Nigdy nie zapomnę

Nigdy nie zapomnę

Niektórzy znali go dobrze i spotykali wielokrotnie. Inni – zapamiętali z pielgrzymek czy transmisji telewizyjnych. Każdy z naszych rozmówców ma ważne, osobiste wspomnienie związane z Janem Pawłem II.
Jolanta Kwaśniewska

była pierwsza dama 

W 2001 r. wraz z grupą 150 chorych na raka dzieci poleciałam na audiencję u Ojca Świętego. To była trudna podróż, bo dzieci były bardzo chore, towarzyszyli im lekarze. Niektóre miały przerzuty choroby do kości, więc chodziły o kulach, inne wspierały się na dorosłych, bo miały amputowane nogi. Większość nosiła na głowach chusteczki, by ukryć brak włosów po chemioterapii. Na nakręconym wtedy filmie widać, jak dzieci wchodzą po schodach do Watykanu. Widać, że to dla nich ogromny wysiłek, niektóre przysiadają by odpocząć, potem wstają i idą dalej.

Audiencja odbywała się w jednej z najpiękniejszych sal Watykanu. Czekaliśmy na papieża dość długo, więc pomyślałam, że może czuje się źle i do nas nie wyjdzie. Ale kardynał Dziwisz uspokoił mnie, mówiąc, że Ojciec Święty nie skończył jeszcze poprzedniego spotkania. Gdy w końcu przybył, poproszono mnie o zabranie głosu. Nie spodziewałam się tego, byłam zaskoczona, ale opowiedziałam o naszych dzieciach i dlaczego to spotkanie jest dla nich tak ważne. Potem postawiono mi krzesełko koło fotela Ojca Świętego, a on przez całą godzinę trzymał mnie za rękę.

Jan Paweł II pobłogosławił wszystkie dzieci. Klękały przed nim kolejno, bardzo wzruszone, każde chciało Ojcu Świętemu coś opowiedzieć. Kiedy kardynał Dziwisz mówił: „No, no, już szybciutko", papież przytrzymywał je za rękę, żeby mogły mu przekazać wszystko, co miały do powiedzenia. Jedna z dziewczynek, Magda, która była w trakcie chemioterapii, więc nie miała włosów, ani brwi i rzęs, powiedziała, że czuje się najszczęśliwszą osobą na świecie, ponieważ ta straszna choroba pozwoliła jej na spotkanie z Ojcem Świętym. Całej wizycie towarzyszyło ogromne wzruszenie nie tylko dzieci, ale również towarzyszących im osób. Mieliśmy poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym.

Pamiętam, że powiedziałam wtedy papieżowi, iż chyba nikomu innemu tak bardzo nie jest potrzebna audiencja w Watykanie, jak tym dzieciom. Bo daje im siły do walki ze straszną chorobą. Dla mnie osobiście bardzo ważne było papieskie przyzwolenie na to, aby czerpać siłę z jego cierpienia. Niesamowite było to, że ktoś tak chory i cierpiący potrafił być źródłem nadziei dla innych.

Józefa Hennelowa

publicystka „Tygodnika Powszechnego"

Nigdy nie zapomnę zakończenia kazania, które Ojciec Święty wygłosił na krakowskich Błoniach podczas pierwszej pielgrzymki w 1979 r. Siedziałam blisko ołtarza i doskonale widziałam i słyszałam Ojca Świętego.

Wszyscy byliśmy niesłychanie szczęśliwi, ale jednocześnie przekonani, że to jest jedyny raz, gdy Ojciec Święty odwiedził ojczyznę. To było jeszcze przed „Solidarnością", więc nie mieliśmy nadziei, że coś się w Polsce zmieni. Prymas Stefan Wyszyński, który nie lubił żywiołowego manifestowania uczuć, poprosił, byśmy papieżowi nie przeszkadzali, bijąc brawo. Siedzieliśmy więc w absolutnej ciszy, nie przerywając homilii oklaskami. A papież mówił, że powinniśmy ufać Bogu, szukać u niego duchowej pomocy, nigdy od niego nie odchodzić. I prosił, żebyśmy nigdy nie wzgardzili miłością Chrystusa. Dotąd pamiętam tę ciszę i papieskie słowa: „Proszę was o to. Amen”. To brzmiało jak testament.

