Tytuł tego felietonu zapożyczyłem od Adolfa Rudnickiego, jest w nim (tytule) głęboka mądrość, którą sprawdzam ciągle na własnej skórze. Otrzymuję bowiem stale to właśnie, na czym mi mniej zależy, a tego, na czym mi zależy - ani śladu.
I nie tylko ja jeden: całe moje zwariowane otoczenie, różni niewydarzeni felietoniści, pseudo dziennikarze, byli publicyści, niedoszli pisarze, projektowani politycy, zbakierowani działacze, prywatni prelegenci - wszystko to łazi jak skołowane, otrzymują bowiem to właśnie, na czym im mniej zależy, tego zaś, na czym im zależy - ani śladu. I zrób mu dziecko - jak mawiali starzy Chińczycy (ciekawe, czy też „Tygodnikowa" cenzura ten chiński zwrot przepuści, jeśli nie, to niech będzie: - I wbij zęby w ścianę!).
Wśród tych wszystkich ludzi, otrzymujących to, na czym im mniej zależy, niżej podpisany nie stanowi wyjątku (choć mógłby, bo, jak wiemy, wyjątek potwierdza regułę). Ja również łażę skołowany i zaklęty w capa względnie w konia, ogromnie się dziwiąc życiu, jakie prowadzę. Nie znoszę na przykład gadania o niczym, a ciągle w takim gadaniu biorę udział. Nienawidzę pisania dyrdymałek, a wciąż je właśnie piszę (i „Tygodnik" płaci - he, he). Mam wstręt do pracy mało intensywnej, a sam ruszam się przez cały dzień jak owa mucha w smole. Wciągnąłem się do markieranctwa, do jałowego wyczekiwania, do tumiwisizmu, drętwej mowy, mowy trawy, ciągłych żarcików, austriackiego gadania i te pe i te de. Spospoliciał człowiek, dał się wziąć modnym chorobom, jak niemożność, bezradność, frustracja (- Cóżeście kumie taki markotny, krowa wam padła czy co ?! - Nie, wicie, ino ta frustracyja cięgiem człowieka gryzie, a gryzie !). O, cholera !
W czasie zjazdu literatów w Koszalinie miała miejsce zabawna rozmówka. Jechaliśmy autokarem na spotkania autorskie po wsiach. Ktoś pyta, czy spotkania odbędą się o godzinie osiemnastej, na co kierownik wyprawy powiada, że nie, bo teraz są ważne polne roboty i ludzie pracują aż do całkowitego zapadnięcia zmroku, do wpół do dziewiątej. W odpowiedzi jeden z kolegów zwraca uwagę, że ma wyraźnie wypisane zaproszenie na godzinę siedemnastą. A kierownik na to: - Pan co innego, pan ma spotkanie w PGR-ze, a tam jest ośmiogodzinny dzień pracy!
Otóż to: czuję się właśnie jak ów pegeerowy pracownik - chciałbym pracować szesnaście godzin na dobę, a pracuję osiem, i to osiem nędzne, bo podziurawione jak ser, przeżarte gadaniem o niczym i ową „frustracyja", której nie znoszę. Wprawdzie przyjaciele (niewielu ich już po prawdzie zostało) pocieszają mnie piękną ewangeliczną przypowieścią o robotnikach w winnicy, głoszą, że ci, co przyszli do pracy później, dostali tę samą zapłatę. Tylko, że ja nie chcę tej samej zapłaty i w ogóle nie chodzi mi o zapłatę, tylko o pracę. Ja chcę pracy, dużo pracy, intensywnej pracy, tymczasem mam jej za mało a życie ucieka. O, diabli!
Słyszałem taką anegdotkę: gość mówi do drugiego: — Ty, Felek, znajdź mi jakąś pracę, ty masz stosunki. - Jaką pracę?! - odpowiada Felek. - Nie mam żadnej pracy, co najwyżej bardzo ciężką, na przykład łupanie kamieni. Weźmiesz? A tamten na to: - Łupanie kamieni? Czemu nie, wezmę. Daj ludzi a wezmę!
Otóż ja wcale nie tak! Ja nie potrzebuję ludzi, ja sam osobiście będę łupał kamienie. Tylko pozwólcie mi na to, dajcie mi te kamienie! Błagam o owe kamienie od rana do nocy, proszę się, przymilam, skomlę, wygrażam, ale nic z tego. Zamiast kamieni mam spokojne, łagodne życie, którego wcale nie chcę. Każdemu to, na czym mu mniej zależy. O, cholera!
Zastęp ludzi, którzy chcieliby łupać kamienie, a zamiast tego skazani są na chodzenie z pieskiem na spacer, rośnie a rośnie, łażą źli, sfrustrowani, nieprzydatni, zabijają czas byle czym („żyjemy sobie jak się zdarzy, zrywamy kartki z kalendarzy..."). Co z nimi będzie? Pewno nic, wymrą powoli. Kamienie w Polsce już na ogół połupano, zresztą nie było ich zbyt wiele, kraj, wiadomo, nie jest za duży, a ludzi zdolnych do roboty do cholery w nim i trochę. Łazimy więc, póki życia, z pieskami na spacer, spotykamy się w Alejach, popsioczymy odrobinę (co innego robić, jak się prowadzi psa?), wracamy do domu pospać, potem telefonik jeden, drugi, trzeci, jeszcze drzemka, skrobnąć list i felietonik o niczym, poczytać „Le Monde" i już wieczór.
