"...P. S. L. odosobnione, którego jedynym sojusznikiem będą kupcy bogaci, wywłaszczeni obszarnicy, hałaśliwi panicze nie wygnani jeszcze z uniwersytetów, no i leśne zbóje, co chcą zadefilować z Wami pod wspólnym sztandarem. Czy możecie się jeszcze wahać z kim, w czyim towarzystwie pójdziecie w pochodzie? Czy z obozem jedności, czy też z obozem rozłamu?".
Stało się! Cała kuracja na nic! Poczułem od razu ostry skurcz w wątrobie, twarz zalała mi żółtaczka, w gardle stanął jakby sztywny kołek, z piersi dobyło się rzężenie. Przeskoczyłem przez ławkę, przebiegłem na rękach aleję, wywracając jakieś dziecko, po czym rzuciłem się na dorożkarskiego konia, całując go namiętnie w chrapy i od czasu do czasu kąsając do krwi. Dorożkaż chciał mnie trzepnąć batem, lecz wymknąłem mu się i popędziłem środkiem ulicy, wydając różne okrzyki w rodzaju: Niech żyje zielona kura! Precz z pożeraczami drzewa mahoniowego! itp. Dopiero na rogu Krupniczej zatrzymało mnie przemocą kilku kolegów. Znając już moje dawniejsze ataki i wiedząc, jak się w takim wypadku zachować, wciągnęli mnie do sąsiedniego baru, gdzie przy pomocy kelnerów rozsunęli mi nożem zęby i wlali siłą trzy setki wódki oraz duże piwo. To podziałało. Oprzytomniałem — ale byłem żółty jak cytryna i w wątrobie kłuło mnie piekielnie. Całą noc męczyły mnie boleści, zgaga i dreszcze, a gdy zamknąłem oczy, pod powiekami tańczyły zielone diabełki. Rano dopiero, zebrawszy myśli, zrozumiałem, jakie jest dla mnie jedyne wyjście, aby przezwyciężyć szok: po prostu muszę zapisać się do PSL-u. Dotąd nie zrobiłem tego, bo wstrzymywały mnie skrupuły, że nie jestem chłopem. Z tych samych względów nie zapisywałem się do PPR-u, ani do PPS-u (nie jestem robotnikiem), ani do SD czy SP (nie jestem inteligentem pracującym bo, z natury będąc bardzo leniwy — nie pracuję). Lecz obecnie przejrzałem: powinienem być w PSL. Bo zważcie tylko, jakie, według wiarogodnych informacyj Dziennika Ludowego, zbiera się w tej partii towarzystwo: bogaci kupcy (bardzo lubię!), paniczykowie jeszcze nie wyrzuceni z uniwersytetów, obszarnicy, zbóje z lasu — wszystko to przetykane gdzieniegdzie chłopami. Istna diabelska sałatka. Przypomina się wiersz Gałczyńskiego: "Idą piekarze, idą ślusarze, takoż blaszanych szyldów malarze, krawcy i szewcy, zduny, poeci, archaniołowie, koty i dzieci". A więc gdzież może być miejsce takiego nie pracującego, wykolejonego, bezklasowego, zrozpaczonego (tak twierdzi pewien mędrek-Sieradzki) inteligenta, jak ja?! Oczywiście tam! Argumentacja Dziennika Ludowego — powtórzona zresztą skwapliwie przez "Dziennik Polski" i inne organy okazała się nieodparta. Kończę więc, parafrazując nieco wierszyk Tuwima:
"Krzyknął Kisiel: żono, dzieci!!
Przekonali mnie faceci!
Idę robić to co trza
Eja, eja, alala!"
9 VI 1946, TP nr 64