A potem było pożegnanie z papieżem na lotnisku w Balicach, gdy odlatywał już do Watykanu. My, starzy i doświadczeni dziennikarze, najnormalniej w świecie płakaliśmy. Myśleliśmy, że już go nie zobaczymy.

Michał Bajor

aktor i piosenkarz

O tym, że Karol Wojtyła został papieżem, dowiedziałem się z radia, którego słuchała szatniarka w warszawskiej Szkole Teatralnej. Trwały wieczorne zajęcia, a ja otwierałem kolejno drzwi do sal wykładowych i krzyczałem: „Polak papieżem!". Zajrzałem do klasy profesora Pszoniaka, potem do profesora Zapasiewicza i profesora Holoubka, wszędzie ogłaszając tę wiadomość. Przerwano wykłady i studenci, i nauczyciele, wyszli na korytarz. Rozmawialiśmy o tym, co się stało.

W 2001 r. mogłem się Ojcu Świętemu osobiście ukłonić podczas premiery filmu Jerzego Kawalerowicza „Quo vadis" w Watykanie. Zostałem mu przedstawiony jako ten okrutny filmowy Neron. Jan Paweł II się uśmiechnął, a ja powiedziałem, że tak naprawdę nie jestem Neronem, tylko Michałem Bajorem, kolejnym z członków rodziny Bajorów, który dostępuje zaszczytu spotkania Ojca Świętego. Bo jakiś czas wcześniej wysłałem do Włoch moich rodziców. Gdy szli na prywatną audiencję w Ogrodach Watykańskich, zabrali moją pierwszą płytę i podarowali ją Janowi Pawłowi II. Do dziś przechowuję zrobione wtedy zdjęcie: papież trzyma rękę na okładce płyty, na której jest moja fotografia. Trzyma rękę na mojej twarzy.

Ojciec Święty zajmuje bardzo szczególne miejsce w sercach naszej rodziny. Mój brat i jego żona długo nie mieli dziecka, a po wizycie w Watykanie poczęła się moja bratanica Bogumiła. Brat i bratowa do dziś są głęboko przekonani, że ich córka jest na świecie właśnie dzięki spotkaniu z Janem Pawłem II.

Maja Komorowska

aktorka

Wszystkie spotkania z Janem Pawłem II były ważne. Zawsze niosły z sobą ogromny ładunek emocji, ale przede wszystkim treści, które stawały się przesłaniem – dziś chyba jeszcze bardziej aktualnym niż wtedy, gdy zostały wygłoszone. Tak jak słowa skierowane do młodzieży na Jasnej Górze: „Czuwam? To staram się być człowiekiem sumienia. Nazywam po imieniu dobro i zło (…), to znaczy także czuję się odpowiedzialny za to wielkie wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska". Zawsze będę pamiętała jednak lotnisko w Warszawie – tam pierwszy raz zobaczyłam Ojca Świętego. Było to 2 czerwca 1979 r. Staliśmy wtedy jak dzieci i wpatrywaliśmy się w niebo. Lotnisko od zawsze kojarzyło mi się właśnie z oczekiwaniem i powitaniem.

Trudno nawet znaleźć słowa, które by to opisały. Ojciec Święty pocałował ziemię, a my ogarnięci tym papieskim przywitaniem z nami, z Polską, zjednoczyliśmy się. Staliśmy się lepsi, uśmiechaliśmy się do siebie. Nagle, co stanowiło dla nas jeszcze pewne zaskoczenie, okazało się, że jednak umiemy być cierpliwi, dzielić się jedzeniem i piciem czy odstępować skrzynki i stołki, które przynieśliśmy, by lepiej widzieć Ojca Świętego. Ludzie poubierali się w to, co mieli najlepszego, bo każde spotkanie z Janem Pawłem II to było święto. Śmieszne, zauważyłam, że nie ja jedyna miałam buty, które nie pasowały do sukienki. Trudno, najważniejsze, żeby było wygodnie. Ucieszyłam się. W końcu przestaliśmy się spieszyć.

Wiesław Chrzanowski

marszałek Sejmu I kadencji

W 1991 r. jako minister sprawiedliwości witałem Ojca Świętego w więzieniu w Płocku. Przybył do zwykłych ludzi, często odsiadujących wieloletnie wyroki. W przemówieniu do nich powiedział: „Jesteście skazani, to prawda, ale nie potępieni. Każdy z was przy pomocy łaski bożej może zostać świętym". A potem mówił, że wie, w jak trudnych warunkach żyją, i życzył im siły i nadziei.