Jeszcze jeden mały spacerek dla zdrowia, potem spać, a rano, wiadomo: znów przechadzka z pieskiem, żeby nie nabrudził w mieszkaniu, „Trybunka Ludu", „Mondzik", kawka i te pe i te de. Taki to los nas, niepotrzebnych Okularników. Hej, łzy się kręcą! Każdemu to, na czym mu mniej zależy!
1967
Wśród tych wszystkich ludzi, otrzymujących to, na czym im mniej zależy, niżej podpisany nie stanowi wyjątku (choć mógłby, bo, jak wiemy, wyjątek potwierdza regułę). Ja również łażę skołowany i zaklęty w capa względnie w konia, ogromnie się dziwiąc życiu, jakie prowadzę. Nie znoszę na przykład gadania o niczym, a ciągle w takim gadaniu biorę udział. Nienawidzę pisania dyrdymałek, a wciąż je właśnie piszę (i „Tygodnik" płaci - he, he). Mam wstręt do pracy mało intensywnej, a sam ruszam się przez cały dzień jak owa mucha w smole. Wciągnąłem się do markieranctwa, do jałowego wyczekiwania, do tumiwisizmu, drętwej mowy, mowy trawy, ciągłych żarcików, austriackiego gadania i te pe i te de. Spospoliciał człowiek, dał się wziąć modnym chorobom, jak niemożność, bezradność, frustracja (- Cóżeście kumie taki markotny, krowa wam padła czy co ?! - Nie, wicie, ino ta frustracyja cięgiem człowieka gryzie, a gryzie !). O, cholera !
W czasie zjazdu literatów w Koszalinie miała miejsce zabawna rozmówka. Jechaliśmy autokarem na spotkania autorskie po wsiach. Ktoś pyta, czy spotkania odbędą się o godzinie osiemnastej, na co kierownik wyprawy powiada, że nie, bo teraz są ważne polne roboty i ludzie pracują aż do całkowitego zapadnięcia zmroku, do wpół do dziewiątej. W odpowiedzi jeden z kolegów zwraca uwagę, że ma wyraźnie wypisane zaproszenie na godzinę siedemnastą. A kierownik na to: - Pan co innego, pan ma spotkanie w PGR-ze, a tam jest ośmiogodzinny dzień pracy!
Otóż to: czuję się właśnie jak ów pegeerowy pracownik - chciałbym pracować szesnaście godzin na dobę, a pracuję osiem, i to osiem nędzne, bo podziurawione jak ser, przeżarte gadaniem o niczym i ową „frustracyja", której nie znoszę. Wprawdzie przyjaciele (niewielu ich już po prawdzie zostało) pocieszają mnie piękną ewangeliczną przypowieścią o robotnikach w winnicy, głoszą, że ci, co przyszli do pracy później, dostali tę samą zapłatę. Tylko, że ja nie chcę tej samej zapłaty i w ogóle nie chodzi mi o zapłatę, tylko o pracę. Ja chcę pracy, dużo pracy, intensywnej pracy, tymczasem mam jej za mało a życie ucieka. O, diabli!
Słyszałem taką anegdotkę: gość mówi do drugiego: — Ty, Felek, znajdź mi jakąś pracę, ty masz stosunki. - Jaką pracę?! - odpowiada Felek. - Nie mam żadnej pracy, co najwyżej bardzo ciężką, na przykład łupanie kamieni. Weźmiesz? A tamten na to: - Łupanie kamieni? Czemu nie, wezmę. Daj ludzi a wezmę!
Otóż ja wcale nie tak! Ja nie potrzebuję ludzi, ja sam osobiście będę łupał kamienie. Tylko pozwólcie mi na to, dajcie mi te kamienie! Błagam o owe kamienie od rana do nocy, proszę się, przymilam, skomlę, wygrażam, ale nic z tego. Zamiast kamieni mam spokojne, łagodne życie, którego wcale nie chcę. Każdemu to, na czym mu mniej zależy. O, cholera!
Zastęp ludzi, którzy chcieliby łupać kamienie, a zamiast tego skazani są na chodzenie z pieskiem na spacer, rośnie a rośnie, łażą źli, sfrustrowani, nieprzydatni, zabijają czas byle czym („żyjemy sobie jak się zdarzy, zrywamy kartki z kalendarzy..."). Co z nimi będzie? Pewno nic, wymrą powoli. Kamienie w Polsce już na ogół połupano, zresztą nie było ich zbyt wiele, kraj, wiadomo, nie jest za duży, a ludzi zdolnych do roboty do cholery w nim i trochę. Łazimy więc, póki życia, z pieskami na spacer, spotykamy się w Alejach, popsioczymy odrobinę (co innego robić, jak się prowadzi psa?), wracamy do domu pospać, potem telefonik jeden, drugi, trzeci, jeszcze drzemka, skrobnąć list i felietonik o niczym, poczytać „Le Monde" i już wieczór.
Jeszcze jeden mały spacerek dla zdrowia, potem spać, a rano, wiadomo: znów przechadzka z pieskiem, żeby nie nabrudził w mieszkaniu, „Trybunka Ludu", „Mondzik", kawka i te pe i te de. Taki to los nas, niepotrzebnych Okularników. Hej, łzy się kręcą! Każdemu to, na czym mu mniej zależy!
1967