono: 3
Kościół w Polsce jest w fatalnym stanie duchowo-intelektualnym.
Wypowiedzi hierarchów Kościoła na temat krzyża, a zwłaszcza arcybiskupa Michalika, który uznał, że krzyż to jest to samo co szafa, czy arcybiskupa Głódzia na tematy polityczne i smoleńskie, są wprost zdumiewające i skandaliczne. Ale to tylko bardziej widoczne objawy wielkiego kłopotu, jaki Kościół ma z samym sobą. Rozumiem ludzi, którzy krytykują zachowania pracowników Kościoła z zewnątrz, ale może warto spojrzeć od wewnątrz i zastanowić się, na czym polega rzeczywista katastrofa polskiego Kościoła. Nie to, żeby Kościół katolicki na świecie miał się zbyt dobrze, ale w Polsce przyczyny są specyficzne, a dramat poważniejszy, mimo że jesteśmy rzekomo katolickim krajem, a może właśnie dlatego.

Przede wszystkim Kościół w Polsce jest w fatalnym stanie duchowo-intelektualnym. Jak zawsze przyczyn i faktów jest wiele, ale wyliczmy najważniejsze: bardzo kiepski stan uczelni katolickich, odpowiednio marne przygotowanie księży w seminariach, praktyczna rezygnacja z rozważań teologicznych oraz z zakresu filozofii religii, z wyjątkiem kilkunastu księży w Polsce. Zaczęło się od mitologii katolicyzmu ludowego, prostej, ale silnej wiary rolników. Teraz wiemy, że to nieprawda, że enklawy prawdziwej wiary są w miastach i wśród inteligencji, ale skutki pochwały katolicyzmu ludowego polegały, między innymi, na uproszczeniu Słowa Bożego do granic niepokojących. Kto dzisiaj zrozumie, co mówi ksiądz czy biskup, skoro oni mówić nie potrafią, bo uznano, że to jest niepotrzebne. Znakomitym przykładem jest recepcja nauczania encyklik, zwłaszcza tak znakomitych, ale bardzo trudnych, jak „Fides et ratio" Jana Pawła II. Nie chodzi mi o brak tej recepcji, bo ciągle się powtarza słowa papieża, ale jej niezrozumienie, bo w przypadku wspomnianej encykliki, w której papież na wysokim filozoficznym poziomie poszukuje równowagi między tendencjami do czystej wiary a potrzebnym, lecz nie w nadmiarze, racjonalizmem, polscy biskupi i księża postawili wyłącznie na fideizm, bojąc się rozumu jak diabeł święconej wody.

Oprócz zupełnie nieudanego apostolstwa wiary polski Kościół cechuje silne poczucie utraty rangi i pozycji społecznej. Nie tylko nie umiał się odnaleźć w czasach demokracji i modernizacji, ale wręcz kompletnie się zagubił, co sprawia, że jest łasy na wszystko, co sprzyja budowaniu pozycji, a więc także na ingerencję polityczną, kiedy tylko jest to możliwe. To nie jest tak, że biskupi są upolitycznieni i mają silne poglądy w tej mierze, oni się angażują politycznie, bo wtedy ich widać, wtedy ujawniają się z niebytu. Ta fatalna tendencja jest widoczna na wszystkich poziomach Kościoła, gdyż pozycja proboszcza, a zwłaszcza proboszcza wiejskiego, niesłychanie podupadła. Po części wynikło to z ich zachowania coraz bliższego ludziom świeckim ( już nie chcę wyliczać samochodów, kobiet, alkoholu itd.), a po części z pozycji materialnej, jaka jest co najwyżej średnia, a bywa, że po prostu marna.

To nas prowadzi do następnej kwestii, czyli wewnętrznej organizacji Kościoła. Nikt nie domaga się, by Kościół był instytucją w pełni demokratyczną, ale społeczeństwo nie zdaje sobie sprawy, jak traktowani są na przykład proboszczowie przez biskupów, jak pomiatani i jak nadzorowani – gorzej niż sierżant w wojsku traktuje rekrutów. Ponadto biskup ma absolutną władzę finansową nad proboszczem, bo sytuacja ekonomiczna proboszcza zależy od wielkości parafii – proboszcz żyje z intencji, chrztów, ślubów i pogrzebów – więc im mniejsza gmina, a jeszcze bez szkoły (czyli bez pensji katechety), tym bardziej dramatyczny jego los. Biskup nie musi więc karać, wystarczy, że ześle na wygnanie.

Kto zna nazwisko swojego biskupa, zwłaszcza w diecezjach bez wielkich metropolii? Wynika to z niesłychanie konserwatywnego postępowania Kościoła i unikania awansu ludzi ciekawszych lub wybitniejszych. Przez ostatnie kilka lat takie przecież były wszystkie wybory i nominacje (wyjąwszy arcybiskupa Nycza, ale w jakich okolicznościach!). Dwie wielkie postaci, Kardynałowie Wyszyński i Wojtyła, tak bardzo daleko odbiły się w górę, że ich następcy nie mieli żadnych szans, a panowali i panują nad polskim Kościołem od ponad dwudziestu lat. Nie byli nawet w stanie jakkolwiek opanować i ukrócić imperium ojca Rydzyka, jawnie przecież siejącego zgorszenie. Nie przemawia przez nich niezdolność podjęcia decyzji, bo mogliby to zrobić natychmiast, lecz brak odwagi cywilnej oraz brak zaufania do siebie, że potrafią cokolwiek równie atrakcyjnego i konkurencyjnego zaoferować wierzącym w Rydzyka.

Czy w tej sytuacji można pokładać w polskim Kościele nadzieje, że wróci do swej zasadniczej funkcji apostolskiej i wróci z takim rozmachem, jak to bywało? Niestety, jedynie minimalne, bo bardzo trudno jest naprawić mocno już zepsutą machinerię, i to w czasach dla Kościoła trudnych. Na tym tle radośnie mnie zdumiewa liczba moich i nie tylko moich studentów i doktorantów, którzy jakoś z Kościołem się wiążą, a może tylko z wiarą. Tu jest nadzieja na nowe Laski, nowe Odrodzenie, ale nadzieja ta ma szanse spełnić się po kilku dekadach.

Więcej możesz przeczytać w 38/2010 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 3

Czytaj także