Tamta czwarta pielgrzymka papieża do Polski nie została najlepiej przyjęta przez prasę katolicką, bo papież mówił trudne rzeczy. Na przykład, że wolność trzeba umieć zagospodarować, bo może ona prowadzić do grzechu i nadużyć. Tematy homilii wygłaszanych w kolejnych miastach odnosiły się do dziesięciorga przykazań. Bardzo ciekawa była ta, którą Jan Paweł II wygłosił podczas spotkania z episkopatem w Częstochowie: przypomniał że Kościół, który w okresie PRL był ośrodkiem oporu, teraz działa w innej sytuacji i dlatego musi się na nowo zdefiniować. Jakże aktualnie brzmią te słowa.

Justyna Kowalczyk

mistrzyni świata w biegach narciarskich

Na zawsze utkwiła mi w pamięci papieska pielgrzymka do Zakopanego w czerwcu 1997 r. Oglądałam ją w telewizji razem z całą rodziną. To był bardzo wzruszający moment nie tylko dla ludzi mieszkających w górach, tak jak ja, ale dla wszystkich Polaków. Dla nas szczególnie, bo wiedzieliśmy, jak papież kochał góry, jak kochał po nich wędrować, jak zawsze chciał tu wracać.

Krzysztof Zanussi

reżyser

16 października 1978 r. byłem w Meksyku i długo nie byłem pewien, czy wiadomość o papieżu Polaku jest prawdziwa. Tak była niesłychana, że trudno było w nią uwierzyć. A równocześnie miałem poczucie, że stało się coś przełomowego.

Potem był 13 maja 1981 r. i obawa, że papież tego zamachu nie przeżyje. Pomyślałem wtedy, że być może ten pontyfikat jest zbyt piękny, by mógł się do końca spełnić.

I wreszcie niesłychanie dojmującym przeżyciem było jego odchodzenie. Ta długa agonia na oczach świata była przesłaniem, którego znaczenie nie do końca potrafiliśmy zrozumieć. Ja jeszcze w styczniu 2005 r., na kilka miesięcy przed śmiercią Jana Pawła II, byłem zaproszony do Watykanu, na śniadanie albo obiad z nim, już teraz nie pamiętam. I w ostatniej chwili dowiedziałem się, że Ojca Świętego właśnie zawieziono do szpitala, bo jego stan się pogorszył. Przyszło mi wtedy do głowy, że nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś go zobaczę. Nie udało mi się.

Janina Ochojska

szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej

W 1995 r. odbierałam w Asyżu nagrodę Pax Christi International Peace Award. Zaraz po tej uroczystości pojechaliśmy na spotkanie z Ojcem Świętym do Rzymu. Tam zostałam mu przedstawiona jako laureatka tej nagrody. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu Jan Paweł II powiedział wtedy: „A, to wy zostaliście zatrzymani w Czeczenii".

Rzeczywiście kilka miesięcy wcześniej Polska Akcja Humanitarna zorganizowała konwój z pomocą do ogarniętej wojną Czeczenii. Dojechaliśmy tam, rozdaliśmy dary, ale gdy wracaliśmy Rosjanie zatrzymali nas na granicy czeczeńsko-dagestańskiej.

To było niesamowite, że papież nie tylko wiedział o tym wydarzeniu, ale również rozpoznał mnie w tłumie ludzi, którzy przyszli na audiencję. Co więcej, dokładnie wiedział, czym się zajmuje PAH i z jakimi na co dzień musi się zmagać problemami.

Bardzo przeżyłam jeszcze jedną audiencję u Jana Pawła II: stanęłam wtedy przed nim i powiedziałam, że znalazłam swoją drogę i miejsce w życiu. A on mnie pobłogosławił.

Janek Mela

niepełnosprawny zdobywca obu biegunów, założyciel fundacji Poza Horyzonty

Po raz pierwszy zetknąłem się z Ojcem Świętym podczas jego wizyty w Elblągu w 1999 r. Miałem dziesięć lat i nie bardzo rozumiałem to poruszenie, nigdy wcześniej nie widziałem tak wielu ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Z podekscytowaniem spoglądałem przez lornetkę na ledwie dostrzegalną białą sylwetkę. Byłem częścią tłumu i udzielała mi się niezwykła atmosfera wydarzenia.

Parę lat później, po moim wypadku, po spotkaniu Marka Kamińskiego, znalazłem się pośrodku lodów Arktyki w drodze na biegun północny. Gdy mimo wszelkich przeciwności udało nam się dotrzeć na geograficzny czubek Ziemi, Marek wysłał przez telefon satelitarny telegram do Ojca Świętego z pozdrowieniami i podziękowaniem za względy tam „u góry", bo bez tego byśmy nie dotarli.

Na odpowiedź czekaliśmy pół roku. Telegram przyszedł w bardzo niezwykłym momencie – podczas wyprawy na biegun południowy. Mieliśmy przed sobą jeszcze kilka dni drogi, a sił i nadziei na dojście coraz mniej. Bezkres bieli przytłaczał okrutnym chłodem. Gdy nasz zapał, w przeciwieństwie do lodowca pod naszymi stopami, topniał coraz prędzej, z nieba (dosłownie, bo przez satelitę) przyszła niespodzianka – odpowiedź na nasz telegram, w którym Marek nawiązywał do spotkania na Westerplatte i pamiętnego wezwania do „podjęcia i wypełnienia powinności, od których nie można się uchylić". W liście z Watykanu przeczytalismy: „Wasza wyprawa nie była wprawdzie powinnością, ale była skuteczną próbą wypełnienia tego, co można było uczynić, aby pokazać światu, że niepełnosprawność nie jest ograniczeniem w podejmowaniu nawet najtrudniejszych zadań”. Przeczytaliśmy też zapewnienie o modlitwie za sukces wyprawy, a tak naprawdę tego, co staramy się tą wyprawą udowodnić. Zebraliśmy się w sobie i stwierdziliśmy, że skoro Ojciec Święty się za nas modli, to musimy dać radę.

Alina Janowska

aktorka, działaczka społeczna

Pod koniec lat 80., wracając z córką Kasią od męża z Syrii, gdzie jako architekt był na kontrakcie, zatrzymałam się w Rzymie. Miałam nadzieję, że Ojciec Święty będzie akurat rozmawiał z wiernymi i uda się go zobaczyć. Spotkałam sympatycznego polskiego księdza i poprosiłam go, żeby pomógł nam znaleźć się w pobliżu papieża, a najlepiej zamienić z nim choć jedno słowo. Ku mojemu zdziwieniu i ogromnej radości on to rzeczywiście zrobił, jednak nie mógł nas umieścić w sektorze polskim. Stałyśmy więc z córką na dziedzińcu watykańskim w okropnym gwarze i ścisku, czekając na Ojca Świętego.

Kiedy się zjawił, postarałam się jak najbliżej do niego podejść, ciągnąc za sobą córkę. Koniecznie chciałam powiedzieć papieżowi, jak ważną osobą jest dla mnie, a im bliżej był, tym bardziej nie wiedziałam, co mu przekazać. Wreszcie mnie olśniło – przecież jestem szefową sekcji estrady w ZASP, więc pozdrowiłam Ojca Świętego od artystów scen polskich. A on spojrzał na mnie i powiedział: „O, pamiętam, pamiętam, »Zakazane piosenki«". Strasznie mnie zadziwiło, jak w takim tłumie można kogokolwiek rozpoznać i pamiętać, że rok po wojnie zagrał w jakimś filmie. Byłam zachwycona, zaczęłam się z radości śmiać, a on pobłogosławił mnie i moją córkę.

Od tego momentu upłynęło kilka lat, byłam już w Warszawie, a papież podczas kolejnej pielgrzymki spotykał się z przedstawicielami środowisk twórczych. Z wielkimi trudnościami dostałam się do kościoła Świętego Krzyża, a w środku tłum był tak wielki, że nie było mowy o tym, by się przecisnąć do Ojca Świętego. Więc przynajmniej weszłam na ławkę w środku kościoła, by go lepiej widzieć. Byłam wtedy akurat świeżo po lekturze książki, z której wynikało, że papież bardzo ciężko pracuje, zupełnie nie dbając o siebie. Kiedy zbliżał się do mnie, powiedziałam: „Ojcze, błagam w imieniu wszystkich Cię kochających, żebyś trochę o siebie zadbał". A on na to: „To co, uważasz, że jestem niezadbany?”. Przeżegnał mnie i poszedł dalej. Jego poczucie humoru było niezależne od miejsca, w którym się znajdował.

Więcej możesz przeczytać w 18/2011 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

Czytaj także

 0

Czytaj także